środa, 6 maja 2026

Pisanie spontaniczne

Przez ostatni tydzień żyłam maturami. Wczoraj moi uczniowie pisali matematykę. Zaskakująca była. Dla mnie nie trudna, ale dla uczniów mogła być nieoczywista. Mam nadzieję, że wszyscy będą mieć do przodu ten egzamin. Stres do sufitu, odczuwałam i ja, choć oni twierdzili, że się nie stresują. Przeszło na mnie? :) No i tak jest lepiej. Zabrałam się za tę maturę z ciekawością i z każdym zadaniem myślałam o tym, jak podejdą do tego moi uczniowie. O jedną osobę się niepokoję, ale okaże się, gdy przyjdą wyniki. Nagranie jest na youtube.

Nagranie. Siedziałam na TikTok, bo wrzucałam tam pliki dla maturzystów. Przeglądałam różne platformy w oczekiwaniu na jakieś zdjęcia arkuszy. Są jacyś mocarze, którzy umieją przemycić telefon mimo zakazów, strzelić fotę arkusza i wrzucić w sieć. Jak? Nie wiem. Dużo wcześniej niż oficjalnie ludzie z TikToka rozwiązywali zadania na live. Ja poczekałam na oficjalny arkusz na stronie CKE do 14:00. Do tego czasu widziałam tylu rozwiązujących, że szok. Zwątpiłam czy jest sens, żebym i ja nagrywała, skoro tyle już tego w sieci jest. Mnóstwo. Dopadły mnie wątpliwości na temat sensu tego nagrywania, a co za tym idzie w ogóle sensu tworzenia treści cyfrowych, skoro tyle tego jest. No ale narracja specjalistów od tego typu oporu brzmi: jesteś jedyna w swoim rodzaju i trafisz do swoich ludzi. A ja nie czuję się super dobra, super mocna, super chruper, niech idą do lepszych. Już kiedyś to przechodziłam. Mój ówczesny partner powiedział, że jego uczeń szuka korepetytora z matematyki i mam go uczyć ja.
- Ja? Jak to ja? A jak nie dam rady? Oddam te korepetycje Asi.
- Jak Asia chce korepetycji, to niech sobie ucznia załatwi, w środę masz jechać ty.
Tak oto rozpoczęła się moja przygoda z korepetycjami i trwa 20 lat. Byłam w tak potwornym stresie, że byłam w stanie oddać te korepetycje "lepszym", bo ja jestem jaka? "Gorsza" oczywiście. 

Pracuję nad sobą i poczuciem wartości. Jest niepodważalna, a ja ją podważam. Niepodważalna z racji ludzkiego istnienia i tę wartość ma każdy człowiek. Tu jest jakaś nakładka na tę wartość, jakaś wartość, którą się wnosi w życie innych ludzi. Wątpiłam, że ją mogę wnieść. Miałam i mam pokorę co do posiadanej wiedzy. Wiem, jak rozległa jest matematyka i wiem, że znam jej mały fragment. Wiem też - i to jest mocne - że potrafię to jasno przekazać, tak, że rozświetla się spojrzenie tego kto pyta w efekcie, który nazywam AHA. To jest moja mocna strona. O tym wiem i to widziałam u wielu ludzi, z którymi rozmawiałam. Nawet na studiach. Już chyba o tym pisałam kiedyś. Po 10 latach dostałam maila z zapytaniem o opracowania do drugiego projektu z reaktorów. Hę? 
- To ty nie wiesz, że studenci uczą się z twoich opracowań?
No nie wiedziałam. Chciałabym je zobaczyć ponownie. Może bym opracowała zagadnienia do kolejnych projektów. Ciekawe to. Byłam zaskoczona tą wiadomością. WOW. Cóż tu dużo mówić. 

Dobra, dosyć przechwałek. 

Namalowałam obraz. Podoba mi się, ale chyba tylko mi. Ma jakiś czar w sobie, że się uśmiecham do niego. Pierwszy raz malowałam szpachelką, czy jak tam się nazywa to małe malarskie narzędzie. Zabawa przednia, efekt czadowy, przynajmniej to moje zdanie. Znów opierałam się na malarstwie Aleksandra Bolotova. Wspaniale maluje deszczowe sceny w mieście z ciepłym światłem  ulicznych lamp. Uczę się oddawać perspektywę, bo to niełatwe zadanie dla mnie. Uwielbiam ten obraz.



Dobrze. Idę do biurka zająć się plikami dla ósmoklasistów. Za kilka dni oni piszą systemowy egzamin. Na szczęście jego się nie da nie zdać.  

