sobota, 7 lutego 2026

Wieczne odchudzanie

16 października 2002
Wszyscy siadają do kolacji. Wlała mi zupy na dno talerza. Wszystkim wlała normalnie. (Czułam wstyd przed tymi ludźmi i przykrość, że mnie traktuje w taki sposób) Dolałam sobie. (W sumie gdyby to się działo dzisiaj, to byłoby u mnie powodem do zerwania kontaktu. Jak to obrócić w dobrą stronę? Jak powiedzieć "akceptuję"? Co - zjeść tę zupę, tyle ile dostałam i nie dotykać nic ze stołu, bo jestem pod obstrzałem? Wyciągnąć dyskusję na temat tej zupy na dnie talerza? Nie umiała zapytać ile mi wlać? Była na mnie za coś zła i się odegrała w taki sposób? Ja pierdolę, co za sytuacja! Ale tak, miała miejsce...) Powiedziała, że przecież na początku nawet nie chciałam i że jestem zachłanna na jedzenie. (Jestem. Coś jest nie tak z tym jedzeniem. Ono coś zastępuje. Ale w tym konkretnym przypadku siedzę przy stole z rodziną i gośćmi i to nie miejsce na wydzielanie racji żywnościowych ani rozgrywanie jakiś ukrytych zatargów. Bardzo pamiętam tę sytuację, niestety. Była emocjonalna. Zupa okraszona wstydem i przykrością.) Odstawiłam talerz. Zacisnął mi się żołądek. Zacisnęło mi się wszystko w środku. Gdybym miała coś w żołądku, to bym się zrzygała. Odstawiłam talerz, a ona powiedziała: nie wytrzymasz. 

Miałam dosyć płakania przez nią. Przez takie przykrości. Wiecznie byłam nie taka, wiecznie ktoś był lepszy, zdolniejszy, ładniej się ubierał, lepiej się uczył, no w ogóle czułam się jak jakiś nieudany egzemplarz, którego nie można wyrzucić na śmietnik, bo co ludzie powiedzą... 

I dźwigałam to długie lata. 

Tak, byłam i jestem zachłanna na jedzenie. Czasem dopada mnie "wilczy apetyt", jem w nocy. Wiecznie jestem na jakiejś diecie albo próbuję się przekonać, że mam to w dupie i wpierdalam 7 tabliczek czekolady w łóżku. Nom, tak bywa(ło). 

Miałam już bulimię, wymiotowałam po każdym posiłku. To nieprawda, że się chudnie wtedy, najwyżej się nie tyje - może to o to w tym chodzi. Napady obżarstwa są strasznie dziwne. Ogórki kiszone, czekolada, ser, bita śmietana, no po prostu kosz na śmieci. Leci wszystko do żołądka. Co to zaspokaja? Nie wiem w sumie. Później wyrzuty sumienia, lęk przed tyciem i zrzut zawartości żołądka do toalety... W tej chwili wymioty pozostały u mnie związane ze złością. Jak się wścieknę i czuję bezsilność, to wymiotuję i lepiej mi. Nie mam zdrowego podejścia do jedzenia. Nie wiem jak ono mogłoby wyglądać.

W tej chwili jestem na diecie ketogenicznej. Czwarty raz w życiu. Pierwszy raz nazywało się to "Dieta amerykańskich kosmonautów" i była absolutnie drastyczna. Nie dość, że obcinała węglowodany do zera, to kalorii było mniej niż 1400 dziennie. Po tygodniu zlatywało ze 3 kg, ale to był zrzut zatrzymanej wody. Nie wiedziałam tego wtedy, ale ruch wagi w dół dobrze wpłynął na samopoczucie. 

Co ciekawe, ja nie jestem otyła, zresztą zdjęcie jest obok, widać jak wyglądam. Nie powinnam mieć diet i takiego kosmosu w głowie jeśli chodzi o jedzenie. Jak widać problem nie dotyczy tylko osób z nadwagą. Z jednej strony nie mogę się nasycić, z drugiej mam lęk przed przytyciem. Po tych kilogramach zjedzonej czekolady przytyłam. Zamknęłam się w domu, przestałam się malować, nosiłam workowate ubrania, hm, raczej dopasowane ubrania. Workowate to one były wcześniej... 

