Sprawdź na fb - MatPapryka

piątek, 4 września 2026

Pisanie spontaniczne

Czy pisanie spontaniczne w blogu jest spontaniczne, czy też myśl, że ktoś to czyta jakoś steruje procesem? Pewnie jakiś wpływ ma.

Zaczyna się wrzesień. Uczniowie już zajmują swoje miejsca. Za chwilę wystartujemy z korepetycjami w kolejne miesiące wspólnej podróży.

Jeszcze we wrześniu wyjeżdżam. 

Moja głowa nie jest spokojna, mam mało energii, do wczoraj nawet pisanie do rodziców o znikających powoli terminach było wyzwaniem. Podołałam, z większością osób skontaktowałam się i  udało się ustalić terminy. Czekam jeszcze na jedno potwierdzenie. 

Przyszłam tu dać sobie ulgę tym pisaniem. Nie wiem w zasadzie, co się dzieje ze mną. Obiektywnie nie powinnam na nic, absolutnie na nic narzekać. Wszystko jest w porządku. Mam wiele czasu dla siebie, mogę robić, co mi się żywnie podoba, a mi się roją niepokoje, jakieś poty na myśl o przyszłości, o jakichś katastrofach... Nawet ten wyjazd wrześniowy będzie wyzwaniem. Trzeba będzie przywdziać maskę zadowolenia, nawet jeśli od środka będzie mnie zżerać to, co żre teraz. 

Tylko co to jest to, co żre?

Mało mam kontaktu z ludźmi. Może też zbyt wielką wagę przywiązuję do braku takiego kontaktu.  Na dłuższą metę i to mnie męczy. Byłam na zajęciach malarstwa, ceramiki, przynależałam do tej grupy, a jednak nie o to chodziło, zrezygnowałam z obu zajęć. Na malarstwie była jedna gaduła, której twarz się nie zamykała. Ceramiki nie czułam aż tak. Coś tam lepiłam, tworzyłam, ale niepotrzebne mi są kolejne "klunkry" w domu, a przynależność też nie dawała tej satysfakcji, której mi brakuje. Bardzo trudno mi określić, czego właściwie brakuje mi do szczęścia. Bliskiej relacji romantycznej? Przecież to jest kolorowe przez chwilę. Nie rozumiem już nic. 

Przede mną weekend, no i dziś. Trzy dni bycia tylko ze sobą. Może medytację jakąś powinnam uskutecznić, żeby odciąć się od myśli, albo nabrać dystansu do nich. One muszą tworzyć niepokój. One sprawiają, że żołądek mi się zaciska. Nie jem, bo tak mi robi ten niepokój. No cholera jasna, jak mam sobie z tym poradzić? 

Wiele ludzi zaleca terapię, a ja w ciągu 25 lat leczenia depresji trafiłam na dwóch terapeutów, którzy coś w moim życiu zmienili. Cała reszta to jakiś przesiedziany bez sensu czas. Jakieś gadanie nie wiadomo o czym i po co.  Kolejny raz zrezygnowałam z terapii. Nie mam pojęcia na czym ma polegać terapeutyczność takich spotkań. Trafiłam na panią od poznawczo-behawioralnej, ale zaszła w ciążę i poszła sobie. Popracowałam z nią może ze dwa miesiące. Później przeszłam do innej pani, kompletnie nie wiem jak ma terapia działać przez to, że pójdziesz i opowiesz jak minął tydzień... Najgorsze, że leki nie przynoszą poprawy samopoczucia. Coś mi się wydaje, że zapodałam sobie depresję lekooporną przez to odstawienie leków przed wylotem na Bali. Oto mija rok, a ja nie mogę dojść do siebie. Patrzę tylko na zegar i odliczam czas do końca dnia. Jeszcze tyle godzin do przeżycia zanim wrzucę w siebie tabletkę i pójdę spać. I oby przespać to istnienie, bo nie mam siły i natchnienia na życie... Straszne to. 

Ponieważ zrezygnowałam z terapii, to muszę terapeutyzować się sama. Kontrola myśli, podważanie ich prawdziwości, zastępowanie myślami bardziej prawdziwymi. Czucie emocji i ta wiedza, że wszystko minie. Zaraz poszukam rejestr czasu. To taka kartka, na której są rubryczki dla każdego półgodzinnego odcinka czasu i pisze się, co się robiło w to pół godziny. Życie się dzieje, nie przecieka przez palce, bo widać czarno na białym, na co poszedł czas. To bardzo dobra kartka. Naprawdę dobra. 