Moje samopoczucie jest bardzo dobre, zwiększona dawka leku pomogła. To dobrze, bo jest o niebo lepiej. Idę. Pa.


niedziela, 26 kwietnia 2026

...

O 6:16 wzięłam laptop do łóżka, żeby pisać tutaj. Jest 8:30 - zboczyłam na inną zakładkę i okazało się, że pracuję nad swoim produktem. WOW, na poważnie mnie wkręcił, skoro siadam do niego za każdym razem, gdy otworzę komputer... 

(I nastał kolejny dzień)

Jest 6:21, otworzyłam laptop. Słońce się pokazało na chwilkę, a później zniknęło za gęstą, wielką chmurą. Zrobiło się ciemno. Spijam kawę i myślę, czym się zająć. Malowanie czy skrypt z wzorami dla maturzystów... Telefon mnie ratuje od wariactwa, albo w nie wpędza, sama już nie wiem. Zasypiam z nim i budzę się z nim. Towarzyszy mi. Gada do mnie. Ale zmula mi mózg i uzależnia. 

Byłam wczoraj w sadzie. Stare jabłonie mają pąki, nawet kosztel. Kwitnie bluszczyk kurdybanek, zebrałam go do suszenia. Oczywiście pędy chmielu też zebrałam. Korzystam z tego co daje natura. Jadłam wczoraj rabarbar. I czosnaczek. Rozplenił się i zaczyna kwitnąć. Lepiej on niż pokrzywa. Wypieliłam wokół krzaków porzeczek. Kwitną, ale niewielkie to krzaki. Jeden usechł. Wyrzuciłam ze cztery wielkie misy chwastów. Moja mięta się rozrasta. Mogłaby rosnąć zamiast trawy. 

W domu cisza aż dźwięczy w uszach. Córka  u chłopaka, kot obok mnie. 

wtorek, 21 kwietnia 2026

Jest lepiej, restauracja w ciemności i inne.

Kotka po mnie chodzi, przeszkadza w pisaniu. Mam nie pisać? Nie pisać, tylko zająć się kotką, głaskać, miziać, drapać. 

Nie przychodzę z niczym konkretnym, wyjdzie w praniu - znaczy - w pisaniu. 
Jest mi lepiej, zwiększona dawka leku weszła i przyszła ulga, lęk się zmniejszył, choć wczoraj wszedł, niestety. Kończy mi się pół roku płacenia tylko składki zdrowotnej ZUS, wchodzę na mały ZUS, czyli większy niż obecnie. Miałam zdecydować, czy płacić składkę chorobową czy nie. 900 zł. Do tej pory było około 500. Ponad 300 księgowa. Ponad 700 mieszkanie. Około 200 prąd. Do tego za chwilę auto OC. Trochę się tego zbiera. A tu koniec kwietnia, za chwilę maj i maturzyści pójdą swoją drogą. No i z tego wszystkiego zadrżałam z trwogi i zaczęłam myśleć o etacie, ale nie w szkole. Wystraszyłam się. Lęk przyszedł. Lęk oparty o to, że nie dam rady. Tylko czemu to takie myśli do mnie przychodzą? 

Wykupiłam platformę kursową, wchodzę w produkty online, to po prostu kolejny krok rozwoju firmy. 
Zaczęłam pracować nad dwoma produktami. Jeden widzę, że mnie wkręcił. Nawet przerwałam na chwilę pisanie, weszłam w canvę i pracowałam nad produktem. Podoba mi się. Wkręcam się, to dobrze. Oby tylko to nie był słomiany zapał, trzeba wytrwać. Mam całe lato na ogarnięcie tego. Ale projekt mi się podoba. To dobrze. 

W weekend wybrałam się z pewną grupą na wycieczkę do Warszawy. Zwiedzałam Zamek Królewski, ale to nie leży w moich zainteresowaniach. Jestem ignorantką historyczno - polityczną. To pewnie źle, ale mam to gdzieś. Życie jest jedno, będę tam zwracać uwagę, gdzie mi dobrze i tyle. To też pewnie źle. Wiąże się ze wstydem, że nie wiem rzeczy, które "wszyscy wiedzą", które "powinno się wiedzieć". Dobrze, że wiem kto jest prezydentem. W sumie dobrze się stało, że stoi na czele narodu Facet, a nie cipuś. Prezencja piękna, tylko czy decyzje podejmuje dobre, to wiedzą ci, co się znają. Ja nie. Może pan Prezydent coś dobrego by podpisał dla przedsiębiorców? 

