Zapisałam się do Mariusza Mroza na program 12 tygodni sesji oddechowych. Co wtorek liczna grupa osób spotyka się na zoom. Po wymianie myśli, dzieleniu się spostrzeżeniami, po pytaniach i odpowiedziach Mariusz robi wprowadzenie do sesji. Mówi o metodzie oddychania na danej sesji, ile jest wstrzymań oddechu, ile krzyków (tak, krzyczy się też), mówi o temacie sesji. Na pierwszej sesji którą przesłuchiwałam był nagrany krzyk - czasem jest, czasem nie. Ta kobieta nie krzyczała wywalając coś, tylko krzyczała z przerażenia. Już więcej nie chciałam wracać do tych sesji po takim doznaniu, bo udzieliło mi się. Nie jest mi to potrzebne.
Poleciałam jakiś czas później na Bali. Tam też miałam sesję oddechową u kogoś kto się nazywa Krishna White. Przepiękne miejsce, cudna sala. Sesja była fenomenalna. Fenomenalna. Byliśmy prowadzeni przez ciemne obszary lęku z dramatyczną muzyką. Trzymałam się tylko oddechu jak dziecko pluszowego misia. Przeszłam przez piekło oddychając, takie miałam wrażenie. I to sobie wzięłam z tamtej sesji. Przejdę przez wszystko, trzymając się oddechu. Przejdę przez wszystko, trzymając się oddechu.
PRZEJDĘ PRZEZ WSZYSTKO, TRZYMAJĄC SIĘ ODDECHU.
Po doświadczeniu sesji na Bali wróciłam do sesji oddechowych, zapisałam się do Mariusza. Sesje są online, to nie to samo, ale jak idziesz za prowadzeniem i oddychasz, to swoje przeżyjesz.
Przejdę przez wszystko, trzymając się oddechu.
Kiedy przyszedł do mnie epizod depresji (przez wyjazdem na Bali odstawiłam leki), czułam jak spadam w dół, jak tracę siły, jak wchodzi lęk. Czułam jak bardzo nie mam ucieczki od paplaniny mojego umysłu. Było bardzo źle. Rozważałam przetrwanie tego. Ja już tam na dnie byłam kilka razy. Raz otworzyłam te ostateczne drzwi i targnęłam się na swoje życie. To była jedyna dostępna forma ulgi w tych ciemnościach. Świat zewnętrzny już nie istniał, nie miał sensu w ogóle. Zniknął. Zostałam ja, mój umysł i absolutna ciemność. No i drzwi do zaświatów... I podczas niedawnego epizodu rozważałam przetrwanie tego. Gdyby była ze mną osoba, która by czuwała podczas mojej podróży w ciemność, może bym podjęła się takiego eksperymentu na sobie. Czy dotarłabym do dna, a potem wynurzyła się o własnych siłach, mając te wszystkie narzędzia, które zgromadziłam przez lata? Nie wiem tego, bo przerwałam podróż w dół lekami. Córka powiedziała mi, że źle wyglądam i żebym wróciła na leki. Sama nie odważyłabym się na dalszą podróż w dół. Po prostu wiem już, co tam jest.
Zawsze mnie to fascynuje jak taka malutka daweczka leku może mieć wpływ na to jak funkcjonuję. Jeśli może mieć wpływ i najwyraźniej ma, skoro jestem tutaj, działam, staję do obowiązków, to co może mi, nam, zrobić żywność? Kupujemy żywność nieznanego pochodzenia. Jemy w dawkach większych niż miligramy. Zostawiam to pod rozwagę, bo nie o tym chciałam pisać.
Ta sesja na Bali dała mi narzędzie, które nazywa się oddech. Nie kontroluję go. Ja jestem, widzę zbieraczem narzędzi, a nie ich wykorzystywaczem. A szkoda.
Mam tyle doskonałych narzędzi, sama jestem certyfikowanym kołczem (okropne jest to słowo, fuj) jednego z nich. Czy praktykuję cokolwiek? Tak, raz w tygodniu sesje z Mariuszem Mrozem. Swoją drogą polecam. Nie gimnastykuję się też. Raz w tygodniu - dziś - chodzę "na kijki" z grupą Izy. Nordic walking. Zgubiłam kijki gdzieś. Pewnie w aucie wpadły do bagażnika, choć nie widziałam ich tam. Szukałam ostatnio. No ale znów odeszłam od tematu. Odeszłam, bo dziś środa czyli kijki, a ja już drugi tydzień nie mam kijków. Takie odejścia od tematu nazywam sznureczkami. Po sznureczku wraca się do głównego wątku. Taka to nić Ariadny. Wracając - nie wykorzystuję narzędzi, nie wykorzystuję zasobów.