Czekam w bezruchu, aż córka pójdzie do szkoły. Późno dziś idzie. Później umyję naczynia. Muszę iść po karmę dla kota, bo została ostatnia puszka. I wiem co jeszcze: posprzątam w lodówce. Jak to zrobię, to będę czuła satysfakcję. Chyba. 

Ach, jeszcze coś. Po  ostatniej rozmowie z moją terapeutką bardzo dobitnie dotarło do mnie, że rozwiązanie nie jest umieszczone na zewnątrz. To nie zależy od innych ludzi, zależy ode mnie. Nie wiem jeszcze jak tej zmiany dokonać, ale wiem, że nie w innych ludziach tkwi rozwiązanie. 

czwartek, 30 lipca 2026

Muszę powiedzieć, że jest lepiej - wdzięczność

 Mija 69 dzień półrocznej Akademii Twojego Rozkwitu. 

Pisanie dziennika wdzięczności o poranku poprawia samopoczucie. Wyciąga ze studni. Taki wniosek mam po regularnym, codziennym stawianiu się do zapisania 8 "rzeczy", za które jestem wdzięczna. Czuję tę wdzięczność, zresztą to nie nowość dla mnie, ale nowością jest to, że pisanie o byciu wdzięcznym pomaga. Możliwe, że nie każdego dnia myśli się o tym, że jest się wdzięcznym. Jak jest dół, to jest dół, znikają z głowy wszelkie narzędzia, które potencjalnie pomagają się wygrzebać z tego doła. Dlatego codzienne pisanie i stawianie się do tego czy się chce, czy nie, czy jest dół, czy górka, daje efekt w postaci polepszenia nastroju. 

Kiedyś byłam w Oświęcimiu zwiedzać obóz koncentracyjny... Myślałam, że będę miała większe emocje zwiedzając, ale nie, przyjęłam tę rzeczywistość stabilnie. Dopiero w domu odczułam, jak wielkie to było. Dziękowałam za wszystko, co mam. Przytulałam poduszkę i kołdrę, dziękowałam, że mam łóżko i dach nad głową. Dziękowałam za wodę w kranie i żywność. Taki odwiert zrobiło mi zwiedzanie obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Książki, w których ludzie opowiadali o tym, co się tam działo, robią odwiert również. Po tym zwiedzaniu miałam napęd na kupowanie tych książek i mam ich niezły zestaw. Przeczytałam jedną na razie, bo nie mam odwagi sięgnąć po inne. Obrazy zostają w głowie. Tamta rzeczywistość wmontowuje się z mózg. Po prostu mocne, drastyczne treści... 

Wracamy do tu i teraz. Dawno nie pisałam. Było widocznie lepiej, skoro nie potrzebowałam wysypać z głowy różności. Mój pamiętnik jest teraz tutaj. A zawsze służył do wysypywania z głowy myśli emocjonujących, jak nie ekscytacje miłosne, to zawody i rozczarowania. No i doły. 

Obecnie zestaw podstawowych odczuwanych emocji to lęk i lęk. Jest okres wakacyjny, nie mam uczniów, nie idę też do pracy, bo we wrześniu startują lekcje i odwieszam firmę. I niby dobrze to wszystko działa i są uczniowie, a jednak wizja ZUS, rosnącej kwoty czynszu, opłaty za usługi księgowej przeraża mnie jakoś, że to wszystko zeżre i to, co zarobię, i to, co odłożyłam. Chyba wielu przedsiębiorcom to się dzieje. 

Oczywiście nie ma przesłanek ku temu, żeby tak właśnie się stało, ale mój mózg sobie tak wymyślił i się tego boi. Jakby namalował sobie smoka, powiesił obrazek na ścianie i się go bał. Nie umiem od tego uciec, zdjąć tego smoka ze ściany i powiesić jakiś widoczek z górskimi widokami, które kocham. No nie idzie mi to. Dlatego tu przyszłam pisać. Komuś się to udało? Wie jak się przekonać, że przyszłość może byś słaba, ale może być też bardzo dobra? Albo chociaż dobra? 

