piątek, 5 czerwca 2026

Nic-nierobienie

Wracam z problemem nic-nierobienia. Dzień dobry z rana. 

Odwiedzić łazienkę, nakarmić koty, zrobić kawę z mlekiem, masłem i kardamonem, wziąć leki... i dalej co?

Akademia wypełniona jest czynnościami i spotkaniami zoom. Wydaje się, że robię kroki i to duże. Wczoraj 4 godziny spędziłam nad wypełnianiem karty dotyczącej idealnego klienta. W tej chwili mam pracować nad paradygmatami. Praca na 14 dni. Dziś o 10:30 znów spotkanie na zoom i będziemy mówić o emocjach w biznesie. W skrócie pamiętaj, po co to robisz, nie poddawaj się, nie reaguj z pozycji emocji tylko faktów, przyjdzie gorszy czas, musisz być i na to gotowa. Trzymaj się swojego celu uparcie, a dojdziesz do niego. 

Czekam więc na zoom o 10:30, póki co jest 6:57. Zawsze wstaję wcześnie, bo kładę się spać "z kurami", a nawet wcześniej. Nadmiar czasu mnie dobija. Nieźle to brzmi, nie? Nadmiar czasu. Na trzy miesiące mam przerwę od korepetycji. Przez dwa dni udało mi się wpaść w porządki i wyrzucanie. Pozbyłam się z 15 książek, co wcześniej było nie do wyobrażenia. Po prostu przejrzałam półki i wywaliłam te, których nie będę czytać. Czy półka przez to zyskała luzu? Nie, bo mam taki nadmiar, że natychmiast wskoczyły te, które były w schowku. Schowek też wysprzątałam. 

Dwa dni działania. Czy uspokoiły mi niepokój? Nie. Jedynie zajęłam czas, no i miałam satysfakcję. Pudła już nie stoją, buty w większości znalazły dla siebie miejsce. Schowek posprzątany, pawlacz też, ubrania wymienione na letnie, część zimowych wpadło do wora i są do wyniesienia do PCK. (Gdzieś to PCK przenieśli, muszę odnaleźć nową lokalizację.) 

No i dobra, co teraz? Za co się wziąć? Co ma sens? 

Tak bardzo bym chciała mieć kogoś, kto nada mi kierunek i rozproszy lęk. W takim stanie nic nie ma sensu. Każda czynność jest za trudna. Obrazy w większości dokończyłam, został jeden, choć widzę, że będzie trudny, nie wydawał się taki. Tym bardziej ciężko mi się przekonać, żeby zacząć paprać tymi farbami. Zaczynać kolejny? I gdzie to będę trzymać? Jezu, czemu to wszystko jest dla mnie takie ciężkie? Za dużo mam czasu i mózg mi fisiuje. Wydaje mu się, że musi być produktywny, zarabiać, a tu finał z zarabianiem, czas na odpoczywanie, czego nie jestem w stanie zrobić, bez bata nad sobą, że tracę czas, do tego stopnia, że każda czynność to strata czasu. 

Że iść na spacer? A po co? Przetuptać swoje? Lepiej dla psychiki? No może. Gdzie jest mój człowiek, z którym przetuptałabym tyle, ile potrzeba do szczęścia? Samej? Znowu? Eh. Chyba trzeba gdzieś w głowę włożyć, że jestem sama i tyle. W książce "Kroniki Marsjańskie" jest opowiadanie o człowieku, który przeżył jakiś kataklizm i myślał, że został na planecie sam. Okazało się, że jest jeszcze kobieta. Telefonowali na chybił trafił i się odnaleźli. Nie spojluję/spojleruję <- które? - jak to się skończyło, ale całą książkę bardzo polecam. Komuś ją pożyczyłam i nie mam już jej. Eh. 

