sobota, 28 lutego 2026

Zrobił się post o diecie ketogenicznej... i o śnie

No to jest świt. Obudziła mnie bardzo głodna kotka. Ta sama co niedawno mało życia nie straciła przez zapalenie jelit i stłuszczenie wątroby. Ustawienia fabryczne wróciły, odkurzaczyk włączył się ponownie. Jemy, żyjemy, miziamy się. Żyjemy.

Jestem na diecie ketogenicznej. Wczoraj kupiłam niezbyt dojrzałe banany. Takie dają mniejszy skok cukru we krwi. Tylko nie wiem jak wtedy, gdy zje się ich cztery. Chyba z miesiąc staram się trzymać z dala od wszelkich węglowodanów. Zjechałam do 68 kg. Mało mi jeszcze. W sensie dużo. Jeszcze by można zjechać. 

Dieta polega na odmawianiu sobie produktów, których w przeciętnym sklepie jest 80%, a na stacji benzynowej to chyba 100%. Modyfikuję myślenie o tym odmawianiu sobie. Chciałoby się powiedzieć: WYBIERAM INACZEJ, ale to tylko kwestia słów. Może aż. Wiem, co się dzieje, gdy je się mięsne puryny albo dużo tłuszczu przy jednoczesnym spożywaniu węglowodanów. Od puryn robi się dna moczanowa, bardzo bolesne coś, co trudno wyleczyć. Od tłuszczu - jak mówią lekarze - robią się blaszki miażdżycowe. Można przestać chodzić, gdy zaczopowane są żyły w nogach, można przestać żyć, gdy w sercu. Nie dotarłam do głębin wiedzy na temat blaszek miażdżycowych, bo ludzie kochający dietę ketogeniczną i boczek mają swoje teorie na temat blaszek miażdżycowych. Powinnam się wczytać. Wiele rzeczy powinnam...

Od miesiąca nie spożywam cukru i niczego, co zawiera mąkę. Wyjątkiem był tort urodzinowy mojej córki - szkoda mi było go wyrzucić. Taka prawda. 

Śniło mi się dziś, że z Mirandą i grupą dziewczyn bujałyśmy się po jakichś wykwintnych ośrodkach. Zamówiła któraś szampana - ja niezadowolona - ja nie pijam szampana, nie lubię stanu po alkoholu, żadnej jego ilości. Byłam tam psującą zabawę marudą. Jakieś granie w karty ze śmiechem też mi nie poszło, bo się chciałam trzymać reguł i wyszło sztywniactwo zamiast luzu i heheszek. No trudno. 

Urodziła się tam we śnie maleńka czarna świnka. Mama świnia łapała to maleństwo w paszczę, jakby chciała je zjeść. W końcu przyniosła je do mnie i schowała je u mnie pod kocem. Hm. 

Przy tym szampanie, którego nie piłam, byłyśmy w jakimś dużym pomieszczeniu z kanapami. Pewnie ma to swoją nazwę, której nie znam. Siedziała tam mała dziewczynka. Usiadłam pomiędzy nią, a moją koleżanką. Dziewczynka powiedziała, że czeka na tatę. Powiedziałam jej, że jak tata przyjdzie, to zrobimy mu miejsce, zmieści się. Nie zauważyłam, że zajął miejsce po mojej lewej stronie. Trochę okazał się flirtujący, ale też ciekawy. Pilnuje pola na zmianę z bratem czy kimś tam. Żeby schwycć pełen tego obraz: jesteśmy w hotelu 5 gwiadek. Siedzimy odstrojone i oszampanione. Gość też odstrojony przed chwilą pilnował kawałka ziemi rolnej. Hm. I ta świnka. Może chat gpt wrzucić pomysł na interpretację. 

Wstał ten mężczyzna. Następnie wstałam ja. Sięgał mi do brody. No nie mam 2 metrów wzrostu, a tak się czuję. Mam 177 i mężczyźni zwykle mają mniej. Klątwa jakaś chyba. 