Zaczęłam tworzyć kurs matematyki podstawowej w pierwszej klasie szkoły średniej. Rozpisałam wszystkie moduły. Pierwszy moduł już jest na świecie. Nie jest doskonale, ale podobno nie ma być doskonale na początek, tylko ma być. Całość modułu jest dostępna bezpłatnie na youtube. Myślę, że mogą skorzystać też z niego uczniowie klasy 8, bo to powtórka o liczbach całkowitych i ułamkach. Nie mogę się zebrać do dalszego nagrywania. Coś zwątpiłam w sensowność przedsięwzięcia. Akademia nie pomaga mi w dalszych ruchach. Mam pisać z rana, układać w głowie nowy obraz siebie, swojej tożsamości przedsiębiorczyni i edukatorki, nagrywać lekcje, zastanawiać się nad przyszłymi rozmowami z rodzicami i uczniami, żeby trafić później z właściwym przekazem przy sprzedaży kursu. Utknęłam i tylko ja sama mam możliwość się podnieść. W module drugim mają być pierwiastki, potęgi i logarytmy. Już ciekawszy moduł, a jednak stoję z tym i nie nagrywam. 

"Bez sensu to robienie". Taka myśl podstawia nogę. I się człowiek wysypuje, odpuszcza, do głowy sączy się obraz słabej przyszłości i tym samym lęk. 

Ogarnę się dziś i zacznę nagrywać moduł drugi. Na razie też wrzucę na youtube, niech sobie tam będzie, dopóki nie stworzę całości. Niewiele osób o mnie wie, więc wyświetleń też nie jest dużo. I tak jestem pod wrażeniem, że jest ponad 30. Ktoś jednak przegląda. Niech przegląda, mam nadzieję, że skorzysta. 

A. Nauczyłam się robić bransoletki. Bardzo to przyjemne. 


Do zobaczenia. Idę się ogarniać. Dobrego dnia. 


piątek, 5 czerwca 2026

Nic-nierobienie

Wracam z problemem nic-nierobienia. Dzień dobry z rana. 

Odwiedzić łazienkę, nakarmić koty, zrobić kawę z mlekiem, masłem i kardamonem, wziąć leki... i dalej co?

Akademia wypełniona jest czynnościami i spotkaniami zoom. Wydaje się, że robię kroki i to duże. Wczoraj 4 godziny spędziłam nad wypełnianiem karty dotyczącej idealnego klienta. W tej chwili mam pracować nad paradygmatami. Praca na 14 dni. Dziś o 10:30 znów spotkanie na zoom i będziemy mówić o emocjach w biznesie. W skrócie pamiętaj, po co to robisz, nie poddawaj się, nie reaguj z pozycji emocji tylko faktów, przyjdzie gorszy czas, musisz być i na to gotowa. Trzymaj się swojego celu uparcie, a dojdziesz do niego. 

Czekam więc na zoom o 10:30, póki co jest 6:57. Zawsze wstaję wcześnie, bo kładę się spać "z kurami", a nawet wcześniej. Nadmiar czasu mnie dobija. Nieźle to brzmi, nie? Nadmiar czasu. Na trzy miesiące mam przerwę od korepetycji. Przez dwa dni udało mi się wpaść w porządki i wyrzucanie. Pozbyłam się z 15 książek, co wcześniej było nie do wyobrażenia. Po prostu przejrzałam półki i wywaliłam te, których nie będę czytać. Czy półka przez to zyskała luzu? Nie, bo mam taki nadmiar, że natychmiast wskoczyły te, które były w schowku. Schowek też wysprzątałam. 

Dwa dni działania. Czy uspokoiły mi niepokój? Nie. Jedynie zajęłam czas, no i miałam satysfakcję. Pudła już nie stoją, buty w większości znalazły dla siebie miejsce. Schowek posprzątany, pawlacz też, ubrania wymienione na letnie, część zimowych wpadło do wora i są do wyniesienia do PCK. (Gdzieś to PCK przenieśli, muszę odnaleźć nową lokalizację.) 

No i dobra, co teraz? Za co się wziąć? Co ma sens? 