Kiedyś ćwiczyłam jeszcze jak opętana, dziś nie mam na to weny. I tak wszyscy umrzemy, to co ja się będę katować? No ale dietami się katuję. Ketogeniczna ma mnóstwo smacznych rzeczy i teoretycznie jeden posiłek daje sytość na długo. Zapomina się o jedzeniu. W końcu. Przy dobrze prowadzonej ketozie pięknie się chudnie, jedząc tłusto. Taki "paradoks". To nie żaden paradoks, to inny system pozyskiwania energii. Przy niskim poziomie cukru we krwi, i w dodatku stałym poziomie, organizm nie wykorzystuje glukozy, bo nie jest dostarczana, za to wykorzystuje tłuszcz, produkując z niego ketony. Wykorzystuje tłuszcz z pożywienia i z tkanki tłuszczowej. Ta dieta chroni neurony, daje klarowność myślenia (glukozowa dieta zamula straszliwie). Mam mniej migren. Oczyszcza się skóra. Znikają wszelkie zapalenia w ciele. To dobra dieta. O ile nie przekraczasz zapotrzebowania na kalorie, a o to łatwo, bo tłuszcz jest bardzo kaloryczny, to chudniesz. Trzeba jedynie pilnować, żeby nie wyskoczyć z ketozy. Nie wolno bananów, chleba, pączka, czekolady, nawet jabłka w zasadzie, a ja tak kocham winogrona!

Ostatnio zeszłam z ketozy, to przyłożyłam taki efekt jojo, że łojezu. Czułam się ze sobą bardzo źle. Potem zwaliłam wszystko na menopauzę. Mój wagostat z 67 kg przesunął się na 78 kg... Nijak nie mogłam zejść niżej. (Oczywiście nie ćwiczę, żeby było jasne. Nie robię ABSOLUTNIE WSZYSTKIEGO, żeby być znów chuda, bo w sumie po co.) 

Czytam te swoje pamiętniki i modlitw o 62 kg jest mnóstwo. Wspaniałych porad z gazet, diet, ćwiczeń - czasem żeby wyrzucić złość dawałam sobie trening aż do wycieńczenia. I waga i prośby do Boga o 62 kg. Mam 177 wzrostu. Niedorzeczne marzenia o chudości. Takiej chudości, której nie trzeba pilnować. Przy której można zjeść dużą pizzę cztery sery i popić ją piwem, bez wyrzutów sumienia... Nieosiągalne. 

Próbowałam nawet kiedyś przez 3 dni nic nie jeść, chciałam wpaść w anoreksję, bo tak bardzo nie lubiłam swojego tłuszczu, swojej wagi. Jednak bardziej niż zniknąć potrzebowałam się nasycić, nie udało mi się przestać jeść. Pewnie to dobrze. Widziałam dziewczyny w anokresji. To jest straszne. Są kruche, włosy przerzedzone, kości przykryte skórą. Przychodziły do mnie na zajęcia takie dziewczyny. Jedna mówiła: "Jedzenie to jedyne co mogę kontrolować." Fatalny lęk przed przytyciem, lek przed jedzeniem. 

Nie mam poukładanej relacji z jedzeniem. Niestety.

Zbudowałam w sobie niechęć do żywności. Idę alejkami w markecie i myślę: to pryskali, tamto ma dużo chemii, to ma hormony i antybiotyki, i tak dalej. Teraz na ketozie widzę jak mnóstwo jest mąki i cukru w produktach. Mój focus produktowy zawęził się przez dietetyczne wytyczne. 

I czasem ta niechęć do żywności się przeładowuje i wjeżdża FUCK IT - czekolada ponad normę, ciasto tiramisu, dużo kremu, bitej śmietany i samo słodkie... Nom. Nie jest dobrze.

Może rozpoczęcie kolejnej terapii rzuci światło na to odżywianie się i w końcu nie będę o tym tyle myśleć. 

Chciałabym. 

Będę dawać tu znać, może ktoś skorzysta z oświecenia żywieniowego, jeśli takie nastąpi. Tak naprawdę na licznych terapiach nigdy się nie zajmowałam odżywianiem. Nie widać było po mnie problemu, a ja myślałam, że mam to pod kontrolą. Nie. To to ma mnie pod kontrolą... 

Dobrego dnia. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz