Wiesz kim jesteś?
Nie chodzi o zawód, role społeczne, płeć, narodowość. Kim jesteś pod tym wszystkim?
Ja już wiem :)
2026 MatPapryka w ćwiczeniu "Pamiętanie Siebie"
Wiesz kim jesteś?
Nie chodzi o zawód, role społeczne, płeć, narodowość. Kim jesteś pod tym wszystkim?
Ja już wiem :)
19 września 2002 (mam 25 lat...)
Doświadczyłam wczoraj strasznej nocy. W dzień czas przeciekł mi przez palce. Nic nie zrobiłam ze swoim życiem. Nic w kierunku polepszenia własnego bytu.
Położyłam się spać i nie mogłam usnąć. Mój mózg niedostatecznie się zmęczył, żeby musiał odpoczywać. Bezsenna nocka. Leżałam w ciemnościach i oglądałam film, który zaserwował mi mój własny umysł. Film totalnej rezygnacji. Typowy negatywny i pesymistyczny scenariusz. Boję się znaleźć pracę, bo boję się, że się do niczego nie nadaję, boję się, że nici wyjdą z moich studiów, bo nie będzie na to kasy, boję się, że nigdy się nie usamodzielnię, nigdy nie będę miała własnego mieszkania, własnej rodziny. Boję się i kropka.
Taki film ciemną nocą spowodował u mnie falę łez, niemoc tak wielką, że aż bolesną. Spowodował, że niczym przykuta kajdanami zmuszona byłam do słuchania tych wszystkich przykrych rzeczy.
Wiem, że gdybym cokolwiek robiła, zamiast tylko gadać jak hipokrytka, moje życie potoczyłoby się inaczej. Gdybym każdego dnia zrobiła mały kroczek w kierunku polepszenia własnej przyszłości, byłabym już daleko na tej drodze. Tymczasem planowanie, myślenie, puste gadanie to moja domena. Czuję się jak osoba przegrana. Za mało robię. Ze strachu, z obawy.
Zaczęłam się modlić: Boże, proszę, uwolnij mój umysł od tych więzów. Proszę, uzdrów mój umysł. Jezu, proszę, przyjdź. Pomóż mi.
Kartka rytualnie zostanie spalona, razem z tym scenariuszem, który nakreśliły moje przekonania o mnie samej. Tak było w mojej głowie, a świat wymagał stanięcia do gry. Rozumiesz trudność tutaj? Jak możesz tak źle myśleć o sobie, a jednocześnie mieć siłę na ustawianie swojego życia? Nie możesz. Działasz na zaciągniętym hamulcu. (Słowo podświadomość jest wymieniane przez wszystkie przypadki i nie lubię go używać.) Świadomie chcesz dobrego życia. Podświadomie to aż przesiąka, że nie zasługujesz, że jesteś gorszym sortem, że jesteś nie dość dobra, a twoja ścieżka życia to być na marginesie, nie wśród ludzi, bycie skazaną na zagładę. I tą drogą szłam, aż do próby samobójczej w 30 roku życia. Męczyłam się okrutnie.
Wiem w tej chwili, że takie myślenie to rzucanie klątwy na własne życie. Nie pamiętam, czy miałam już wtedy psychoterapię czy nadal tkwiłam w założeniu, że psycholog i psychiatra = żółte papiery. Tak mi powiedziała moja bliska osoba. "Jak dostaniesz żółte papiery, to nikt cię nie przyjmie do pracy." Uwierzyłam w tę bzdurę. Męczyłam się w depresji i takim myśleniu. W zasadzie sama. Inni ludzie nie lubią słuchać takich narracji, nie wiedzą, co z tym zrobić. Radzą. Ale czy ja nie wiedziałam, co robić żeby było lepiej? Wiedziałam. Tylko to jak mówić do kogoś, kto jest na dnie studni, że musi z niej wyjść... Powodzenia.
Co mówić do takiego człowieka?
Przekonania meblują ci życie. Uważasz, że się nie nadajesz, to świat ci pokaże, że się nie nadajesz. Uważasz, że jesteś gorsza, to świat ci pokaże, że masz rację. Uważasz, że nigdy nie założysz rodziny, to świat spełni twoje "życzenie". Uważaj czego sobie życzysz.
Nie jesteś sam/sama. To co widzisz na zewnątrz, tych wszystkich ogarniających ludzi, to jest tylko fasada. Porównujesz swój środek to ich zewnętrza. Na zewnątrz ty też ogarniasz, tak? Masz dach nad głową, jakieś ubranie, nie chodzisz głodna - znaczy, że ogarniasz. Jakoś. Może nie tak jak byś chciała, ale ogarniasz. W każdym człowieku jest narracja i każdy przechodził jakieś cięższe chwile, tylko społeczeństwo jest tak skonstruowane, że na zewnątrz nosi się makijaż, uśmiech i sukces. To "gwarantuje" przynależność do stada. Narzekanie jest jak choroba, jak trąd, ludzie spieprzają, bo to nie sprzyja przynależności do stada, do ludzkości. Nie jest przy tobie bezpiecznie, skoro roztaczasz aurę smutku, trwogi. A uwierz, każdy to w sobie ma, ma i nie lubi na to patrzeć... Jeśli uruchamiasz to w innym człowieku, to odsunie się, bo to nie jest przyjemne. Nie chodzi tu o ciebie. To nie ty jesteś do wyrzucenia. Chodzi o aurę, której ludzie w sobie nie lubią. Dlatego się odsuwają.
A ty czujesz co czujesz, nie neguj tego. To jest twoja prawda na teraz. Uszanuj ją. Nie możesz zdławiać tego i udawać, że wszystko jest super, skoro nie jest. Uznaj to, co w tobie jest. I to nie osadzanie się w tej studni negatywów. To akceptacja, a od niej zaczyna się pracę wewnętrzną. Jeśli alkoholik nie uznaje swojego alkoholizmu, to udaje, że go nie ma. Z czym tu pracować w takim razie? To samo ze wszystkimi innymi stanami. Uznaj, że są, bo są. Oddychaj.
A teraz wiedz, bo to fakt, że spektrum jest szerokie, nieskończone. Że barwy odczuć to nie tylko niebieskie i czarne. Wiadomo, nie? Jest zielona nadzieja, żółta radość, pomarańczowy spokój, czerwona złość. Dopuść to, że jest w tobie wszystko. JEST W TOBIE WSZYSTKO.
Całe życie, które opisałaś dzieje się w przyszłości, a jej jeszcze nie ma. A jeśli twoje życie wydaje ci się nie takie jak powinno być, to wiedz, że wszystko jest tak jak miało być, bo jest! Wszystko jest takie, jak ma być, bo jest. Akceptacja to punkt startowy. Jeśli widzisz tylko złe, to patrzysz przez jakąś rurkę, co ogranicza widzenie, przez dziurkę od klucza. Widzisz to na czym się skupiasz. OTWÓRZ DRZWI. Wpuść światło. Zobacz pełne spektrum. Musi być w twoim życiu choć iskra piękna, dobra, nadziei. Poszukaj, rozejrzyj się.
Jest i co z tego? To z tego, że jest szersze spektrum niż samo nieszczęście. Dopuść wszystko co jest, razem z tym nieszczęściem. Bigos to nie sama kapusta ;)
Skoro projekcje przynoszą lęk, to jest to tak, jakbyś narysowała sobie demona, a potem się go bała. Zróbmy inny rysunek, tamten spalmy. Po co się bać czegoś czego nie ma? Lem (kocham jego twórczość) napisał piękne słowa: "Bądź dobrej myśli, bo po co być złej?"
Wiem, trudno się przestawić, skoro już się tego demona stworzyło, jak nagle udawać, że go nie ma i nie istnieje? No sztuka w tym, żeby i on miał miejsce. Skoro jest, to jest. Akceptacja. Ale nie tyko on jest. Stwórz inne rysunki. Stwórz kiełkujące roślinki. Stwórz szumiące morze. Stwórz widok z Tatr. Stwórz mruczącego kota. Stwórz piękne ilustracje do bajek. Idź w takie tworzenie. A ten demon niech sobie na tym obrazku będzie. To tylko wytwór twojej wyobraźni, nie coś realnego. Oddychaj.
Idźmy w tworzenie dalej. Jak byś chciała, żeby było? Pobaw się wyobraźnią. Namaluj życie. Umebluj po swojemu. Rozsiądź się w tym, rozgość. To jest twoje, możesz zrobić tu, co zechcesz. Odważne machnięcia pędzlem, użyj tych farb. To wyobraźnia, możesz pozmieniać, co tylko chcesz.
To nie tylko ulga, którą właśnie sobie stwarzasz. To przyszłość, którą sobie stwarzasz. Ćsiiii, nikomu nie mów, tak to działa. Stwarzasz swoją przyszłość w swojej głowie. Zostaw kwestie tego czy to możliwe czy niemożliwe. Po prostu sobie maluj. Sprawdź jak się czujesz. Lepiej niż tam na początku? No i o to chodzi. Stwarzaj i nie rozkminiaj za życie, ono stworzyło ciebie i cały świat. Myślisz, że potrafisz lepiej? Daj mu robić robotę, ty jedynie projektuj swoją wymarzoną wizję. W najgorszym wypadku uśniesz uśmiechnięta, w najlepszym spełni się twój projekt ;) Życzę tego.