Tak bardzo bym chciała mieć kogoś, kto nada mi kierunek i rozproszy lęk. W takim stanie nic nie ma sensu. Każda czynność jest za trudna. Obrazy w większości dokończyłam, został jeden, choć widzę, że będzie trudny, nie wydawał się taki. Tym bardziej ciężko mi się przekonać, żeby zacząć paprać tymi farbami. Zaczynać kolejny? I gdzie to będę trzymać? Jezu, czemu to wszystko jest dla mnie takie ciężkie? Za dużo mam czasu i mózg mi fisiuje. Wydaje mu się, że musi być produktywny, zarabiać, a tu finał z zarabianiem, czas na odpoczywanie, czego nie jestem w stanie zrobić, bez bata nad sobą, że tracę czas, do tego stopnia, że każda czynność to strata czasu. 

Że iść na spacer? A po co? Przetuptać swoje? Lepiej dla psychiki? No może. Gdzie jest mój człowiek, z którym przetuptałabym tyle, ile potrzeba do szczęścia? Samej? Znowu? Eh. Chyba trzeba gdzieś w głowę włożyć, że jestem sama i tyle. W książce "Kroniki Marsjańskie" jest opowiadanie o człowieku, który przeżył jakiś kataklizm i myślał, że został na planecie sam. Okazało się, że jest jeszcze kobieta. Telefonowali na chybił trafił i się odnaleźli. Nie spojluję/spojleruję <- które? - jak to się skończyło, ale całą książkę bardzo polecam. Komuś ją pożyczyłam i nie mam już jej. Eh. 

No dobrze. Dziś nauczę się robić bransoletki, bo mam pudło ze sznurkami i walizkę koralików. Można by to zamienić w jakieś piękno i może spieniężyć? Takie nadzieje, bo jak mi się odpali, że to strata czasu, to finał będzie z robieniem czegokolwiek. Jak ja mam to odczarować? Jakieś pomysły? 


wtorek, 19 maja 2026

Lęk, niepokój, studnia

Tytuł nie brzmi zachęcająco, znowu marudzę, ale są pewne stany, które chcę pojąć i rozwikłać. 
W piątek zaczęłam czuć się słabo. W sobotę miałam już wielki kaszel, w niedzielę fontannę z nosa, w poniedziałek też. Wymusiło to na mnie leżenie w łóżku, a konkretniej nic-nierobienie. I to nic-nierobienie włączyło niepokój i lęk o przyszłość. To tak, jakbym musiała ciągle być zajęta, bo jak nie, włącza się ten alarm i jest bardzo nieprzyjemny w odczuwaniu. I tak dumam nad tym, bo przecież nie można ciągle być zajętym. Trochę przypomina to siedzenie w bagnie, jak przestaniesz wierzgać nogami, to zaczniesz tonąć. No dosłownie. A ja bym chciała móc cieszyć się odpoczynkiem. Na sam dźwięk tego słowa mam mdłości. I to też nie tak, że ja zapitalam jak w kołowrotku, bo czasem nie wiem co robić, czasem nie wiem, w co ręce włożyć, czasem wszelkie działania wydają się jak Himalaje - nie do zdobycia dla mnie. Jestem wtedy w takiej studni, w której nie da się robić rzeczy, a nierobienie wywołuje alarm i jest szach mat. 

No i tu wchodzą te wszystkie modne teorie na temat stanu funkcjonalnego zamrożenia. Dołożenie czegokolwiek przeciąża system i tyle. Ciśnie się kosztem jakiejś energii psychicznej i wcześniej czy później dojdzie do wypalenia, zatrzymania i załamania. No i wyjściem z tego są mikroruchy. Wziąć w rękę cokolwiek i zrobić z tym co trzeba, bez wielkich planów, strategii czy celów. Bo to przytłacza. Ej, brzmię jak AI. Dramat. Zapewniam, że nie on pisze te słowa. Korzystam z AI często rozkminiając różne stany albo interpretując sny w oparciu o teorie Junga, Petera Crone'a i inne postaci świata transformacji. I zawsze wydawało mi się, że należy tu napisać postacie, nie postaci, ale myliłam się chyba. 

Dziś już czuję się lepiej. Wirus pokonany, kaszlu nie ma. Psycha też jakoś lepiej działa z rana. Może jest perspektywa całego dnia, a umysł świeży. 

No i analiza z teraz - za co się zabrać. Sprzątanie nie przynosi pieniędzy. Wokół pieniędzy, bezpieczeństwa kręci się wszystko. Jak nie działasz, żeby zarabiać, to marnujesz czas. A ja nie wiem za co się zabrać, żeby zarabiać i znów szach mat. 