Wycieczka do Warszawy. Zamek Królewski. OK. Drugą atrakcją były ogrody BUW na dachu budynku. Coś przepięknego. Teraz wiosną kwitły drzewa i forsycja, grzało słońce, było pięknie. I to jest radość dla mojej duszy, a nie jakieś zamki. 


Odpoczęłam tam. 
Trzecią atrakcją był obiad w całkowitej ciemności w Different - restauracja w ciemności. Kelnerzy są osobami niewidomymi. Bardzo dziwne wrażenie kiedy wchodzi się w całkowitą ciemność, taką, że nie ma różnicy czy ma się oczy zamknięte czy otwarte, i tak nic nie widać. Bada się obszar rękami, natrafia na sztućce, talerz. Bada co w tym talerzu i jak to zjeść. Bada smaki i zgaduje, co właśnie spożywa. Pyszne to było i wykwintne, ale jest to tajemnica, dlatego nie napiszę, co jadłam. Bardzo mi się podobało to doświadczenie. Chętnie poszłabym tam jeszcze raz. Odpoczęłam, mimo, że nasza grupa nie należała do cichych. Dużo śmiechu było. "Kasia, gdzie jesteś? Pomachaj." 

Obrus oddawał światło,, bo przeskakiwały elektrony. Efekty błysków można było uzyskać na przykład jadąc paznokciem po nim. Taka mikro dawka światła dla mózgu. Po jakimś czasie mózg przyzwyczaja się do ciemności. Wychwytuje co jest gdzie i wszelkie daweczki światła. Gdzieś kotara okazała się przepuszczająca jakieś pasy światła, czujnik przeciwpożarowy (chyba) też wysyłał jakieś swoje światło. To wszystko widać było po jakimś czasie od wejścia, i to nie każdy widział podejrzewam. Ciemność była gęsta, piękna. I widziałam, że jestem bezpieczna. Rozkoszowałam się tym. Polecam to doświadczenie. Cieszę się, że pojechałam na tę wycieczkę. 

Dobrze. 7:11. O 8:00 zajęcia. Zbieram się, mimo przytulonej kotki trzeba już. 

Ach, jeszcze jedno. Każdorazowo po "Podróży w głąb podświadomości" Mirandy Kubasiewicz śni mi się największa miłość mojego życia. Śni mi się Mateusz. Analiza snu mówi, że to mój animus. Nie znam tematu aż tak, żeby móc tę wiedzę jakoś wkomponować w życie. Niby się wyleczyłam już z tej relacji, a jednak ciągle w głębi to jest. Wysypiam się kiedy pamiętam sen, to normalne, tylko wraca wspomnienie Mateusza. To nie jest miejsce na pisanie o romansach, może reklama przyszłej książki. Analizowałam sobie tę miłość. Dostałam jej wtedy bardzo wiele. Szacunek, wsparcie, bezpieczeństwo, opiekę, radość, uwagę, akceptację, uznanie, taniec, rozmowy do rana, zachwyt, wpatrzone zakochane oczy i splecione dłonie. Pierwszy raz dostałam taki komplet. Pierwszy raz ktoś mi pokazał, jak powinnam czuć się w relacji. Wykąpałam się w tym jak w basenie z cudną wodą. Otoczyło mnie to uczucie. Czy to była  miłość? Czy ja dałam miłość? Czy też chciałam tego człowieka z powodu tego, co mi dał? To ciekawe. W każdym razie bardzo chciałam go zatrzymać dla siebie, ale był już z inną osobą i jest z nią do tej pory. No trudno. W każdym razie warto było doświadczyć tego wszystkiego. Zmienił tym moje życie i postrzeganie relacji. Poprzeczka jest bardzo wysoko. Ach. 


poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Pisanie spontaniczne i jedna kartka pamiętnika

- Pół królestwa  za twoje myśli
- Pół królestwa... A duże to królestwo?
- Królestwo na miarę króla, więc marne. Zmieniłaś numer i mi nie powiedziałaś?
- Dlaczego mieszając mi znów w głowie nie powiedziałeś, że masz dziewczynę?
- A pytałaś? Poza tym wszystko co "mieszałem" było prawdziwe i nie ma nic wspólnego z moim stanem cywilnym. PEWNE RZECZY NIE ZMIENIĄ SIĘ NIGDY.

Kurtyna.

Pytajcie dziewczyny podrywających panów czy mają partnerki, bo oni sami z siebie tego w takich chwilach nie mówią. Ha ha ha, śmiech przez łzy. 