Nie jesteś sam, sama. Jest Ci źle? Potrzebujesz człowieka? Potrzebujesz pogadać? Kliknij w czat, pogadamy.
Tak czytam czasem te swoje zrzuty myśli i mam wrażenie, że cały czas jest źle i coś nie tak. Czy to konstrukcja mojego umysłu, czy nawyk jakiś babrania się w tym, co słabe. No nie wiem. Ten wstyd ostatnio, durny, bezpodstawny, wywołany jakimś brakiem myślenia o sobie dobrze w sposób stabilny. Ustawiam się w jednej linii z innymi i porównuję. Ja nie mam doświadczenia zarabiania wielkiej kasy i kupowania mieszkań, a ktoś nie ma doświadczenia zarabiania na tańczeniu noc w noc do rana, z free drinkami, wyżywieniem, mieszkaniem, kiedy jedynym obowiązkiem było być opalonym, bo przecież chorwackie wybrzeże do czegoś zobowiązuje. Może według standardów społecznych "siedź cicho i nie chwal się czymś takim, bo upadłaś niżej niż krawężnik". Poważnie? Bo ja bawiłam się niesamowicie. Poszłam po rozum do głowy, bo wiadomo, starzejemy się, wiecznie 20 latką nie będę, i zaczęłam przejmować się przyszłością, studiami, pracą. Ze studiami jakoś było prościej. Fascynujące, ściśle ścisłe, takie, które uczą "jak z kamienia zrobić lekarstwo". Moje studia uczyły przerabiania zasobów w inne zasoby. Nie pracuję w zawodzie, ale cieszę się, że mogłam tych studiów doświadczyć. Tłumaczę się? I telepie się w głowie "Jesteś nikim, nic nie osiągnęłaś". No nie potrafię z tym walczyć. Płakać mi się chce. Płakać zamiast osiągać.
Z pracą niestety była porażka. Skoro jestem nikim, to jak mam się reklamować przyszłemu pracodawcy? Chyba brać go na litość, no bo jak inaczej? "Nic nie umiem, jestem do niczego, ale błagam, dajcie mi pracę, inaczej umrę z głodu i wychłodzenia"? Zadziała? Straszny stan to był niestety i unikanie konfrontacji z rzeczywistością. Siedzenie w środku bańki "jestem do niczego" jest śmierciotwórcze. Wiem o czym mówię. Unikanie jakiejkolwiek możliwości, w której świat potwierdzi co i tak wiem, jest tą brzytwą, co jej się tonący chwyta. Nie doświadczyć upokorzenia, wstydu, porażki. Hodować gdzieś wewnątrz taką iluzję, że jestem wartościowa. Jestem, dopóki nie zderzę się z wnioskiem, że nie jestem. A taki wniosek przyszedłby, gdyby pracodawca dał pracę innej osobie. Ała.
A jest możliwość, że ci, którzy tak osiągają bez równowagi, mają medale, dyplomy, furę kasy, a w środku nie są spełnieni i gna ich ta siła, że jeszcze trochę, że ciężej, że może wtedy, "może wtedy będę kimś, będę godny uwagi, wartościowy", ci właśnie reprezentują drugą stronę medalu czucia się bez wartości. Z jednej strony jest płakanie i beznadzieja, czyli poddanie się schematowi "bycia beznadziejnym", z drugiej strony jest kompensacja, czyli "ja wam pokażę na co mnie stać". I często widać osiągi na zewnątrz. (Ja nie mówię, że dzieci moich znajomych z ceramiki kompensują :D, żeby było jasne. Po prostu opisuję istniejące zjawisko w opozycji do mojego nieosiągania.) Na pewno jest to zadowalające. Nie patrzy się do środka, bo to niewygodne.
Gdybym miała przymus udowadniania innym swojej wartości i osiągała przy tym, to czy chciałabym z tego zrezygnować? Na rzecz czego?
Prawda jest taka, że każdy człowiek ma wartość. Nawet żul. Przetłumacz to sobie jakoś. I prawda jest też taka, że porażka nie zabija, przynajmniej nie taka, o jakiej myślę. Nie umrę, jeśli pracodawca wybierze kogoś innego. Więcej! Może się okazać, że to błogosławieństwo, że nie mnie wtedy wybrał! Ale takie myślenie przychodzi z wiekiem lub świadomością.