No dobrze. Dziś nauczę się robić bransoletki, bo mam pudło ze sznurkami i walizkę koralików. Można by to zamienić w jakieś piękno i może spieniężyć? Takie nadzieje, bo jak mi się odpali, że to strata czasu, to finał będzie z robieniem czegokolwiek. Jak ja mam to odczarować? Jakieś pomysły? 


wtorek, 19 maja 2026

Lęk, niepokój, studnia

Tytuł nie brzmi zachęcająco, znowu marudzę, ale są pewne stany, które chcę pojąć i rozwikłać. 
W piątek zaczęłam czuć się słabo. W sobotę miałam już wielki kaszel, w niedzielę fontannę z nosa, w poniedziałek też. Wymusiło to na mnie leżenie w łóżku, a konkretniej nic-nierobienie. I to nic-nierobienie włączyło niepokój i lęk o przyszłość. To tak, jakbym musiała ciągle być zajęta, bo jak nie, włącza się ten alarm i jest bardzo nieprzyjemny w odczuwaniu. I tak dumam nad tym, bo przecież nie można ciągle być zajętym. Trochę przypomina to siedzenie w bagnie, jak przestaniesz wierzgać nogami, to zaczniesz tonąć. No dosłownie. A ja bym chciała móc cieszyć się odpoczynkiem. Na sam dźwięk tego słowa mam mdłości. I to też nie tak, że ja zapitalam jak w kołowrotku, bo czasem nie wiem co robić, czasem nie wiem, w co ręce włożyć, czasem wszelkie działania wydają się jak Himalaje - nie do zdobycia dla mnie. Jestem wtedy w takiej studni, w której nie da się robić rzeczy, a nierobienie wywołuje alarm i jest szach mat. 

No i tu wchodzą te wszystkie modne teorie na temat stanu funkcjonalnego zamrożenia. Dołożenie czegokolwiek przeciąża system i tyle. Ciśnie się kosztem jakiejś energii psychicznej i wcześniej czy później dojdzie do wypalenia, zatrzymania i załamania. No i wyjściem z tego są mikroruchy. Wziąć w rękę cokolwiek i zrobić z tym co trzeba, bez wielkich planów, strategii czy celów. Bo to przytłacza. Ej, brzmię jak AI. Dramat. Zapewniam, że nie on pisze te słowa. Korzystam z AI często rozkminiając różne stany albo interpretując sny w oparciu o teorie Junga, Petera Crone'a i inne postaci świata transformacji. I zawsze wydawało mi się, że należy tu napisać postacie, nie postaci, ale myliłam się chyba. 

Dziś już czuję się lepiej. Wirus pokonany, kaszlu nie ma. Psycha też jakoś lepiej działa z rana. Może jest perspektywa całego dnia, a umysł świeży. 

No i analiza z teraz - za co się zabrać. Sprzątanie nie przynosi pieniędzy. Wokół pieniędzy, bezpieczeństwa kręci się wszystko. Jak nie działasz, żeby zarabiać, to marnujesz czas. A ja nie wiem za co się zabrać, żeby zarabiać i znów szach mat. 

Może to szalone wykupienie akademii za 6 kafli oświetli mi ścieżkę, oby, jutro jakiś pierwszy zoom. W życiu nie wydałam tyle pieniędzy na kota w worku. 

Wczoraj miałam swoje 49 urodziny. 
Pozwoliłam sobie na popłakanie trochę. Przepłakałam przeszłe odrzucenia, wybieranie innych nie mnie, to szalone staranie się o cudze uznanie, cudzą miłość, to już przeszłość. Czytałam pamiętnik. Przerabiam tę dramatyczną próbę zasłużenia na bycie wybraną. Strasznie mi było przykro, że tak to wyglądało. Przytuliłam się wewnętrznie i wypuściłam ze łzami to doświadczenie. Pamiętnik bardzo pokazuje schemat. Czy gdybym mogła cofnąć czas, to zmieniłabym coś? Czy człowiek, który wtedy był tak bardzo dla mnie ważny zaistniałby w moim życiu? Czy chciałabym ponownie przeżyć to co przeżywałam wtedy? Czy jest sens zastanawiania się nad tym?

Na czym stoję na dziś? Otworzyłam swoją własną wymarzoną firmę. Mam swoje ukochane korepetycje. Są uczniowie, którzy wskoczyli na wyższy poziom dzięki nauce ze mną. Ja czerpię frajdę i zasoby finansowe z tych korepetycji. Lubię to, co robię. 
Maluję obrazy. Lubię malować, choć znów perfekcjonizm mnie czasem powala i albo nie zaczynam, albo jestem krytyczna co do prac. Ale jak już zacznę, to mam frajdę. Mam obecnie 4 obrazy do dokończenia, no może 5. Ten jeden wygląda na dokończony, a jeszcze nie jest. Tylko ja to wiem.