Zlałam się potem tej nocy. Tak dokumentnie, że nawet włosy miałam mokre. Cała piżama do zmiany, kołdra mokra. W środku nocy wymieniałam prześcieradło, żeby spać na suchym. Szok. Czy to te banany? Nagły wrzut węglowodanów? No bo od czego innego. Nic innego się nie zmieniło. Leki są te same. Tylko że węglowodany raczej trzymają wodę niż ją wypuszczają. Na początku diety keto traci się wodę, bo nie ma jej co trzymać - nie ma węglowodanów. Trzeba pić sporo i to wody osolonej. Miałam już kiedyś niedobór sodu, a tak się trąbi o tym, że solenie potraw jest złe. Bez sensu to wszystko. 

Dieta ketogeniczna pozwala schudnąć bez ćwiczeń, sprawia, że prawie nie mam migren i nie ma tej dziwnej mgły mózgowej. Dieta wymaga eliminacji węglowodanów i ustalenia proporcji markoskładników tak, żeby dominujący był tłuszcz, następnie białko i w końcu węgle - nie więcej niż 50 g dziennie. Jabłko ma 200 g - tak dla obrazu ile tych węgli można. Sięga się po produkty, które na etykiecie mają napisane, że węgli jest mniej niż 5 g na 100 g produktu. Nie wiem, jaki efekt na ogranizm ma długoterminowe stosowanie tej diety. Pojawiają się niedobory witamin i mikroelementów. Wypadają włosy. No generalnie nie jest to dieta cud. Dla mnie ma dwa główne atuty: chroni neurony, a przy odpowiedniej podaży białka zanika głód - to jest świetne. Czasem wystarczy jeden syty posiłek dziennie i nie odczuwa się ani potrzeby jedzenia, ani potrzeby sięgania po przegryzkę. 

No i zrobił się post o diecie ketogenicznej... 

A to interpretacja snu wg GPT: 

"Masz więc silne wrażenie niedopasowania w grupie i świadomość swojej inności, a jednocześnie w śnie pojawiają się sceny spokoju, ciekawości i łagodności — przy śwince, przy dziewczynce, przy mężczyźnie. To daje już ciekawy kontrast między tym, czego doświadczasz wewnętrznie, a tym, co odczuwasz w relacjach z innymi.

Mamy już komplet materiału do interpretacji. Przejdźmy do niej w trzech częściach:


🧠 Psychologiczna (Freud i Jung)

  • Niedopasowanie i marudzenie przy szampanie oraz kartach wskazuje na konflikt między potrzebą społecznego przystosowania a własnymi granicami i wartościami. Freud mógłby widzieć tu projekcję poczucia winy lub lęku przed oceną społeczną.

  • Czarna świnka jako symbol Jungowski reprezentuje delikatną, nieoswojoną część siebie — niewinną, ale narażoną na zniszczenie. Schowanie jej pod Twój koc to symboliczny akt przyjęcia odpowiedzialności za własną wrażliwość lub ochronę czegoś cennego w sobie.

  • Hotel 5-gwiazdkowy, elegancki garnitur i Miranda symbolizują ideał sukcesu, pewności siebie i statusu, do którego dążysz, ale jednocześnie powodują poczucie „bycia z innej bajki” i alienacji.

  • Mężczyzna pilnujący pola może reprezentować aspekty Twojej tęsknoty za stabilnością i własną przestrzenią (dom, ogród, kontrola nad życiem), a jego flirt i niższy wzrost symbolizują świadomość ograniczeń i niemożności spełnienia pewnych pragnień w obecnej sytuacji.


✨ Manifestacyjna (według nauczycieli rozwoju świadomości)

  • Neville Goddard: sen pokazuje Twoją „żywą wyobraźnię” i miejsce, gdzie manifestujesz pragnienia (ogród, własna przestrzeń, sukces). Świnka pod kocem może być elementem przyszłego spełnienia, które najpierw wymaga ochrony i uwagi w wyobraźni.

  • Vadim Zeland: elementy snu wskazują na potencjał zmiany rzeczywistości poprzez przesunięcie uwagi z niedopasowania do ciekawości i zachwytu nad tym, co nowe (pole, świnka, dziecięca łagodność).