Może to szalone wykupienie akademii za 6 kafli oświetli mi ścieżkę, oby, jutro jakiś pierwszy zoom. W życiu nie wydałam tyle pieniędzy na kota w worku. 

Wczoraj miałam swoje 49 urodziny. 
Pozwoliłam sobie na popłakanie trochę. Przepłakałam przeszłe odrzucenia, wybieranie innych nie mnie, to szalone staranie się o cudze uznanie, cudzą miłość, to już przeszłość. Czytałam pamiętnik. Przerabiam tę dramatyczną próbę zasłużenia na bycie wybraną. Strasznie mi było przykro, że tak to wyglądało. Przytuliłam się wewnętrznie i wypuściłam ze łzami to doświadczenie. Pamiętnik bardzo pokazuje schemat. Czy gdybym mogła cofnąć czas, to zmieniłabym coś? Czy człowiek, który wtedy był tak bardzo dla mnie ważny zaistniałby w moim życiu? Czy chciałabym ponownie przeżyć to co przeżywałam wtedy? Czy jest sens zastanawiania się nad tym?

Na czym stoję na dziś? Otworzyłam swoją własną wymarzoną firmę. Mam swoje ukochane korepetycje. Są uczniowie, którzy wskoczyli na wyższy poziom dzięki nauce ze mną. Ja czerpię frajdę i zasoby finansowe z tych korepetycji. Lubię to, co robię. 
Maluję obrazy. Lubię malować, choć znów perfekcjonizm mnie czasem powala i albo nie zaczynam, albo jestem krytyczna co do prac. Ale jak już zacznę, to mam frajdę. Mam obecnie 4 obrazy do dokończenia, no może 5. Ten jeden wygląda na dokończony, a jeszcze nie jest. Tylko ja to wiem.

Dobra. Wstaję. Za 50 minut spotkanie z uczniem. Muszę się doprowadzić do porządku. 

niedziela, 17 maja 2026

Chaos, zwątpienie, możliwości, zmiany

Pisanie spontaniczne. 

Jestem chora. Przyplątało się coś do gardła i płuc. Szczęśliwie jest już po egzaminach i nie jestem już dzieciom potrzebna. Ta cisza, która teraz pojawia się zamiast zajęć, bywa bardzo niewygodna. 

Jest 9:15. Kot się wściekał przed 7 żeby go nakarmić, wkurzał mnie, nie dawał spać. Wytrwały. Jego jedzenie przygotowuje się z wrzącej wody i puszki z lodówki, uprzednio trzeba posprzątać bałagan po poprzednim posiłku, czyli nie da się nie rozbudzić. Wstałam nasypać suchej karmy, trudno, swoją zupkę dostanie jak już będę na nogach. Wstawanie mnie położyło, byłam bliska omdlenia, znam ten stan, wiem co się wtedy dzieje. Może za szybko się podniosłam. 

Śniło mi się, że wynosiłam kanapę z domu, bo była już stara i zbędna, choć najwygodniej się na niej spało. Była cała rozlatująca się, pozszywana, było mi szkoda się z nią rozstawać, choć w pomieszczeniu były jeszcze dwie inne kanapy mogące zapewnić miejsce do spania. Miała mi w tym pomóc moja koleżanka. Ciekawe co na to chat gpt. Sprawdzamy? 
Po wielu pytaniach i interpretacji ostatecznie wygląda to tak:
"Jesteś w momencie, w którym odchodzisz od starego źródła komfortu, które nadal działa, ale nie jest już zgodne z Twoim rozwojem, jednocześnie widząc bardzo wyraźnie nowy poziom życia, do którego jeszcze nie weszłaś w pełni — i przechodzisz między nimi stopniowo, bez gwałtownego zerwania."
To bardzo dobry znak. Pozytywny. Motywujący. Doenergetyzowujący. WOW. 

Dobrze dostać taką wiadomość z rana.