Mam swoją firmę. Robię to, co lubię. Przynosi to radość, satysfakcję, spełnienie. Pieniędzy jeszcze nie. Wymiana czasu na pieniądze jest słaba, no chyba, że sesja kosztuje grube tysiące. Korepetycje z matematyki nie przyniosą mi takich wpływów. Roześmiałam się na tę myśl. Dziwię się w ogóle, że te korepetycje mają miejsce. Przy tylu materiałach za free w Internecie, przy sztucznej inteligencji, przy tylu książkach z wiedzą nadal potrzebny jest człowiek, który pokaże drogę? To dobrze w sumie, bo to moja praca. Sama szłam drogą przez matematyczne chaszcze i musiałam wyrąbać sobie drogę zrozumienia. Nie było Internetu ani nawet telefonów komórkowych. Były książki.
No dobra, a co ma piernik do wiatraka? Mąkę ma.
Nie wiem w co ręce włożyć. Całość tej awarii dzieje się w głowie, bo rzeczywistość jest martwa. To odzwierciedlenie środka - przekonań, wartości, umiejętności działania, zdrowia kuźwa psychicznego.
W co mam ręce włożyć? Na co zużyć czas tego pięknego dnia? Awaria w umyśle to kij w szprychy. Przeczekać?
Dziś nie pamiętniki, tylko życie tu i teraz. Ile robi porównywanie się.
Uczęszczam na zajęcia lepienia z gliny. Są tam osoby, których dzieci są w moim wieku. W zasadzie nie rozmawiam z nimi, chyba że ktoś dosiądzie się do mojego stolika. Zwykle siedzi ze mną jedna pani. Lubię jej prace, ma fantazję i wychodzą piękne rzeczy. Ma też swoją firmę i czasem rozmawiałyśmy o tym. Usiadła tym razem przy wolnym stoliku.
Są tam grupki, w tym jedna główna, która rozmawia głośno i się śmieje i każdy się podłącza. Ja zwykle mało co mówię. Jakoś nie błyszczę tam osobowością. Mogę się skupić na dłubaniu w glinie. Wcale mnie to nie wkręciło, choć wychodzą piękne rzeczy.
Tym razem rozmowa dotyczyła rachunków za śmieci. jedni płacą dużo, inni mało, teraz zmieniają się zasady, zapłacisz za śmieci proporcjonalnie do zużycia wody. Temat dalej przeszedł na posiadanie kawalerki i w sumie na to, żeby dorosłe dziecko wyprowadziło się od mamusi i tam może zamieszkało. No i się zaczęło. Popłynęły historie o tym, jak po studiach dzieci innych zarabiały szaloną kasę i kiedy rodzic powiedział, że mają się dokładać do rachunków, to wolały iść na swoje. Taką kasę miały, że kupowały sobie mieszkania i się wyprowadzały. Takie to było przezabawne, nikt nie używał tego jako przechwałek, no może trochę, bo to przecież duma z własnych dzieci.
I w tym ja. Czułam się jak pochodna biedy. Nie kupiłam sobie mieszkania, babcia przepisała na mnie mieszkanie w starej kamienicy. Moja obrotna siostra zamieniła je na mieszkanie w blokach, bo to ona korzystała, gdy ja studiowałam na moich drugich studiach w Warszawie. Wyremontowała i oto teraz mam mieszkanie w blokach. Po spłacie za remont mam dach nad głową. Sama tuż po studiach zaczęłam pracę w call center Polskich Książek Telefonicznych. Byłam mięsem armatnim na pierwszej linii, słyszałam spierdalaj częściej niż dzień dobry... Potem nie pracowałam długo, bo poczucie mojej wartości było tak niskie, że bałam się wyjść na rynek pracy. Wisiałam na partnerze, który dostał takie obciążenie przez to, że cała ta relacja się rozwaliła. Pasmo sukcesów jak widać.
Słuchałam tych historii o wspaniałych dzieciach i czułam tak wielki wstyd i porażkę, że energia uciekała ode mnie jak ze starego balona, jakoś. Sflaczałam, zapadłam się w sobie, chciało mi się płakać. WSTYD JEST EMOCJĄ UNICESTWIAJĄCĄ. Chciałam zniknąć, chciałam przestać istnieć. Tak to działa.
Jak się z tego podnieść? Z tego wstydu? Z tego poczucia życiowej porażki?
Mieszkanie dostałam, zarabiam na rachunki, jestem dzikus nie do ludzi, jak z buszu. W buszu lepiej, swobodniej, bez tych pierdoletów, rozmów bez sensu, udawania kogoś kim się nie jest, żeby wpasować się do tej ludzkości. Wolę piżamę niż garsonkę. Wolę las niż hotel 5 gwiazdek. I żeby nie było, zjeździłam hotele i sanatoria najwyższej klasy pracując jako modelka w Niemczech i Austrii. Byłam w hotelu Interalpen. Wygoogluj. Hol większy niż boisko do baseballa. Lornetki trzeba, żeby zobaczyć biurko recepcji.