Dobra. Wstaję. Za 50 minut spotkanie z uczniem. Muszę się doprowadzić do porządku. 

niedziela, 17 maja 2026

Chaos, zwątpienie, możliwości, zmiany

Pisanie spontaniczne. 

Jestem chora. Przyplątało się coś do gardła i płuc. Szczęśliwie jest już po egzaminach i nie jestem już dzieciom potrzebna. Ta cisza, która teraz pojawia się zamiast zajęć, bywa bardzo niewygodna. 

Jest 9:15. Kot się wściekał przed 7 żeby go nakarmić, wkurzał mnie, nie dawał spać. Wytrwały. Jego jedzenie przygotowuje się z wrzącej wody i puszki z lodówki, uprzednio trzeba posprzątać bałagan po poprzednim posiłku, czyli nie da się nie rozbudzić. Wstałam nasypać suchej karmy, trudno, swoją zupkę dostanie jak już będę na nogach. Wstawanie mnie położyło, byłam bliska omdlenia, znam ten stan, wiem co się wtedy dzieje. Może za szybko się podniosłam. 

Śniło mi się, że wynosiłam kanapę z domu, bo była już stara i zbędna, choć najwygodniej się na niej spało. Była cała rozlatująca się, pozszywana, było mi szkoda się z nią rozstawać, choć w pomieszczeniu były jeszcze dwie inne kanapy mogące zapewnić miejsce do spania. Miała mi w tym pomóc moja koleżanka. Ciekawe co na to chat gpt. Sprawdzamy? 
Po wielu pytaniach i interpretacji ostatecznie wygląda to tak:
"Jesteś w momencie, w którym odchodzisz od starego źródła komfortu, które nadal działa, ale nie jest już zgodne z Twoim rozwojem, jednocześnie widząc bardzo wyraźnie nowy poziom życia, do którego jeszcze nie weszłaś w pełni — i przechodzisz między nimi stopniowo, bez gwałtownego zerwania."
To bardzo dobry znak. Pozytywny. Motywujący. Doenergetyzowujący. WOW. 

Dobrze dostać taką wiadomość z rana.

Leżę w łóżku po płukaniu gardła solanką, napar z bluszczyku kurdybanka naciąga. Nie wiem czemu brakuje w moim domu wody utlenionej. To niepojęte. Zawsze kupuję wiele butelek. Przydaje się. Tak czy inaczej gardło wypłukałam, kaszel sobie jest, ja sobie leżę, a jak leżę to myślę. 
Myślę o swoim wieku, o samotności, o przyszłości, o lękach, o wyborach dróg, o decyzjach. 
Wciąga mnie scrollowanie, choć tonę w beznadziei z tym świecącym pudełeczkiem. Nie mam energii na nic. Motywują mnie tylko moje zajęcia z matematyki, a tych już prawie nie ma. Do malowania obrazów też się trzeba motywować, zabrać się za to, ubrać odpowiednio, rozłożyć farby, wiedzieć, co się będzie malować, mieć wenę... Dużo zabiegów zanim się zacznie. Za dużo. Nie zaczynam. 
No dobra, dziś się zbiorę, dziś zacznę. Wiosenny obraz wg Alexanda Bolotova. Już sobie znalazłam, co namaluję.

Brakuje mi ludzi, mojego człowieka, przy którym można się zrelaksować, odpuścić, wiedzieć, że wszystko będzie dobrze. No będzie dobrze, a jak ma być? Przecież będziemy się przystosowywać do warunków, aż nas śmierć nie wyłączy. Nie mam swojego człowieka, sama muszę być swoim człowiekiem. 

Ostatnio zrobiłam przeszaloną rzecz. Zapłaciłam 6000 zł za dostęp do akademii, w której dwie dziewczyny będą mnie motywować do działania. Przez całą noc rozmyślałam czy to rozsądny krok, tym bardziej, że moje zajęcia z matematyki się kończą. Cały czerwiec, lipiec i sierpień nie zarabiam, a ZUS osiąga potrzebę na wysokości 1000 zł. Dopiero 1000 i aż 1000. Niedospana przelałam wymaganą kwotę za pół roku wsparcia. Nie wiem czy na siłę nie tkwię w tym marazmie, wygodny był, ale muszę się go pozbyć jak tej starej kanapy. Czas na nowe. 