Leżę w łóżku po płukaniu gardła solanką, napar z bluszczyku kurdybanka naciąga. Nie wiem czemu brakuje w moim domu wody utlenionej. To niepojęte. Zawsze kupuję wiele butelek. Przydaje się. Tak czy inaczej gardło wypłukałam, kaszel sobie jest, ja sobie leżę, a jak leżę to myślę. 
Myślę o swoim wieku, o samotności, o przyszłości, o lękach, o wyborach dróg, o decyzjach. 
Wciąga mnie scrollowanie, choć tonę w beznadziei z tym świecącym pudełeczkiem. Nie mam energii na nic. Motywują mnie tylko moje zajęcia z matematyki, a tych już prawie nie ma. Do malowania obrazów też się trzeba motywować, zabrać się za to, ubrać odpowiednio, rozłożyć farby, wiedzieć, co się będzie malować, mieć wenę... Dużo zabiegów zanim się zacznie. Za dużo. Nie zaczynam. 
No dobra, dziś się zbiorę, dziś zacznę. Wiosenny obraz wg Alexanda Bolotova. Już sobie znalazłam, co namaluję.

Brakuje mi ludzi, mojego człowieka, przy którym można się zrelaksować, odpuścić, wiedzieć, że wszystko będzie dobrze. No będzie dobrze, a jak ma być? Przecież będziemy się przystosowywać do warunków, aż nas śmierć nie wyłączy. Nie mam swojego człowieka, sama muszę być swoim człowiekiem. 

Ostatnio zrobiłam przeszaloną rzecz. Zapłaciłam 6000 zł za dostęp do akademii, w której dwie dziewczyny będą mnie motywować do działania. Przez całą noc rozmyślałam czy to rozsądny krok, tym bardziej, że moje zajęcia z matematyki się kończą. Cały czerwiec, lipiec i sierpień nie zarabiam, a ZUS osiąga potrzebę na wysokości 1000 zł. Dopiero 1000 i aż 1000. Niedospana przelałam wymaganą kwotę za pół roku wsparcia. Nie wiem czy na siłę nie tkwię w tym marazmie, wygodny był, ale muszę się go pozbyć jak tej starej kanapy. Czas na nowe. 

Chcę iść w produkty cyfrowe. Chcę iść w świat Internetu, dostępu globalnego, skalowania biznesu, uniezależnienia ilości pieniędzy od wymiany za czas. Dobrze, że rozchorowałam się dopiero teraz. To znaczy, nie dobrze, że się rozchorowałam, ale dobrze, że nie na czas egzaminów. Odwołane zajęcia, to brak wpływów dla mnie. Wiadomo. 

Wstaję. Może się nakarmię jak swój człowiek robi to dla swojego człowieka, choć weny na jedzenie też nie mam.
Pa. 

środa, 6 maja 2026

Pisanie spontaniczne

Przez ostatni tydzień żyłam maturami. Wczoraj moi uczniowie pisali matematykę. Zaskakująca była. Dla mnie nie trudna, ale dla uczniów mogła być nieoczywista. Mam nadzieję, że wszyscy będą mieć do przodu ten egzamin. Stres do sufitu, odczuwałam i ja, choć oni twierdzili, że się nie stresują. Przeszło na mnie? :) No i tak jest lepiej. Zabrałam się za tę maturę z ciekawością i z każdym zadaniem myślałam o tym, jak podejdą do tego moi uczniowie. O jedną osobę się niepokoję, ale okaże się, gdy przyjdą wyniki. Nagranie jest na youtube.

Nagranie. Siedziałam na TikTok, bo wrzucałam tam pliki dla maturzystów. Przeglądałam różne platformy w oczekiwaniu na jakieś zdjęcia arkuszy. Są jacyś mocarze, którzy umieją przemycić telefon mimo zakazów, strzelić fotę arkusza i wrzucić w sieć. Jak? Nie wiem. Dużo wcześniej niż oficjalnie ludzie z TikToka rozwiązywali zadania na live. Ja poczekałam na oficjalny arkusz na stronie CKE do 14:00. Do tego czasu widziałam tylu rozwiązujących, że szok. Zwątpiłam czy jest sens, żebym i ja nagrywała, skoro tyle już tego w sieci jest. Mnóstwo. Dopadły mnie wątpliwości na temat sensu tego nagrywania, a co za tym idzie w ogóle sensu tworzenia treści cyfrowych, skoro tyle tego jest. No ale narracja specjalistów od tego typu oporu brzmi: jesteś jedyna w swoim rodzaju i trafisz do swoich ludzi. A ja nie czuję się super dobra, super mocna, super chruper, niech idą do lepszych. Już kiedyś to przechodziłam. Mój ówczesny partner powiedział, że jego uczeń szuka korepetytora z matematyki i mam go uczyć ja.
- Ja? Jak to ja? A jak nie dam rady? Oddam te korepetycje Asi.
- Jak Asia chce korepetycji, to niech sobie ucznia załatwi, w środę masz jechać ty.
Tak oto rozpoczęła się moja przygoda z korepetycjami i trwa 20 lat. Byłam w tak potwornym stresie, że byłam w stanie oddać te korepetycje "lepszym", bo ja jestem jaka? "Gorsza" oczywiście. 