Oczywiście praca modelki w Niemczech i Austrii to nie praca Claudii Shifer na wybiegach i w sukniach projektantów światowej klasy. My byłyśmy biednymi modelkami z Polski, którym płaci się mniej niż by chciały modelki z Niemiec. Robiłyśmy tam wszystko. Od pakowania kolekcji przez rozstawianie sprzętu do konferansjerki, przez pokazy, aż po sprzedaż następnego dnia. I znów pakowanie kolekcji i podróż do kolejnego hotelu 5 gwiazdek. Zjeździłam się po tych hotelach. Ale czy to jest sukces? Jaki? Tyle tylko, że nie jest to dla mnie obce. I tak wybieram las i dziki sad.
Zapewne dzieci, które tuż po studiach zarobiły sobie furę kasy na własne mieszkanie, zarabiają teraz nadal furę kasy na nowe fury i podróże w piękne zakątki świata. Tak. O tym też było. Naprawdę zgasłam wczoraj. Zapomniałam o swoich pobytach - pół roku w Mediolanie, w sumie ponad dwa lata w Chorwacji. 3 miesiące w Niemczech i Austrii no i którkie wakacje na Węgrzech, kilkudniowy pobyt w Barcelonie, w Paryżu, no i ostani wypad na Bali. Mimo tego wszystkiego zgasłam jak świeczka. Tssssst. Nie ma mnie.
Zastanawiałam się później w domu skąd ten wstyd się wziął? Co ja dźwigam? Czyje to? Po co? Czy każde z tych cudownych dzieci dźwigało depresję? Czy każde z nich miało opiekunów, którzy deptali wartość siebie tych dzieci czy to przez wyzwiska, czy przez szydzenie o braku inteligencji, czy w końcu przez nieskończone porównywania do lepszych i wieczne niezadowolenie i poczucie zawodu, zresztą wypowiedzianego wprost? Kurwa, moim sukcesem jest to, że samobójstwo mi się nie udało...
Tak. Dźwigam depresję ponad 20 lat. Mam za sobą poważną próbę samobójczą zakończoną 4 dniową nieprzytomnością i pobytem na OIOM. Myślicie, że to dobra historia na posiedzenie ceramiki?
Nie zwalaj na rodziców własnego niedojebania. Są ludzie, którzy wyszli z ciężkich warunków, a jednak są ludźmi sukcesu. Nie używaj rodziców jako wymówki dla swoich porażek. Jesteś odpowiedzialna za swoje życie. Wybrałaś tak, to masz tak. Dobrze, że mieszkanie mam od babci ( od, bo jeszcze żyje. Ma 99 lat.), bo bym nadal mieszkała z rodzicami, mimo wieku 49 i tego się wstydziła dla odmiany. Jeżdżę pełnoletnim autem, do którego wstydzę się wpuścić innego człowieka, bo wożę tam pół swojego życia i jakieś rzeczy, które są na wypadek spierdalaki wojennej. No ciekawe gdzie bym miała spierdalać. Pod jakiś mało oblegany most chyba. To był największy lęk mojego życia, zresztą jest nadal. Lęk, że skończę pod mostem.
Tak. Nie szybują moje myśli w kierunku oszczędności jakich się dorobiłam na prowizjach od sprzedanych kredytów, które stworzyły mnie krezusem. I nawet mnie nie ciagnie do takich osiągnięć. Czyżbym była bez ambicji?
Naprawdę przetyrał mnie wczorajszy dzień. Wróciło porównywanie się pod kątem osiągnięć...
No to na koniec miało być coś ważnego i wyleciało mi z głowy.
Chyba chodziło o to, że słowo sukces wywołuje u mnie odruch wymiotny. I tak umrzesz, swój sukces możesz sobie wsadzić w buty, nic z tych dóbr nie zabierzesz dalej. Mam nadzieje, że lubisz swoją pracę bardzo, tak jak ja lubię swoją, i spędzasz w niej czas z radością i satysfakcją. Bo to czas twojego życia i nikt ci go nie odda. Zamiast pracować na własne mieszkanie tuż po studiach, rzuciłam swoje pierwsze studia i jeździłam po Europie. Byłam na karnawale w Wenecji, w okresie Bożego Narodzenia w Mediolanie, konsumując pannetone przy Duomo, zresztą Duomo odwiedzałam bardzo często przez te pół roku. Pracowałam dla Prady i zrobiłam okładkę do pisma samochodowego na całe Włochy. I nie dokładali mi rodzice do niczego wtedy. Nauczyłam się języka włoskiego, chorwackiego, niemiecki nie chciał mi wejść do głowy, a pobyt we Francji tak mnie do tej Francji zniechęcił, że na francuski reaguję tak jak na słowo sukces. Odruchem wymiotnym.
Jak mi się przypomni co ważnego miałam dopisać na temat tego całego wstydu, to tu wrócę.