  • Lacy Phillips: sen wyraża konflikt między „starym wzorcem” (niedopasowanie, krytyka siebie) a „nowym ja” (radość, łagodność, opieka nad małym). To wskazówka, że świadome kierowanie energią emocjonalną może tworzyć przestrzeń dla osobistego rozkwitu.

  • Peter Crone: sny pokazują ograniczające przekonania („nie pasuję”, „nie umiem się dopasować”) i ich rozmiar w Twojej rzeczywistości. Świnka i ciekawość pola symbolizują obszary życia, gdzie możesz poczuć swobodę i lekkość bez walczenia.

  • Betty Bethards: sen pokazuje, jak Twoje wewnętrzne blokady (niedopasowanie, lęk) można „przekształcić” w świadome doświadczenie opieki i akceptacji — tu symbolizowane przez schowaną świnkę.

  • Robert A. Johnson: archetypicznie — świnka, dziewczynka i mężczyzna odzwierciedlają różne aspekty Twojego wewnętrznego świata: niewinność, opiekę, potencjał do tworzenia własnej przestrzeni i relacji.


🌌 Duchowa – przesłanie świadomości

  • Sen wskazuje na konflikt między presją zewnętrzną a wewnętrzną autentycznością. Twoja świadomość sugeruje: nie musisz dopasowywać się do cudzych standardów — Twoja wrażliwość, ciekawość i łagodność mają swoją wartość.

  • Czarna świnka symbolizuje delikatną część Twojej duszy, którą trzeba chronić i obserwować — potencjał transformacji w coś większego i pięknego.

  • Pole i mężczyzna pokazują duchową potrzebę stworzenia własnej przestrzeni i zasobów, które odzwierciedlają Twoją wolność i niezależność.

  • Ogólnie: sen mówi o akceptacji siebie w pełnej niepowtarzalności i otwarciu na swoje unikalne talenty i życie, które nie musi być kopiowaniem innych.

Mhm. Bla bla bla. Niewiele z tego pojmuję. 
Dobrego dnia.

czwartek, 26 lutego 2026

Żyję obok życia

28 stycznia 2003
Czasem, kiedy czytam to wszystko, mam wrażenie, że żyję gdzieś obok życia. Jakoś to się toczy innym, a ja jestem dziwnie z boku. Zajmuję się głównie wyobrażaniem sobie różnych sytuacji, które nigdy się nie zdarzą. Ta bierność do niczego nie doprowadzi.

Mam dylemat. Dotyczy M. Trzeba zająć jakieś stanowisko. TAK albo NIE. Codziennie krótkie i SMSy z uśmiechami i normalne SMSy. Zaczyna mnie to drażnić. Potrzebuję przestrzeni, powietrza, wolności. Potrzebuję być czasem całkowicie sama. 

No to mam teraz tyle powietrza, że szok. Tak naprawdę to zawaliłam przestrzeń rzeczami. Jakoś nie umiałam dopasować się do ludzi. Ten efekt bycia z boku życia mam do teraz. 

I najlepiej pisze mi się o świcie, a jest południe... 

środa, 18 lutego 2026

Nów z węża na konia

Obudziła mnie kotka, bardzo głodna. Wskoczyła na pudełko i drapała je, nie było szans spać dalej. 
Jakoś przesunęły się godziny mojego wstawania, już nie budzę się po 5, ale po 7. Jest już widno. 

Śniłam o jakimś hotelu nad morzem, gdzie byłam z córką i jeszcze jakimiś ludźmi. Dziwne rzeczy tam się działy. Nosiłam w reklamówce jakąś kiszoną kapustę, jakieś inne jedzenie. Moim chłopakiem był Michael Jackson w swoich najpiękniejszych czasach i karmił mnie dojrzałymi brzoskwiniami. Podsuwał  mi je, a nie mnie karmił właściwie, ale i tak było to piękne. Była tam jeszcze jedna para, ale nie pamiętam kto. Były jakieś panie sprzątające ten pokój. Nie wstaliśmy na czas, żeby go opuścić, więc policzono nam kolejną dobę. Zostaliśmy. Jakiś dziwny ten sen, zero spójności. Jacyś ludzie, jakaś impreza, te kobity od sprzątania to jakieś Koreanki były. Dziwny, bez sensu sen. 