Wyrzucam pamiętniki, niszczę, ta kartka na spalenie. Zresztą wszystkie. Zapisałam tych zeszytów dużo. Najpiękniejsze relacje schowałam do pudełka, kiedyś napiszę książkę. Nie zmienię imion i faktów, ale będzie draka! ;)

Święta Wielkiej  Nocy. Dobrze, że Pan Jezus nie sprawdza czystości okien, bo w tym roku nie ruszyłam małym palcem w kwestii sprzątania. Nie miałam siły, odebrane zostały przez niemoc psychiczną. Mimo leków ciągle nie jest najlepiej. Dorzucam samowolnie jeden lek, który kiedyś mnie podniósł do pionu. Miałam wtedy epizod depresji lekoopornej i zdaje się, że mam z tym do czynienia teraz. Niby lekarz podniósł mi dawkę leku, ale nadal tonę w lęku i czołgam się nosem przy ziemi. Tak się nie da żyć. Skoro już się leczę, niech czuję się dobrze, a nie tak, jakbym się nie leczyła. Choć gdybym się nie leczyła, to leżałabym bez sił i płakała z tej bezsilności. Tak tragicznie nie jest. Zmywam czasem naczynia, sprzątam kuwetę, myję się. Ogarniam pracę, rachunki, zakupy. Czy jednak odczuwam radość? Nie. Bo z czego? 

No właśnie. Z czego odczuwasz radość? Jakie to uczucie? Nie mówię o zakochanych, bo oni czerpią energię od siebie wzajemnie i ten stan mija. Mówię o zwykłym, codziennym życiu. Poczułam wczoraj, że malowanie przynosi mi spokój. Taki błogi stan. Skończyłam wczoraj obraz, który był w moim odczuciu dość trudny. Miałam kłopot z oddaniem perspektywy i wielkości elementów, z proporcjami postaci. Myślałam kilka razy, że to będzie do wyrzucenia. Ostatecznie jestem zadowolona z efektu. Ja nie maluję postaci. O ten obraz poprosiła moja mama. Malowałam w oparciu o obraz kogoś, kto na instagramie ma nazwę rainy_painter. Malarz nazywa się Aleksander Bolotov. Rzuć okiem, cudne ma obrazy. Mój nie dosięga jego pracom do pięt, gdyby miały pięty. No ale dobra, jest. I już się nie będę podejmować reprodukcji, bo się po prostu do tego nie nadaję. Chłopak maluje przepięknie. Ja maluję ze zdjęć, jeśli oko się zawiesi i w mózgu zaklika, że to piękne i chce na obraz. Do dokończenia mam liść, któremu pozostał tylko wzór nerwów i rude fragmenty blaszki. Z niego też jestem zadowolona. Lubię malować. Bardzo. Ale tylko to co sama wybiorę. 

Dobrego dnia. Bo słońce już wysoko.  



poniedziałek, 23 marca 2026

Zapisane kartki - porządki w stertach

Bo oczywiście szkoda tak po prostu wyrzucić. Jeszcze energii trzeba do tego dołożyć... 

15 sierpnia 2023
Dotarłam do chwili, gdy chcę się zatrzymać, rozejrzeć, zrobić remanent życia. Albo nie. Remanent w zasobach najpierw. 
Od lat uczę się, słucham innych, szkolę się, czytam książki, biorę udział w psychoterapiach, kołczingach, obserwuję grupy z rozwojem, medytacjami, wykładami, a mimo to nie jestem spokojna, uporządkowana, opanowana, odpowiedzialna, przyciągająca bogactwa i nie wiadomo co jeszcze. Jestem. W całym tym chaosie, w całej tej niepewności, w świecie, w którym jedyna stała to fakt, że wszystko się zmienia. I wcale nie jest tak, że o świcie wyskakuję z łóżka prosto na matę do jogi, ochoczo rozciągam się, medytuję, piszę dziennik wdzięczności, na śniadanie wciągam z miłością warzywa z uprawy organicznej i w podskokach radości biegnę do cudownej pracy. Kupiłam w pewnej chwili wizję, że życie powinno tak wyglądać. A ono u mnie wygląda inaczej. 
Nie mam kłopotu z zasypianiem, za to rano, gdy otwieram oczy, spokój zmyka razem z resztkami snu. Jak czyhający w realu chochlik ucapia mój mózg i od tej chwili jest już tylko niepokój i lęk. Nie ma tego zewnętrznej przyczyny. Mam wszystko czego do życia potrzebuję, a nawet więcej. Fizycznie jestem zdrowa, nie mam długów, pieniądze przychodzą, wystarcza na wszystko. Lubię swoją pracę choć nie przynosi kokosów, nie baluję na jachtach, nie mam prywatnego helikoptera. Nie mam też domku z ogrodem. W bloku, w którym mieszkam, nie ma balkonu ze stoliczkiem i krzesełkami, światełkami i mnóstwem roślin. 
Marzenia robiły mi niezadowolenie z tego, co jest. I  wcale nie włączała się dążność do realizacji, tylko ciągle ten lęk. Że nie dam rady, że to dla mnie Himalaje, że za wysokie progi, choć mam długie nogi. I załamka, że jest jak jest. 
Depresja przez długie lata, nieleczona najpierw, bo wstyd przed ludźmi... Sześć lat chodziłam jak zombie nakładając maskę normalności dla świata zewnętrznego. W końcu nieudana miłość, jakieś rozstanie, mroczny luty i próba samobójcza. Znalazłam się w szpitalu na OIOM, nieprzytomna 4 doby. Później psychiatra i leki. Za dwa tygodnie pierwszy raz zachwyciło mnie niebo, zachwyciły obłoki, poczułam podmuch wiatru, nabrałam powietrza, usłyszałam szum drzew i poczułam radość. Oddychałam i czułam się dobrze. Wdzięczna. 