Pierdolone porównywanie się.
Cześć. Miej dobry dzień.
Pamiętniki pięknie pokazują przekonania, które pojawiły się pod wpływem zdarzeń. Niektóre zmiatające z planszy.
Awantura. O wszystko. O czytanie książek, o wstawienie wody w czajniku, o to, że chcę spędzić dzień w domu a nie na rynku, no i w końcu o to, że w trakcie awantury nie odebrałam telefonu... No to spada bomba: "Gdybyś była inteligentna, wiedziałabyś, jak zmienić myślenie i ton głosu i odebrałabyś ten telefon."
Co zakłada to stwierdzenie? Szkoda słów. Tak właśnie rozdawała słowa figura przywiązania. Bardzo ważna osoba. Inteligentna, świadoma, doświadczona. Chyba jednak nie. Tak sypała złością, że myślenie o konsekwencjach wypowiadanych słów nie ujawniało się w jej głowie. Takie bomby dostawałam.
"Wysoka jak brzoza, głupia jak koza." - Straszne, straszne, straszne.
"Gdybyś była inteligentna..."
To teraz do sceny wprowadzimy Embrace Therapy Dagmary Szymańskiej, zapraszam na sesje. Jestem certyfikowanym coachem pracy tą metodą.
"Gdybyś była inteligentna..."
Jakie emocje tu są? Głównie smutek. A jakie odcienie jego i innych emocji? Wstyd, wielki żal, przykrość, zaskoczenie, totalna katastrofa z zaufaniem, samotność.
I z tymi emocjami pracuje się metodą dalej, poprzez rozpuszczanie ich psychokształtów. Bardzo ciekawa metoda, która zmienia perspektywę.
A teraz jeszcze inne podejście. Wprowadzam w scenę dorosłego, który stoi po mojej stronie. On wchodzi do gry i co mówi do werbalnego oprawcy? "Gdybyś ty była inteligentna, to byś wiedziała, co słowa mogą zrobić. Ile czasu zostają w głowie twojego dziecka, choćby było dorosłe. Jesteś ważną osobą w jego życiu, a miażdżysz poczucie wartości i wiarę w siebie, jakby to dziecko nic dla ciebie nie znaczyło. Zastanów się nad sobą najpierw. A telefon odbierze, kiedy będzie we właściwym stanie emocjonalnym, a nie sponiewierana i znokautowana przez twoje trujące zrzuty. Chodź młoda damo, oddalimy się stąd."
Lepiej nie?
Tego dnia pierwszy raz z życiu czułam omdlewanie. Czułam ciężkość ciała, osuwałam się po ścianie. Dobrnęłam jakoś do łóżka. Moje uszy przestały odbierać dźwięki, a oczy obrazy. W mózgu był pisk. Kiedy położyłam się, pisk zaczął cichnąć, a uszy wróciły do normalnego odbioru. Dlatego nie chciałam iść na rynek, dlatego wolałam zostać w domu. Dostałam awanturę i ocenę swojej inteligencji. A później będzie wymaganie, żeby błyszczeć w świecie i zajmować wysokie stanowiska, żeby było czym się pochwalić koleżankom. Przykro mi jeśli cię to rani, bo czytasz. Tak było. Nie wymyślam. Boli nie to, że ja to piszę, tylko to, że przeczyta to ktoś jeszcze i co sobie pomyśli. Dostałam od Siostry taki super kubek, na którym pięknie skryty jest napis: Chuj mnie to obchodzi. Pa
8 września 2002
Wiem, że muszę mocno trzymać się realizacji zadań w swoim życiu, bez tego ani rusz. Całą energię powinnam skupić na poszukiwaniu pracy i na szkole. Na nauce. Wtedy myśl o nim nie będzie myślą przewodnią i on będzie miał czas się stęsknić.
On odmieniany przez wszystkie przypadki. Nawet dla Niego trzeba skupić się na szkole, bo wtedy On się stęskni... Focus nie tam gdzie trzeba, ale było jak było. Poczucie, że tracę czyjeś zaangażowanie wzmagało alarm, analizę sytuacji i, jak widać, szukanie rozwiązań. Ale to jest mechanizm oparty na lęku, na pewno nie na spokoju. Poszukiwałam też wtedy swojej dziedziny, w której byłabym dobra. Miałam 25 lat i nie miałam pojęcia, co właściwie zrobić ze swoim życiem.
Przerwałam pierwsze studia (Marketing i zarządzanie na UŁ - co ja robię tuuuu, co ja tutaj robię?), byłam w zawieszeniu totalnym. Nie miałam pracy, związku, własnego domu, byłam zależna od rodziców, niezadowolonych z obrotu sytuacji. Byłam w depresji.