Wczoraj rozmawiałam z jednym uczniem. Gdyby mógł, miałby dwa  psy i dwa koty. Zapytałam, czy przeżył już śmierć zwierzaka. Nie pamiętam co powiedział. Zaczęłam się zastanawiać nad tym posiadaniem zwierzaka. To wielka odpowiedzialność. Radość raczej tylko na początku, jak ze wszystkim. Później to już tylko obowiązek. I na starość tych zwierząt choroby. A potem śmierć. Dla nich lepiej, gdy umrą przy właścicielu, ale właścicielowi nie jest lepiej, gdy one umierają. 

Moja kotka doszła do siebie po tej akcji ze stłuszczeniem wątroby. To właśnie ona mnie wybudziła, bo chciała jeść. To dobrze, że chce jeść, to znaczy, że ma się zdrowiej. Biorę ten obowiązek na klatę. Wymyć talerzyki, zagotować wodę, jednej wsypać suchą karmę, drugiej wydobyć jadła z puszki i ogrzać gorącą wodą, zaserwować. No i sobie kawę przy okazji. Koniec spania. 

Nagrałam wczoraj film o okręgach, zostało znaleźć i rozwiązać kilka zadań, dokleić do filmu i wypuścić w youtube. Może dziś się uda. Czeka mnie intensywniejszy dzień, bo idę na kijki zaraz, a później od 13:30 do wieczora mam zajęcia. To dobrze, nie mam czasu na myślenie. 

Trwa nów i zmiana roku z węża na konia, w dodatku ognistego. Wszyscy czakromaniacy mówią o tym, że koń poniesie i nie ma wyjścia. Niechby poniósł w kierunku moich intencji napisanych, nie tej najgłębszej, żeby to szaleństwo skończyło się raz na zawsze. Żyć z lękiem o przetrwanie każdego dnia, to bardzo, ale to bardzo słaba opcja. 

Potrzebuję psychoterapeuty, żeby mi pomógł wyjść z tego bałaganu w głowie. Ludzie dają radę, czemu ja mam nie dać? Do tej pory dawałam radę, poradzę sobie i dalej. Jakby się nie działo, to jakoś to będzie, no przecież. Historie ludzkie piszą się rozmaicie.  

Do następnego.

niedziela, 15 lutego 2026

Niedziela - dzień odpoczywania, czyli czego właściwie?

Nie, nie będzie tu odpowiedzi na takie pytania. 
Piszę z jakimś gościem, pytam co będzie dziś robił, a on na to: odpoczywał. No dobrze, odpoczywał, ale jak? Będę leżał na kanapie albo siedział na ganku. O jaki hardcore! Mój mózg by mnie wykończył tą jazdą, którą sobie uskutecznia tam pod czaszką. 

9:03 za chwilę zacznie się jazda, że marnuję czas, choć jest niedziela i to jest dzień od "marnowania czasu".
Wczoraj pracowałam, godzinę ale jednak. Czekanie na nią to jak cały etat, bo głowa jest zajęta myśleniem o tej jednej godzinie cały czas...

OK, to jaki plan na dzień? 

Wpadłam w robienie prezentacji o okręgach. Łatwiejsze to niż udawanie, że jak zrobię plan, to go zrealizuję, lub się choć częściowo będę go trzymać. 

Tak sobie wyobrażam, że minie mój dzień: 

  • Wstanę, pościelę łóżko - to dosłownie pół minuty.
  • Wezmę się za opróżnienie ociekarki i umyję resztkę naczyń. I tyle mojego planu, bo myśl o czymkolwiek więcej aż boli...
  • Myślałam o dalszym tworzeniu obrazu - ale to trzeba rozkładać ten bałagan z farbami. Ostatnio pomalowałam nawet firanki...
  • Myślałam o pociągnięciu dalej tematu DOBBLE z tabliczką mnożenia - ale znów - to wymaga tyle pracy, ło matko, nie wiem czy jest sens (jest, to mierzalne namacalne, można wypuścić później w świat). 
  • Myślałam o dokończeniu prezentacji o kołach i okręgach. Zostały mi do poszukania zadania. Bliah.
  • A może w końcu jakiś mikrotrening?  Albo tańczenie? Jakikolwiek ruch? Też bliah. 