Studia zaczęłam 7 lat po maturze, po podróżach, doświadczeniach w jakie byście nie uwierzyli, po próbach odnalezienia siebie, realizacji wizji, spełnienia marzeń. Mózg można oszukiwać, można mu wmówić, że będzie wspaniale, gdy mieszka się w norze bez ogrzewania w środku zimy w obcym kraju, gdzie ciepło dają plecy koleżanki, która tkwi w tej samej naiwności, co ja. Leżałyśmy tyłem do siebie, zetknięte plecami, żeby było cieplej i snułyśmy fantazje o Paryżu, Hiszpanii, Safari w Afryce. Marzłyśmy w Mediolanie. W Mediolanie! WOW, czy to nie sukces? Byłam nawet na okładce magazynu Quatro ruote. O tak. Mieszkałam w Mediolanie pół roku. 

Właściwi ludzie przychodzą we właściwym momencie, a potem odchodzą i trzeba na to pozwolić. Jedyną osobą, z którą jestem całe życie to ja sama. Ja ze sobą. 

Pokochać to, co mam. Obejrzeć zasoby, wyrzucić nadmiary, zostawić co potrzebne, taki jest cel najpierw. Uporządkować przestrzeń, zrobić miejsce. NIECH TO MIEJSCE ODDYCHA. To wszystko, co jest w domu jest przedłużeniem nas samych niczym urealnione końce nitek naszych myśli. Każda rzecz przyszła po coś. Żebym coś utworzyła, żebym do czegoś jej użyła, żeby może zapełniła jakąś pustkę, żeby dała nasycenie... Hm, iluzja, znów iluzja. A rzeczy zostają i jest ich coraz więcej. 

Ja mam tak, ty masz po swojemu. Może znajdziesz wartość w tym, że nie jesteś jedyna na świecie, która żyje nieinstagramowo. Oddychajmy. Wdech, wydech. 

wtorek, 17 marca 2026

Płyta indukcyjna

Na zewnątrz już jasno, choć to świt, więc do pełnej jasności jeszcze trochę brakuje. 

Jakiś czas temu gotuję na mojej indukcji, którą mam 4 lata. Była włączona też pralka. Nagle łup! Wywaliło korki. Włączyłam wszystko ponownie i zamiast wyłączyć jakieś urządzenie, to kontynuowałam czerpanie prądu w takim zakresie. No i wtedy tak walnęło, że już sama korków nie mogłam włączyć. Musiał przybyć elektryk z TBS i zrobić to z pozycji skrzynki na klatce schodowej, do której ja nie mam dostępu. Włączył. Pralka działa, piekarnik działa, indukcja nie działa. 

Szukanie dokumentów poszło nawet szybko jak na moje doświadczenia. Wynikało z nich, że jesteśmy po gwarancji. No ale trudno, dzwonię do serwisu. Pani bardzo rozmowna, opowiadała historie różnych klientów, a ja do pewnego momentu grzecznie słuchałam, w głowie mając myśl: do brzegu babo!

Pani powiedziała, że muszę mieć podpis elektryka, który zakładał tę indukcję. Traumę mam po tym elektryku, nie podpis...