10 września 2002
Odkąd dosięgnęłam dna, zaplątując się w pułapkę depresji, moje życie się zmieniło. Jest inaczej. Nie tkwię w tej ludzkiej gonitwie. Jestem gdzieś poza tym wszystkim. Tak jakbym stała gdzieś z boku i wszystko to obserwowała. Ciągle czegoś szukam i jestem rozdarta wewnętrznie. Z jednej strony chcę prowadzić życie takie jak inni ludzie, mieć pracę, męża, dzieci, dom, z drugiej strony dążę do osobistego spełnienia, a ciągle nie wiem, jaka jest moja dziedzina. (Jakby to się wykluczało. Ciekawe...) Chciałabym odnaleźć sens mojego życia. Nie pociąga mnie gonitwa po szczeblach kariery, 3 godzinny sen, wiecznie zmarszczone czoło, bycie zagonioną w dzikim obłędzie. Kocham zatopić się w naturze, pragnę jej dzikości (Oj kobieto nie wiesz, co mówisz. Dzikość natury zmiecie cię z planszy.) wolności, swobody, nie chcę obawiać się o przyszłość. Chcę cieszyć się tym, że jestem na tym świecie. Chcę zrobić coś pożytecznego.
20 lat później jestem zielarzem-fitoterapeutą (nie ufaj papierom, ufaj umiejętnościom, sensowi, logice). Jedyne, co o tych ziołach wiem, to jak je rozpoznawać, czy można je zjeść, jak smakują, czy da się pić z nich herbatę i mniej więcej z jakim działaniem. Bardzo mniej więcej. Pi razy drzwi. Jaki fitoterapeuta? Boże drogi. Ale papier jest i jestem zielarzem fitoterapeutą.
Znalazłam też swoją mocną stronę, swój talent, niczym Dzwoneczek z disneyowskiej bajki. Nie widziałam go w sobie, a on był tam cały czas. Lata pokazały mi, że ciągle komuś coś tłumaczę z sukcesem. Momenty aha tych osób były i są bezcenne. "Gdyby na wykładzie tłumaczyli to tak, jak ty...". Tak, objaśniałam wzory, tłumaczyłam całki, ludzie z roku dzwonili z pytaniami. A zaczęło się w 2 klasie podstawówki, kiedy jedyna w klasie wiedziałam, co to są liczby parzyste i nieparzyste. Później może w 4 klasie jak dodawać do siebie liczby ujemne. Z geografii o strefach czasowych i obliczaniu czasu. Sama dostałam tróję, szewc bez butów chodzi. Nauczyciele wyznaczali mnie do pomocy słabszym koleżankom. Rozumiałam dogłębnie matematykę, chemię, nigdy nie uczyłam się na pamięć. Widziałam ludzi, którzy tłumaczyli coś innym, ale pojęcia nie mieli o znaczeniu warunków brzegowych i niuansików, których rozumienie było fundamentem. Mi chciał Adaś tłumaczyć zadania, ale jedno moje pytanie zachwiało jego wiedzą. Tego akurat nie rozumiałam wtedy w jakimś zadaniu, okazało się, że nie tylko ja. Jednak ja nie rozdawałam takiej niepełnej wiedzy. Albo rozumiałam co robię, albo szukałam drogi żeby rozumieć. Dużo ścieżek wydreptałam sama. Studiowałam Inżynierię Chemiczną i Procesową na PW. Piękne studia. Bardzo polecam. Opracowałam notatki do pierwszego projektu z reaktorów. Po 10 latach dostałam maila od dziewczyny, czy mam opracowania dalszych projektów. Hę? "A to ty nie wiesz, że studenci uczą się z twoich notatek?" No nie wiem, nie miałam pojęcia. Oto właśnie mój talent. I z tego talentu zrodziłam się jako MatPapryka. Mat od Matematyki, od Mateusza, od Matrycy. Papryka od Patrycji, od Papryczki, od natury. Taka oto niepoważna nazwa. Ale bardzo moja i zapadająca w pamięć. Paprykę każdy umie sobie wyobrazić. Po tym skojarzy. Proste nie?
Od 4:40 rano walczę z dostaniem się tutaj, bo opera postanowiła zablokować wszystkie strony. Ciekawe jak teraz pójdą zajęcia online. Jest 8:05. Trochę to laikowi - czyli mi - zajęło. Ale cieszę się, że jestem.
Skończyłam czytać kolejny pamiętnik. Potrzebuje się napisać książka o romansach, zdecydowanie.