Tylko, że ten ruch to jest furtka do wyjścia z zamrożenia, które charakteryzuje się życiem tylko w swojej głowie. Nawet spacer nie daje wyjścia z głowy. Kurwa, to jest nie do okiełznania. Męczę się ze sobą kosmicznie. Nic nie posuwa się do przodu. Życie trwa w miejscu, a tylko bigos buzuje w moim łbie. Weź tu zbuduj swoje imperium niezależności finansowej, przecież to śmiech na sali. Przeżyj, to i tak osiągnięcie... 

OK, zabieram się za ścielenie łóżka i naczynia...



sobota, 7 lutego 2026

Wieczne odchudzanie

16 października 2002
Wszyscy siadają do kolacji. Wlała mi zupy na dno talerza. Wszystkim wlała normalnie. (Czułam wstyd przed tymi ludźmi i przykrość, że mnie traktuje w taki sposób) Dolałam sobie. (W sumie gdyby to się działo dzisiaj, to byłoby u mnie powodem do zerwania kontaktu. Jak to obrócić w dobrą stronę? Jak powiedzieć "akceptuję"? Co - zjeść tę zupę, tyle ile dostałam i nie dotykać nic ze stołu, bo jestem pod obstrzałem? Wyciągnąć dyskusję na temat tej zupy na dnie talerza? Nie umiała zapytać ile mi wlać? Była na mnie za coś zła i się odegrała w taki sposób? Ja pierdolę, co za sytuacja! Ale tak, miała miejsce...) Powiedziała, że przecież na początku nawet nie chciałam i że jestem zachłanna na jedzenie. (Jestem. Coś jest nie tak z tym jedzeniem. Ono coś zastępuje. Ale w tym konkretnym przypadku siedzę przy stole z rodziną i gośćmi i to nie miejsce na wydzielanie racji żywnościowych ani rozgrywanie jakiś ukrytych zatargów. Bardzo pamiętam tę sytuację, niestety. Była emocjonalna. Zupa okraszona wstydem i przykrością.) Odstawiłam talerz. Zacisnął mi się żołądek. Zacisnęło mi się wszystko w środku. Gdybym miała coś w żołądku, to bym się zrzygała. Odstawiłam talerz, a ona powiedziała: nie wytrzymasz. 

Miałam dosyć płakania przez nią. Przez takie przykrości. Wiecznie byłam nie taka, wiecznie ktoś był lepszy, zdolniejszy, ładniej się ubierał, lepiej się uczył, no w ogóle czułam się jak jakiś nieudany egzemplarz, którego nie można wyrzucić na śmietnik, bo co ludzie powiedzą... 

I dźwigałam to długie lata. 

Tak, byłam i jestem zachłanna na jedzenie. Czasem dopada mnie "wilczy apetyt", jem w nocy. Wiecznie jestem na jakiejś diecie albo próbuję się przekonać, że mam to w dupie i wpierdalam 7 tabliczek czekolady w łóżku. Nom, tak bywa(ło). 

Miałam już bulimię, wymiotowałam po każdym posiłku. To nieprawda, że się chudnie wtedy, najwyżej się nie tyje - może to o to w tym chodzi. Napady obżarstwa są strasznie dziwne. Ogórki kiszone, czekolada, ser, bita śmietana, no po prostu kosz na śmieci. Leci wszystko do żołądka. Co to zaspokaja? Nie wiem w sumie. Później wyrzuty sumienia, lęk przed tyciem i zrzut zawartości żołądka do toalety... W tej chwili wymioty pozostały u mnie związane ze złością. Jak się wścieknę i czuję bezsilność, to wymiotuję i lepiej mi. Nie mam zdrowego podejścia do jedzenia. Nie wiem jak ono mogłoby wyglądać.