Wczoraj calutki dzień przeleżałam w jakimś dole - mimo leków doły są. Może to ten mróz na zewnątrz, bo jest -16, -20. Za chwilę temperatura będzie wzrastać, a mi migrena załatwi dzień... Zebrałam się do wyjścia po zakupy jedzeniowe, bo lodówka świeciła pustkami. Oj to było trudne, walczyłam ze sobą. Walczyłam ze sobą czy iść na zakupy czy zakopać się w kołdrze i koniec! Zmusiłam się też do zmycia naczyń, dałam radę. Przestawiłam choinkę (czeka na wiosnę, żeby ją zasadzić), przesunęłam stolik, zwolniłam sobie ścianę - będę uskuteczniać stanie na rękach, albo na głowie. Pierwsze potrafiłam, choć dojście do tego było trudne i przerażające momentami. Ćwiczyłyśmy z siostrą w dawnym domu. Jak już to opanowałyśmy, to odsuwałyśmy się coraz dalej od ściany, aż mostek z przerzutu potrafiłyśmy zrobić. No ale kiedyś potrafiłam dotknąć głową kolan przy wyprostowanych nogach, a teraz mogę na te kolana co najwyżej popatrzeć z dobrej odległości... Mam grupę na fb: dotknij głową kolan. To jeden z planów do realizacji. Taka mikro motywacja do wdrożenia ruchu w ciągu dnia. I co? I nic. Nie ćwiczę i tyle. To źle.
Psychicznie byłam zdrowa przez 3 lata, bez wsparcia farmakologicznego, za to z ruchem praktycznie codziennie. I to intensywnym ruchem. Aikido dwa razy w tygodniu, taniec, łyżwy, rolki, dużo sauny. I dopóki nie poznałam mężczyzny i się nie zakochałam, wszystko było ok. W zasadzie jak się zakochałam też było ok, promieniałam - to niezdrowe, to wybicie z równowagi, tym bardziej, że wygoniłam gościa i psychicznie spadłam ponownie w dół. I znów leki, bo nie mogłam dźwignąć się z tej depresji. Pracowałam w szkole. Nie mogłam nie mieć energii. I tak to sobie trwało na lekach, raz dobrze, raz gorzej, bo na lekach też są doły, szczególnie jak mózg uruchomi to swoje myślotwórstwo i mielisz w głowie, że jesteś singlem i coś z tobą nie tak.
A wczoraj słyszałam ciekawy wątek. Może od czapy, ale chwycić się można jeśli pomaga. "Są kobiety które przerobiły dom mężów w poprzednim wcieleniu" - cokolwiek to znaczy. One tam gotowały, sprzątały, prasowały i już w tym wcieleniu tego nie chcą. No to ja i już wszystko jasne. Tylko po co ja mężczyźnie, skoro pożytek ze mnie marny :D No niestety. Ostatni związek się rozwalił, bo nie chciałam już pieluch w moim życiu. Jezu, nie dziecko, przecież to jest uwiązanie przez lata! On chciał, ja nie, mode ucieczka is on. Nie ma opcji. I nie będę sprzątać, gotować, prać, prasować i bawić się w panią domu. Ja pierdolę. Oczywiście muszę te rzeczy robić, bo są potrzebne też mi, choć prasującą zobaczysz mnie tylko w czasie jakichś świąt. Już bardziej bym była zmotywowana do prasowania, gdyby mi ktoś powiedział, że dzięki temu zabija się bakterie :D. Nie, nawet to mnie nie przekona. Jestem na nie.
No i znowu sznureczkiem odleciałam od tematu.
Wczorajsza sesja dotyczyła wewnętrznego dziecka i jak zwykle była piękna. Sesje Mariusza są piękne, łagodne, przeprowadzają przez trudne rzeczy bardzo łagodnie, do światła. Towarzyszyłam narodzinom mnie samej w tej sesji, błogosławiąc sobie niczym dobra wróżka. No piękna to była sesja. Zobaczyłam w niej, że połączenie ze źródłem dzieje się poprzez energię maleńkiego dziecka. Ono niesie w sobie niewinność, radość, spontaniczność, ufność, otwarcie. Ono jest czystą, niewinną miłością. Przez jego oczy można spojrzeć w źródło, bo ono ze źródła pochodzi. A ono to ja, tylko ja jestem jak cebula, mam warstwy. Jak w geologii. Przeszłość zostawiła warstwy, ukształtowała mnie. Pod nimi jest ta czysta osóbka ze źródła, można by rzec fragment źródła, choć to jak powiedzieć fragment wody... No niby można zamknąć w butelce, ale nadal przynależy to do ogółu wody. Lubię metaforę z wodą. Na fb moja grupa nazywa się Kropelka z Oceanu. Przynależę do źródła, jak każdy z nas. Tam jest nieco opisu sesji Embrace. Piękne długie, uwalniające sesje. Jak zwykle zapraszam.
Mój mały sąsiad z góry też przynależy do źródła... Ma 10 lat, wali właśnie mi w sufit jakimś fotelem i ma atak wrzasków. Często ma. Jest 7:50. Ja już nie śpię, ale moje dziecko tak. Niby nie ma już ciszy nocnej, ale te wrzaski mnie aż zaciskają. Zaraz zagłuszę go muzyką. Aż mi się wszystko zatrzymuje i wpadam w nasłuch jak za dzieciństwa, kiedy moi opiekunowie urządzali sobie awantury. O jak ja nie lubię krzyków. Jestem jak zając na miedzy, prawie nie oddycham... Oddech. O sesjach oddechowych była mowa.
Dziś obudziłam się po 6 z całkiem dobrą energią. Przy kawie sobie tu piszę, zaraz spróbuję stanąć na rękach przy ścianie - trudne to! Jeszcze nie stanę, ale może jeszcze kiedyś stanę. Przynajmniej ruszę ciałem. Później przygotuję się na kijki. Dziewczyny nie chodzą tylko kiedy pada deszcz.
Pa