Zabrałam się za porządkowanie swoich książek i wejście w decyzje, które z nich na pewno chcę przeczytać, a które wynieść z domu. Na razie w kategorii drugiej nie ma książek, choć jedną poważną stertkę oddałam siostrze, bo to były głównie jakieś legendy, bajki, opowiastki dla dzieci. Szwagier z siostrą chcieli je wszystkie. Bardzo dziękuję. Zwolnioną półkę zajęły wykonane z gliny pojemniki. Przepiękne są. Na całej wielkiej półce, gdzie mieściły się dwie marketowe torby książek, stoją trzy ceramiczne piękności. Czy to nie marnotrawstwo miejsca? No oczywiście, że nie. Te książki nie były już potrzebne. No tylko to były książki głównie z pokoju mojej córki... Dzielna dziewczyna. Teraz na mnie kolej. Coś się zmieniło, bo ruszyłam z pozbywaniem się. Ubrania wylatują najłatwiej. Książki najtrudniej.
Ponownie - cieszę się, że się tu dostałam, bo myślałam, że już po blogu. Nie wiem co z tą operą się porobiło. Wszystkie strony, hasła, historia, wszystko przepadło. No trudno. Jest teraz nowa przeglądarka duck duck go i już.
Mój kot postanowił umrzeć na anoreksję i niewydolność wątroby, stłuszczenie. Jeszcze trochę żyje, ale zgubiła 2 kg w zbyt szybkim tempie, odmówiła jedzenia. Odmawia do tej pory, jest karmiona na siłę, żeby wątroba nie musiała zajmować się resztką tłuszczu, tylko miała co przerabiać. Woda też podawana strzykawką, najwyraźniej wbrew woli kota. Już jest lepiej, przychodzi się miziać, nie leży już w kąciku albo pod wanną jak worek nieszczęścia. Idę dziś po leki dla niej. Może jeszcze trochę z nami zostanie.
Dziś obudziłam się z migreną... Idę się szykować. Do następnego napisania - mam nadzieję.
Miałam w pokoju akademickim koleżanki, od których warto było się uczyć i czerpać. Piszę w pamiętniku:
Ma 20 lat i szalenie trzeźwe spojrzenie na życie. Nie cacka się, nie ściemnia, nie owija w bawełnę. Chyba nie gra w żadne gry. Nie gra w międzyludzkie gry! Jest bardzo inteligentna. Zawsze ma rację i wie, co w danej sytuacji zrobić. Jak ma coś zrobić, to to robi. Nie marudzi, nie skrzeczy, nie wrzeszczy, nie rzuca się, nie płacze. Po prostu jest w równowadze. Ma poukładany świat wartości.
Nauczę się zachowywać spokój, trzeźwe spojrzenie na sytuację, bez uprzedzeń i dodawania zabarwiających sprawę emocji. Fakty. Kropka. Będę robić to, co do mnie należy.
i wyciągam z nich mądrości.
W roku 2003 był sobie taki Marek, taki, że och. Tańczył jak ci z Chorwacji, był wyluzowany, bardzo inteligentny. Szydzący. (Czemu miałam parcie na ludzi, którzy są cięci, sarkastyczni? Bo są inteligentni? No dobra, ale nie są dobrzy, skoro sarkazmem ranią innych i nie zamykają jadaki, nie?) No i oglądałam sobie Marka, bez szans oczywiście. I czytam w pamiętniku:
Żadne tańczące, jarające Marki. Kto to jest? Nikt! Nawet nie potrafiłby mnie zaakceptować taką jaką jestem! A ja tu staram się przypodobać jemu i ludziom w grupie! A po co? Czy oni robią to dla mnie?
Czuję, że powielam stary schemat. W podstawówce odstawałam. Nikt mnie nie lubił, nie należałam do żadnej paczki, w liceum nikt mnie nie lubił prócz jednej dziewczyny. Siedziałam z jeszcze inną, bo jej też nikt nie lubił, choć wydawało się, że tego nie widzi... Dopiero w IV klasie na zakończeniu poczułam, że nawet mnie lubią i sami byli zaskoczeni, że jestem całkiem spoko.
Takie były moje myśli na temat przynależności. Ciągnęło się to za mną jak smród jakiś niewiadomego pochodzenia. Spoko byłam po piwie, bo puszczały jakieś straszne hamulce i w końcu wypuszczałam swoją naturę, która była piękna i tyle. Ale alko to nie jest przyjaciel i zniszczył wiele żyć. Nie przyjaźnię się z nim.
Tu się zrobiło jakieś przekonanie, albo już się na dobre rozgościło. Jakie? Zróbmy analizę.
GPT można dobrze wykorzystać:No bo nie ma nic oprócz tego, co sami sobie stworzyliśmy, zmanifestowaliśmy, czy jakoś tak...
Według tej teorii, najwyraźniej na nieświadomce, skonstruowałam sobie rzeczywistość, w której tkwię.
Jest ciepło, jest zasobnie, nie ma tylko ludzi... Takich od serca.