Chcę iść w produkty cyfrowe. Chcę iść w świat Internetu, dostępu globalnego, skalowania biznesu, uniezależnienia ilości pieniędzy od wymiany za czas. Dobrze, że rozchorowałam się dopiero teraz. To znaczy, nie dobrze, że się rozchorowałam, ale dobrze, że nie na czas egzaminów. Odwołane zajęcia, to brak wpływów dla mnie. Wiadomo. 

Wstaję. Może się nakarmię jak swój człowiek robi to dla swojego człowieka, choć weny na jedzenie też nie mam.
Pa. 

środa, 6 maja 2026

Pisanie spontaniczne

Przez ostatni tydzień żyłam maturami. Wczoraj moi uczniowie pisali matematykę. Zaskakująca była. Dla mnie nie trudna, ale dla uczniów mogła być nieoczywista. Mam nadzieję, że wszyscy będą mieć do przodu ten egzamin. Stres do sufitu, odczuwałam i ja, choć oni twierdzili, że się nie stresują. Przeszło na mnie? :) No i tak jest lepiej. Zabrałam się za tę maturę z ciekawością i z każdym zadaniem myślałam o tym, jak podejdą do tego moi uczniowie. O jedną osobę się niepokoję, ale okaże się, gdy przyjdą wyniki. Nagranie jest na youtube.

Nagranie. Siedziałam na TikTok, bo wrzucałam tam pliki dla maturzystów. Przeglądałam różne platformy w oczekiwaniu na jakieś zdjęcia arkuszy. Są jacyś mocarze, którzy umieją przemycić telefon mimo zakazów, strzelić fotę arkusza i wrzucić w sieć. Jak? Nie wiem. Dużo wcześniej niż oficjalnie ludzie z TikToka rozwiązywali zadania na live. Ja poczekałam na oficjalny arkusz na stronie CKE do 14:00. Do tego czasu widziałam tylu rozwiązujących, że szok. Zwątpiłam czy jest sens, żebym i ja nagrywała, skoro tyle już tego w sieci jest. Mnóstwo. Dopadły mnie wątpliwości na temat sensu tego nagrywania, a co za tym idzie w ogóle sensu tworzenia treści cyfrowych, skoro tyle tego jest. No ale narracja specjalistów od tego typu oporu brzmi: jesteś jedyna w swoim rodzaju i trafisz do swoich ludzi. A ja nie czuję się super dobra, super mocna, super chruper, niech idą do lepszych. Już kiedyś to przechodziłam. Mój ówczesny partner powiedział, że jego uczeń szuka korepetytora z matematyki i mam go uczyć ja.
- Ja? Jak to ja? A jak nie dam rady? Oddam te korepetycje Asi.
- Jak Asia chce korepetycji, to niech sobie ucznia załatwi, w środę masz jechać ty.
Tak oto rozpoczęła się moja przygoda z korepetycjami i trwa 20 lat. Byłam w tak potwornym stresie, że byłam w stanie oddać te korepetycje "lepszym", bo ja jestem jaka? "Gorsza" oczywiście. 

Pracuję nad sobą i poczuciem wartości. Jest niepodważalna, a ja ją podważam. Niepodważalna z racji ludzkiego istnienia i tę wartość ma każdy człowiek. Tu jest jakaś nakładka na tę wartość, jakaś wartość, którą się wnosi w życie innych ludzi. Wątpiłam, że ją mogę wnieść. Miałam i mam pokorę co do posiadanej wiedzy. Wiem, jak rozległa jest matematyka i wiem, że znam jej mały fragment. Wiem też - i to jest mocne - że potrafię to jasno przekazać, tak, że rozświetla się spojrzenie tego kto pyta w efekcie, który nazywam AHA. To jest moja mocna strona. O tym wiem i to widziałam u wielu ludzi, z którymi rozmawiałam. Nawet na studiach. Już chyba o tym pisałam kiedyś. Po 10 latach dostałam maila z zapytaniem o opracowania do drugiego projektu z reaktorów. Hę? 
- To ty nie wiesz, że studenci uczą się z twoich opracowań?
No nie wiedziałam. Chciałabym je zobaczyć ponownie. Może bym opracowała zagadnienia do kolejnych projektów. Ciekawe to. Byłam zaskoczona tą wiadomością. WOW. Cóż tu dużo mówić. 