Cztery lata temu koleżanka poleciła mi panów, którzy mogliby zrobić mi meble do kuchni. Dogadaliśmy się, serdeczni, dowcipni, było OK. Mój kolega dał mi namiar do swojego elektryka, ale oni powiedzieli, że mają swojego. No w porządku. Elektryk chodził z przydupasem, jakimś wielkim chłopem. Tak oto ja sama miałam w mieszkaniu czterech chłopa. Nie czułam się pewnie. 

Elektrykowi się spodobałam. Szybko przeszedł na "ty". Miałam pół sekundy awarii z tym, ale pomyślałam, że co mi tam, jeden znajomy więcej. Przychodził codziennie i coś gmerał. Położył mi silikon w łazience, która tego wymagała "bo mu zostało", przynosił wodę mineralną i żwir dla kota (nie ten, którego używam), żebym nie dźwigała. Nawet wybrałam się z nim na spacer, bo miał mnóstwo energii i był bardzo pomocny. 

Ze stolarzami zadziała się awaria, bo odwalili fuszerkę. On powiedział, że to poprawi. Umówiłam się ze stolarzami na poniedziałek.

W piątek pan elektryk poszedł do kina na "Dziewczyny z Dubaju". Po tym filmie klepki mu się poprzestawiały, albo od początku miał je poprzestawiane, tylko nie wiedziałam, że tak bardzo. Napisał do mnie wiadomość: "Mam dla ciebie propozycję. 10000 płatne z góry za całowanie cię całą noc. Tylko całowanie. Bo tak mi się podobasz."

Nie wiem jak ktoś by zareagował na to, moja psycha to moje reakcje, też mam klepki poprzestawiane. Nie zrobiłam haha, tylko odpowiedziałam, żeby więcej do mnie nie przychodził i nie pisał do mnie. Screena wysłałam stolarzom i napisałam, żeby nie przychodzili, tak się wystraszyłam. Pomyślałam, że zostawiałam ich samych w domu, że mam córkę, że nie wiem kogo do domu wpuszczam i nie wiem co się może wydarzyć. Ten niepokój, gdy czterech chłopa weszło mi do domu... Kupiłam gaz pieprzowy sobie i córce i waliło mi serce, gdy ktoś mi dzwonił do domu, uczeń na korepetycje najczęściej... Dramat. 

Może ktoś rozegrał by to lepiej, ja po prostu pozamykałam się szczelnie od środka...

Stolarze wyśmiali wiadomość nazywając to przedszkolem. Nie naprawili tego co spaprali. Byłam u pani od praw konsumenta, moja znajoma jak się okazało. Następna pierdolnięta, co na pytanie jakie są szanse na wygranie sprawy o poprawki w kuchni rzekła profesjonalnie: a co ja, szklaną kulę mam? Gówno zaradziła, choć obiecywała jak politycy. "Będziesz miała kuchnię jaką chcesz." Do tej pory mam taką, jaką zostawili 4 lata temu. Szkoda gadać. Byłam nieskuteczna w osiągnięciu swojego. 

Wracam do zepsutej indukcji i braku podpisu elektryka. Nie przypuszczam, żebym miała jaja kontaktować się z nim, jeśli okaże się, że również odwalił fuszerkę, zakładając indukcję jak przysłowiowy szwagier, na kolanie, "jakoś to będzie", "będzie pani zadowolona". Ja się nie znam i nie muszę. Dziś przybywa elektryk z media markt nie dla idiotów - tak to było? - i będzie podłączał nową indukcję. Zamiast ustawiać rzeczywistość na pozytywne zakończenie sprawy, to się zamartwiam tym wszystkim. Obiecuję, że jeśli to skończy się bez problemów, to już więcej nie będę się zamartwiać, bo to totalnie zmarnowana energia. Ja jestem wyczerpana. Życie kurwa. 

EDIT: Skończyło się bez jakichkolwiek problemów. Zgodnie z tym, co pisałam wyżej, zamartwianie się wyłączam, bo jak widać szkoda energii. Jak mawia mój znajomek: jak się stanie, to się będziemy martwić, na razie nic się nie dzieje. No. 

poniedziałek, 9 marca 2026

Pamiętanie siebie, Gurdżijew

9 lutego 2003
Pamiętniku ratuj albo pomóż umrzeć. Eureki ze śmietnika jakiegoś! Boże po co ja jestem na tym świecie? Po co? Nie chcę tu być. Nikt nie będzie za mną tęsknił. Nie spełniam cudzych oczekiwań. Jestem do niczego. Nawet ubrać się nie potrafię. Przesoliłam kotlety. Jestem gruba, mało inteligentna, taka kłoda bez wyrazu. Mam ochotę skończyć to życie tu i teraz. Żadna radość nie jest warta tylu cierpień, wewnętrznych walk, uczucia wiecznej izolacji i niedopasowania. Z zewnątrz tylko wymagają, a ja nie jestem w stanie temu wszystkiemu sprostać. Myślałam, że wyleczyłam się z depresji, ale to nie prawda. Mam ją nadal. Kwitnie. A mnie ogarnia ten koszmar ponownie. Boże ześlij śmierć!