Pracuję nad sobą i poczuciem wartości. Jest niepodważalna, a ja ją podważam. Niepodważalna z racji ludzkiego istnienia i tę wartość ma każdy człowiek. Tu jest jakaś nakładka na tę wartość, jakaś wartość, którą się wnosi w życie innych ludzi. Wątpiłam, że ją mogę wnieść. Miałam i mam pokorę co do posiadanej wiedzy. Wiem, jak rozległa jest matematyka i wiem, że znam jej mały fragment. Wiem też - i to jest mocne - że potrafię to jasno przekazać, tak, że rozświetla się spojrzenie tego kto pyta w efekcie, który nazywam AHA. To jest moja mocna strona. O tym wiem i to widziałam u wielu ludzi, z którymi rozmawiałam. Nawet na studiach. Już chyba o tym pisałam kiedyś. Po 10 latach dostałam maila z zapytaniem o opracowania do drugiego projektu z reaktorów. Hę? 
- To ty nie wiesz, że studenci uczą się z twoich opracowań?
No nie wiedziałam. Chciałabym je zobaczyć ponownie. Może bym opracowała zagadnienia do kolejnych projektów. Ciekawe to. Byłam zaskoczona tą wiadomością. WOW. Cóż tu dużo mówić. 

Dobra, dosyć przechwałek. 

Namalowałam obraz. Podoba mi się, ale chyba tylko mi. Ma jakiś czar w sobie, że się uśmiecham do niego. Pierwszy raz malowałam szpachelką, czy jak tam się nazywa to małe malarskie narzędzie. Zabawa przednia, efekt czadowy, przynajmniej to moje zdanie. Znów opierałam się na malarstwie Aleksandra Bolotova. Wspaniale maluje deszczowe sceny w mieście z ciepłym światłem  ulicznych lamp. Uczę się oddawać perspektywę, bo to niełatwe zadanie dla mnie. Uwielbiam ten obraz.



Dobrze. Idę do biurka zająć się plikami dla ósmoklasistów. Za kilka dni oni piszą systemowy egzamin. Na szczęście jego się nie da nie zdać.  

Moje samopoczucie jest bardzo dobre, zwiększona dawka leku pomogła. To dobrze, bo jest o niebo lepiej. Idę. Pa.


niedziela, 26 kwietnia 2026

...

O 6:16 wzięłam laptop do łóżka, żeby pisać tutaj. Jest 8:30 - zboczyłam na inną zakładkę i okazało się, że pracuję nad swoim produktem. WOW, na poważnie mnie wkręcił, skoro siadam do niego za każdym razem, gdy otworzę komputer... 

(I nastał kolejny dzień)

Jest 6:21, otworzyłam laptop. Słońce się pokazało na chwilkę, a później zniknęło za gęstą, wielką chmurą. Zrobiło się ciemno. Spijam kawę i myślę, czym się zająć. Malowanie czy skrypt z wzorami dla maturzystów... Telefon mnie ratuje od wariactwa, albo w nie wpędza, sama już nie wiem. Zasypiam z nim i budzę się z nim. Towarzyszy mi. Gada do mnie. Ale zmula mi mózg i uzależnia. 

Byłam wczoraj w sadzie. Stare jabłonie mają pąki, nawet kosztel. Kwitnie bluszczyk kurdybanek, zebrałam go do suszenia. Oczywiście pędy chmielu też zebrałam. Korzystam z tego co daje natura. Jadłam wczoraj rabarbar. I czosnaczek. Rozplenił się i zaczyna kwitnąć. Lepiej on niż pokrzywa. Wypieliłam wokół krzaków porzeczek. Kwitną, ale niewielkie to krzaki. Jeden usechł. Wyrzuciłam ze cztery wielkie misy chwastów. Moja mięta się rozrasta. Mogłaby rosnąć zamiast trawy. 

W domu cisza aż dźwięczy w uszach. Córka  u chłopaka, kot obok mnie.