W tej chwili jestem na diecie ketogenicznej. Czwarty raz w życiu. Pierwszy raz nazywało się to "Dieta amerykańskich kosmonautów" i była absolutnie drastyczna. Nie dość, że obcinała węglowodany do zera, to kalorii było mniej niż 1400 dziennie. Po tygodniu zlatywało ze 3 kg, ale to był zrzut zatrzymanej wody. Nie wiedziałam tego wtedy, ale ruch wagi w dół dobrze wpłynął na samopoczucie. 

Co ciekawe, ja nie jestem otyła, zresztą zdjęcie jest obok, widać jak wyglądam. Nie powinnam mieć diet i takiego kosmosu w głowie jeśli chodzi o jedzenie. Jak widać problem nie dotyczy tylko osób z nadwagą. Z jednej strony nie mogę się nasycić, z drugiej mam lęk przed przytyciem. Po tych kilogramach zjedzonej czekolady przytyłam. Zamknęłam się w domu, przestałam się malować, nosiłam workowate ubrania, hm, raczej dopasowane ubrania. Workowate to one były wcześniej... 

Kiedyś ćwiczyłam jeszcze jak opętana, dziś nie mam na to weny. I tak wszyscy umrzemy, to co ja się będę katować? No ale dietami się katuję. Ketogeniczna ma mnóstwo smacznych rzeczy i teoretycznie jeden posiłek daje sytość na długo. Zapomina się o jedzeniu. W końcu. Przy dobrze prowadzonej ketozie pięknie się chudnie, jedząc tłusto. Taki "paradoks". To nie żaden paradoks, to inny system pozyskiwania energii. Przy niskim poziomie cukru we krwi, i w dodatku stałym poziomie, organizm nie wykorzystuje glukozy, bo nie jest dostarczana, za to wykorzystuje tłuszcz, produkując z niego ketony. Wykorzystuje tłuszcz z pożywienia i z tkanki tłuszczowej. Ta dieta chroni neurony, daje klarowność myślenia (glukozowa dieta zamula straszliwie). Mam mniej migren. Oczyszcza się skóra. Znikają wszelkie zapalenia w ciele. To dobra dieta. O ile nie przekraczasz zapotrzebowania na kalorie, a o to łatwo, bo tłuszcz jest bardzo kaloryczny, to chudniesz. Trzeba jedynie pilnować, żeby nie wyskoczyć z ketozy. Nie wolno bananów, chleba, pączka, czekolady, nawet jabłka w zasadzie, a ja tak kocham winogrona!

Ostatnio zeszłam z ketozy, to przyłożyłam taki efekt jojo, że łojezu. Czułam się ze sobą bardzo źle. Potem zwaliłam wszystko na menopauzę. Mój wagostat z 67 kg przesunął się na 78 kg... Nijak nie mogłam zejść niżej. (Oczywiście nie ćwiczę, żeby było jasne. Nie robię ABSOLUTNIE WSZYSTKIEGO, żeby być znów chuda, bo w sumie po co.) 

Czytam te swoje pamiętniki i modlitw o 62 kg jest mnóstwo. Wspaniałych porad z gazet, diet, ćwiczeń - czasem żeby wyrzucić złość dawałam sobie trening aż do wycieńczenia. I waga i prośby do Boga o 62 kg. Mam 177 wzrostu. Niedorzeczne marzenia o chudości. Takiej chudości, której nie trzeba pilnować. Przy której można zjeść dużą pizzę cztery sery i popić ją piwem, bez wyrzutów sumienia... Nieosiągalne. 

Próbowałam nawet kiedyś przez 3 dni nic nie jeść, chciałam wpaść w anoreksję, bo tak bardzo nie lubiłam swojego tłuszczu, swojej wagi. Jednak bardziej niż zniknąć potrzebowałam się nasycić, nie udało mi się przestać jeść. Pewnie to dobrze. Widziałam dziewczyny w anokresji. To jest straszne. Są kruche, włosy przerzedzone, kości przykryte skórą. Przychodziły do mnie na zajęcia takie dziewczyny. Jedna mówiła: "Jedzenie to jedyne co mogę kontrolować." Fatalny lęk przed przytyciem, lek przed jedzeniem. 

Nie mam poukładanej relacji z jedzeniem. Niestety.