Nieźle nie? Ech. 

Eureki to takie genialne wnioski, które niekiedy zmieniają sposób patrzenia na rzeczywistość. Wydają się rozwiązywać problemy, ale jak widać to rozwiązanie jest powierzchowne i chwilowe. Są też czasem takie potężne, które realnie zmieniają sposób postrzegania rzeczywistości. Będzie o tym kiedyś, na razie przerabiam rok 2003, 23 lata wstecz, miałam wtedy 26 lat. Zaczynałam studia na politechnice, kończyłam dwuletnie studium turystyki, zarządzania i języków obcych. Tak, zbierałam te wykształcenia i dyplomy... Sporo tego jest. No i co z tego mam? Doświadczenie bycia na tych wszystkich uczelniach chyba. 

11 lutego 2003
Negatywne myśli dały na chwilę spokój. Lekarstwem okazała się książka. Teoria systemu Gurdżijewa wciągnęła mnie bez reszty. PAMIĘTAĆ SAMEGO SIEBIE, być świadomym każdego ruchu, każdej myśli, każdej emocji. Taka obserwacja pozwoli na pracę nad sobą. 

Spróbuj kiedyś.
Trzeba być obserwatorem siebie. Prowadzić ciągłą obserwację siebie jak obiektu w życiu. "Idę teraz do szafki, kładę tu klucze, idę usiąść. Siadam. Przyszło mi do głowy X. Czuję Y. " Spróbuj. Zapewniam, że ockniesz się w pewnej chwili i zdasz sobie sprawę, że nie obserwujesz siebie, bo pochłonęły Cię myśli. Taki świat, który jest tylko w głowie i wyświetla się jak w kinie, niknie świat zewnętrzny, jesteś tylko w swojej głowie. Łapiesz się więc na tym, że nie obserwujesz siebie, to jest dziwne złapać się na tym. "Jestem na przejściu dla pieszych. A przecież siedziałam na krześle w domu. Pochłonęły mnie myśli, ale już jestem z powrotem. Przeszłam przez jezdnię, idę do Z. Myślę, że X, czuję Y. Pamiętam siebie."
Naprawdę czadowe ćwiczenie. Z całej książki przeczytanej 20 lat temu to ćwiczenie zostało ze mną do dziś. Nie, nie ćwiczę, ale myślę, że warto. 

Nie ćwiczę też fizycznie, choć to jest super na rozładowanie wszelkich napięć. Myślę o rozpoczęciu jakiejś aktywności. Może będę biegać? Ja biegać? Fuj, ale czuję, że wytrząsnęło by tę stagnację z ciała, zmęczyłoby fizycznie, psychika trochę by odpuściła napór tych katastroficznych myśli. Wojna za rogiem, ceny natychmiast idą w górę, na koncie mam 500 zł, ZUS jedynie 432,54. Czyli wystarczy. Dosłownie na rachunki i to jeszcze z drżeniem, czy się zepnie wszystko. Siedzę i się boję. A rozwiązaniem jest działanie. Ogarnięcie tych produktów cyfrowych. Tylko za tym idzie myślenie: kto to kupi? To nie jest na salony. Naiwna jestem, że podbiję tym świat. Dobble tabliczka mnożenia w nieco artystycznym wydaniu. Wypuścić to na Amazon KDP? A te wszystkie RODO, UOKiKi, inne, o których nawet nie wiem? A wiesz, że jeśli nie jesteś VATowcem, to VAT za reklamy na fb i innych platformach musisz zapłacić Ty? Przerażają mnie te wszystkie zobowiązania, o których nie mam pojęcia. 

11 lutego 2003
TOKSYNA. Po raz kolejny wypomniała mi, że mam wielki tyłek, co oczywiście nie jest prawdą, bo tyłek mam średni, a takiej J. Lopez wielki tyłek nie przeszkadza w robieniu kariery. Mojej siostrze też tyłek rośnie, ale ona przyczepiła się do mnie. Zrobiła awanturę o kanapkę i zdążyła wypomnieć posiłki z wczoraj.
Jak tu z nią żyć pod jednym dachem? Podważa moją pewność siebie i oczekuje, że będę pewna siebie... 
Już mogłaby dać mi spokój, zająć się własną dupą i własnym życiem. Bardzo potrzebuję uciec spod jej wpływu.

Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że zabieram ją w swojej głowie na zawsze ze sobą. Hm, może nie na zawsze, ale do chwili uświadomienia sobie, że to co gra mi w głowie skądś jest...

Wcina się we wszystko. Zatrzasnę jej kiedyś drzwi do mojego życia jak tak dalej pójdzie. Powiedziała mi, że nogi zamieniły mi się w IKSY i tak to jest jak noszą zbyt duży ciężar. Ważę 65kg, mam 177 cm wzrostu... JAKI CIĘŻAR? OSZALAŁA?! 
Codziennie ćwiczę CALLANETICS i się rozciągam. Czuję się świetnie i ciało moje też mi się podoba. Tylko jej się nie podoba. CZEMU SIĘ NIE ODCZEPI TA TOKSYNA? Już jej nie chcę i nie potrzebuję. Jak jej potrzebowałam, to jej nie było. Wszyscy byli ważniejsi niż ja. Oszaleję chyba!
Chłonę system Gurdżijewa. Może on pomoże zrozumieć to wszystko. Rozumiem, że nikt nie jest idealny.
Ona wpoiła we mnie przekonanie, że jestem gorsza niż inni, a ja utwierdzam siebie i ją w tym przekonaniu. Czas chyba pozmieniać te bzdury, które  we mnie wpoiła. Czas uwierzyć w to, że jestem coś warta. Wbrew temu, co myśli o mnie moja własna matka...

Tak to czułam wtedy. Teraz rozumiem, że byłam ciężarem, który pochłania zasoby. Nie było nadmiarów najwyraźniej, a ja może jadłam ponad stan? Nie pracowałam, tylko uczyłam się w płatnej szkole w Warszawie, gdzie trzeba było też dojechać. Mieszkałam już w akademiku? On też kosztował. To wszystko były pieniądze. I te dodatkowe kanapki... może zbędne. Zajadałam coś? Możliwe. Tylko czemu mówiła do mnie w ten sposób? Czemu agresywnie depcząc mnie jak robaka? Bo nie umiała inaczej? Czuję przykrość za to, jak byłam traktowana. Dziś mam dystans do niej, choć kocham ją bardzo i współczuję, że miała życie jakie miała. Nie bywam u niej, gdy mój stan psychiczny jest chwiejny, a tak jest teraz. Gdy jest dobrze też muszę uważać, żeby nie dostać z liścia, bo się cieszę na przykład. 

Zaproponowała mi twórczyni ludowa, że w niedzielę palmową może sprzedać moje kolczyki z frywolitki. O WOW, wszechświat otwiera nową możliwość! Tak to odczytałam. Nie zamierzam nagle rzucić wszystkiego i wejść teraz w handel biżuterią z nitek. Wiadomość spotkała się jakimś odcieniem odrazy, wyższości, niechęci. Natychmiast zgasła moja radość. Muszę uważać, gdzie takie iskierki noszę. Nie mogę ich zanosić do mamy. 

Na dziś jest we mnie niestabilnie. Przytłacza mnie wielość przedmiotów w tym domu, bardzo mała przestrzeń też, klaustrofobiczna łazienka. Chodzę niemal po wytyczonych ścieżkach, bo tylko tyle dla mnie zostaje. Tu stół, tam fotel, tu łóżko, tam krzesło, tu szafka z kwiatkami, a tam kwietnik, co go stargałam ze strychu od kuzyna. Podejrzewam, że to był mój kwietnik, z mojego domu z dzieciństwa. Albo taki sam. No to go teraz przestawiam z miejsca na miejsce, bo za dużo go nie ma, a ja nie potrafię jeszcze z luzem zrobić czystki. Sztaluga do obrazów i pudła z farbami. I ślimak Achatina. Nie wiem po co mi był ten ślimak. A, i ziemiórki. Już je zacznę traktować jak kolejne zwierzątka domowe, bo fruwają i się nie dają zlikwidować. Jeszcze. Zakupiłam chemiczne środki i nicienie przeciw takim gagatkom. Przyjdzie czas na przesadzanie kwiatków to zaaplikuję do nowej ziemi niespodziankę. 

Kiedyś kochałam przesadzać i rozsadzać kwiatki, na dziś zapał mi zanikł. Zajmują miejsce, wymagają opieki - mniej niż koty, ale jednak - dają schronienie ziemiórkom, fuj. Ale nie umiem się tych kwiatków pozbyć, niestety. 

Pa