Dobra, dosyć przechwałek. 

Namalowałam obraz. Podoba mi się, ale chyba tylko mi. Ma jakiś czar w sobie, że się uśmiecham do niego. Pierwszy raz malowałam szpachelką, czy jak tam się nazywa to małe malarskie narzędzie. Zabawa przednia, efekt czadowy, przynajmniej to moje zdanie. Znów opierałam się na malarstwie Aleksandra Bolotova. Wspaniale maluje deszczowe sceny w mieście z ciepłym światłem  ulicznych lamp. Uczę się oddawać perspektywę, bo to niełatwe zadanie dla mnie. Uwielbiam ten obraz.



Dobrze. Idę do biurka zająć się plikami dla ósmoklasistów. Za kilka dni oni piszą systemowy egzamin. Na szczęście jego się nie da nie zdać.  

Moje samopoczucie jest bardzo dobre, zwiększona dawka leku pomogła. To dobrze, bo jest o niebo lepiej. Idę. Pa.


niedziela, 26 kwietnia 2026

...

O 6:16 wzięłam laptop do łóżka, żeby pisać tutaj. Jest 8:30 - zboczyłam na inną zakładkę i okazało się, że pracuję nad swoim produktem. WOW, na poważnie mnie wkręcił, skoro siadam do niego za każdym razem, gdy otworzę komputer... 

(I nastał kolejny dzień)

Jest 6:21, otworzyłam laptop. Słońce się pokazało na chwilkę, a później zniknęło za gęstą, wielką chmurą. Zrobiło się ciemno. Spijam kawę i myślę, czym się zająć. Malowanie czy skrypt z wzorami dla maturzystów... Telefon mnie ratuje od wariactwa, albo w nie wpędza, sama już nie wiem. Zasypiam z nim i budzę się z nim. Towarzyszy mi. Gada do mnie. Ale zmula mi mózg i uzależnia. 

Byłam wczoraj w sadzie. Stare jabłonie mają pąki, nawet kosztel. Kwitnie bluszczyk kurdybanek, zebrałam go do suszenia. Oczywiście pędy chmielu też zebrałam. Korzystam z tego co daje natura. Jadłam wczoraj rabarbar. I czosnaczek. Rozplenił się i zaczyna kwitnąć. Lepiej on niż pokrzywa. Wypieliłam wokół krzaków porzeczek. Kwitną, ale niewielkie to krzaki. Jeden usechł. Wyrzuciłam ze cztery wielkie misy chwastów. Moja mięta się rozrasta. Mogłaby rosnąć zamiast trawy. 

W domu cisza aż dźwięczy w uszach. Córka  u chłopaka, kot obok mnie. 

wtorek, 21 kwietnia 2026

Jest lepiej, restauracja w ciemności i inne.

Kotka po mnie chodzi, przeszkadza w pisaniu. Mam nie pisać? Nie pisać, tylko zająć się kotką, głaskać, miziać, drapać. 

Nie przychodzę z niczym konkretnym, wyjdzie w praniu - znaczy - w pisaniu. 
Jest mi lepiej, zwiększona dawka leku weszła i przyszła ulga, lęk się zmniejszył, choć wczoraj wszedł, niestety. Kończy mi się pół roku płacenia tylko składki zdrowotnej ZUS, wchodzę na mały ZUS, czyli większy niż obecnie. Miałam zdecydować, czy płacić składkę chorobową czy nie. 900 zł. Do tej pory było około 500. Ponad 300 księgowa. Ponad 700 mieszkanie. Około 200 prąd. Do tego za chwilę auto OC. Trochę się tego zbiera. A tu koniec kwietnia, za chwilę maj i maturzyści pójdą swoją drogą. No i z tego wszystkiego zadrżałam z trwogi i zaczęłam myśleć o etacie, ale nie w szkole. Wystraszyłam się. Lęk przyszedł. Lęk oparty o to, że nie dam rady. Tylko czemu to takie myśli do mnie przychodzą? 

Wykupiłam platformę kursową, wchodzę w produkty online, to po prostu kolejny krok rozwoju firmy. 
Zaczęłam pracować nad dwoma produktami. Jeden widzę, że mnie wkręcił. Nawet przerwałam na chwilę pisanie, weszłam w canvę i pracowałam nad produktem. Podoba mi się. Wkręcam się, to dobrze. Oby tylko to nie był słomiany zapał, trzeba wytrwać. Mam całe lato na ogarnięcie tego. Ale projekt mi się podoba. To dobrze. 

W weekend wybrałam się z pewną grupą na wycieczkę do Warszawy. Zwiedzałam Zamek Królewski, ale to nie leży w moich zainteresowaniach. Jestem ignorantką historyczno - polityczną. To pewnie źle, ale mam to gdzieś. Życie jest jedno, będę tam zwracać uwagę, gdzie mi dobrze i tyle. To też pewnie źle. Wiąże się ze wstydem, że nie wiem rzeczy, które "wszyscy wiedzą", które "powinno się wiedzieć". Dobrze, że wiem kto jest prezydentem. W sumie dobrze się stało, że stoi na czele narodu Facet, a nie cipuś. Prezencja piękna, tylko czy decyzje podejmuje dobre, to wiedzą ci, co się znają. Ja nie. Może pan Prezydent coś dobrego by podpisał dla przedsiębiorców? 

Wycieczka do Warszawy. Zamek Królewski. OK. Drugą atrakcją były ogrody BUW na dachu budynku. Coś przepięknego. Teraz wiosną kwitły drzewa i forsycja, grzało słońce, było pięknie. I to jest radość dla mojej duszy, a nie jakieś zamki. 


Odpoczęłam tam. 
Trzecią atrakcją był obiad w całkowitej ciemności w Different - restauracja w ciemności. Kelnerzy są osobami niewidomymi. Bardzo dziwne wrażenie kiedy wchodzi się w całkowitą ciemność, taką, że nie ma różnicy czy ma się oczy zamknięte czy otwarte, i tak nic nie widać. Bada się obszar rękami, natrafia na sztućce, talerz. Bada co w tym talerzu i jak to zjeść. Bada smaki i zgaduje, co właśnie spożywa. Pyszne to było i wykwintne, ale jest to tajemnica, dlatego nie napiszę, co jadłam. Bardzo mi się podobało to doświadczenie. Chętnie poszłabym tam jeszcze raz. Odpoczęłam, mimo, że nasza grupa nie należała do cichych. Dużo śmiechu było. "Kasia, gdzie jesteś? Pomachaj." 

Obrus oddawał światło,, bo przeskakiwały elektrony. Efekty błysków można było uzyskać na przykład jadąc paznokciem po nim. Taka mikro dawka światła dla mózgu. Po jakimś czasie mózg przyzwyczaja się do ciemności. Wychwytuje co jest gdzie i wszelkie daweczki światła. Gdzieś kotara okazała się przepuszczająca jakieś pasy światła, czujnik przeciwpożarowy (chyba) też wysyłał jakieś swoje światło. To wszystko widać było po jakimś czasie od wejścia, i to nie każdy widział podejrzewam. Ciemność była gęsta, piękna. I widziałam, że jestem bezpieczna. Rozkoszowałam się tym. Polecam to doświadczenie. Cieszę się, że pojechałam na tę wycieczkę. 

Dobrze. 7:11. O 8:00 zajęcia. Zbieram się, mimo przytulonej kotki trzeba już. 

Ach, jeszcze jedno. Każdorazowo po "Podróży w głąb podświadomości" Mirandy Kubasiewicz śni mi się największa miłość mojego życia. Śni mi się Mateusz. Analiza snu mówi, że to mój animus. Nie znam tematu aż tak, żeby móc tę wiedzę jakoś wkomponować w życie. Niby się wyleczyłam już z tej relacji, a jednak ciągle w głębi to jest. Wysypiam się kiedy pamiętam sen, to normalne, tylko wraca wspomnienie Mateusza. To nie jest miejsce na pisanie o romansach, może reklama przyszłej książki. Analizowałam sobie tę miłość. Dostałam jej wtedy bardzo wiele. Szacunek, wsparcie, bezpieczeństwo, opiekę, radość, uwagę, akceptację, uznanie, taniec, rozmowy do rana, zachwyt, wpatrzone zakochane oczy i splecione dłonie. Pierwszy raz dostałam taki komplet. Pierwszy raz ktoś mi pokazał, jak powinnam czuć się w relacji. Wykąpałam się w tym jak w basenie z cudną wodą. Otoczyło mnie to uczucie. Czy to była  miłość? Czy ja dałam miłość? Czy też chciałam tego człowieka z powodu tego, co mi dał? To ciekawe. W każdym razie bardzo chciałam go zatrzymać dla siebie, ale był już z inną osobą i jest z nią do tej pory. No trudno. W każdym razie warto było doświadczyć tego wszystkiego. Zmienił tym moje życie i postrzeganie relacji. Poprzeczka jest bardzo wysoko. Ach. 


poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Pisanie spontaniczne i jedna kartka pamiętnika

- Pół królestwa  za twoje myśli
- Pół królestwa... A duże to królestwo?
- Królestwo na miarę króla, więc marne. Zmieniłaś numer i mi nie powiedziałaś?
- Dlaczego mieszając mi znów w głowie nie powiedziałeś, że masz dziewczynę?
- A pytałaś? Poza tym wszystko co "mieszałem" było prawdziwe i nie ma nic wspólnego z moim stanem cywilnym. PEWNE RZECZY NIE ZMIENIĄ SIĘ NIGDY.

Kurtyna.

Pytajcie dziewczyny podrywających panów czy mają partnerki, bo oni sami z siebie tego w takich chwilach nie mówią. Ha ha ha, śmiech przez łzy. 

Wyrzucam pamiętniki, niszczę, ta kartka na spalenie. Zresztą wszystkie. Zapisałam tych zeszytów dużo. Najpiękniejsze relacje schowałam do pudełka, kiedyś napiszę książkę. Nie zmienię imion i faktów, ale będzie draka! ;)

Święta Wielkiej  Nocy. Dobrze, że Pan Jezus nie sprawdza czystości okien, bo w tym roku nie ruszyłam małym palcem w kwestii sprzątania. Nie miałam siły, odebrane zostały przez niemoc psychiczną. Mimo leków ciągle nie jest najlepiej. Dorzucam samowolnie jeden lek, który kiedyś mnie podniósł do pionu. Miałam wtedy epizod depresji lekoopornej i zdaje się, że mam z tym do czynienia teraz. Niby lekarz podniósł mi dawkę leku, ale nadal tonę w lęku i czołgam się nosem przy ziemi. Tak się nie da żyć. Skoro już się leczę, niech czuję się dobrze, a nie tak, jakbym się nie leczyła. Choć gdybym się nie leczyła, to leżałabym bez sił i płakała z tej bezsilności. Tak tragicznie nie jest. Zmywam czasem naczynia, sprzątam kuwetę, myję się. Ogarniam pracę, rachunki, zakupy. Czy jednak odczuwam radość? Nie. Bo z czego? 

No właśnie. Z czego odczuwasz radość? Jakie to uczucie? Nie mówię o zakochanych, bo oni czerpią energię od siebie wzajemnie i ten stan mija. Mówię o zwykłym, codziennym życiu. Poczułam wczoraj, że malowanie przynosi mi spokój. Taki błogi stan. Skończyłam wczoraj obraz, który był w moim odczuciu dość trudny. Miałam kłopot z oddaniem perspektywy i wielkości elementów, z proporcjami postaci. Myślałam kilka razy, że to będzie do wyrzucenia. Ostatecznie jestem zadowolona z efektu. Ja nie maluję postaci. O ten obraz poprosiła moja mama. Malowałam w oparciu o obraz kogoś, kto na instagramie ma nazwę rainy_painter. Malarz nazywa się Aleksander Bolotov. Rzuć okiem, cudne ma obrazy. Mój nie dosięga jego pracom do pięt, gdyby miały pięty. No ale dobra, jest. I już się nie będę podejmować reprodukcji, bo się po prostu do tego nie nadaję. Chłopak maluje przepięknie. Ja maluję ze zdjęć, jeśli oko się zawiesi i w mózgu zaklika, że to piękne i chce na obraz. Do dokończenia mam liść, któremu pozostał tylko wzór nerwów i rude fragmenty blaszki. Z niego też jestem zadowolona. Lubię malować. Bardzo. Ale tylko to co sama wybiorę. 

Dobrego dnia. Bo słońce już wysoko.