Zbudowałam w sobie niechęć do żywności. Idę alejkami w markecie i myślę: to pryskali, tamto ma dużo chemii, to ma hormony i antybiotyki, i tak dalej. Teraz na ketozie widzę jak mnóstwo jest mąki i cukru w produktach. Mój focus produktowy zawęził się przez dietetyczne wytyczne. 

I czasem ta niechęć do żywności się przeładowuje i wjeżdża FUCK IT - czekolada ponad normę, ciasto tiramisu, dużo kremu, bitej śmietany i samo słodkie... Nom. Nie jest dobrze.

Może rozpoczęcie kolejnej terapii rzuci światło na to odżywianie się i w końcu nie będę o tym tyle myśleć. 

Chciałabym. 

Będę dawać tu znać, może ktoś skorzysta z oświecenia żywieniowego, jeśli takie nastąpi. Tak naprawdę na licznych terapiach nigdy się nie zajmowałam odżywianiem. Nie widać było po mnie problemu, a ja myślałam, że mam to pod kontrolą. Nie. To to ma mnie pod kontrolą... 

Dobrego dnia. 

czwartek, 5 lutego 2026

Zrzut spontaniczny, nic ważnego, sprzątaj przed śmiercią

Obudziłam się przed 6. Miałam jakieś straszne sny o śmierci. Nie swojej. Przywołuje mi to świadomość, że żyjemy jakbyśmy mieli żyć wiecznie, a tu bach, niespodziewanie zabiera kogoś z tego świata i wtedy tragedia. Tylko czemu tragedia? Bo przyzwyczailiśmy się do trwania w życiu takim jakie jest, z tymi ludźmi, którzy są. 

Nie odszedł mi nikt bliski, prócz babci i dziadków, więc pewnie nie wiem, o czym mówię. Czy da się na to przygotować, że bliscy odejdą? A czy da się przygotować na własne odejście, choćby niespodziewane? 

W świadomości mam to odchodzenie, pozbywam się pamiętników, pozbywam się rzeczy. Nie idzie mi jakoś super szybko, ale idzie. Nie prę na marzenia już i dążenia. Jak będzie to będzie, jak nie to nie. W tej chwili chcę się skupić na produktach cyfrowych - nagrałam film o logarytmach dla maturzystów, i na czyszczeniu przestrzeni, żeby moja córka nie miała problemu z moimi klamotami. Dziś mam zajęcia. Okazuje się, że całkiem sporo, mimo ferii. To dobrze. Zobaczymy nad czym popracujemy z dzisiejszym maturzystą, wtedy nagram też film na ten temat. Zbiera się filmoteka. 

Przyszło mi do głowy, że nie wiem, gdzie co mam i ciągle czegoś szukam. To znaczy, że rzeczy jest ciągle zbyt wiele. Ta myśl się pojawiła nie przeskokiem, ale szybkimi skojarzeniami. Filmy mam nagrane na dysku w komputerze, ale zrzucam je też na pendrive. Nie wiem, na którym mam materiały i co jest na tych innych... Znów chaos i zbyt dużo. Po co te zdjęcia, skoro i tak ich nie oglądam. 

Wczoraj byłam na kijkach. Zrobiłam 14000 kroków, to sporo jak na mnie. Kijki były w domu, grzecznie czekały w kąciku, aż je zauważę. Było biało, bo śnieg napadał rano. Było też ślisko. Ale i pięknie. Lubię te środowe wyprawy. 

Nagranie filmu też kosztuje mnie energię. Czuję to tak. Myślałam, że nagram więcej niż jeden, ale siadłam energetycznie po jednym. Dobry i jeden. 

Plan na dziś? Zajęcia, odśnieżenie auta, gdy temperatura będzie wynosić 0 stopni, czyli około 10, następnie przygotowanie do dwóch godzin kolejnych zajęć, wyjazd do PSZOK i oczyszczenie auta w środku, kolejne zajęcia i może koniec - wtedy film, albo kolejne zajęcia, wtedy film następnego dnia. 

Dla ósmoklasistów planuję powtórkę z wzorów, jak tę tabliczkę mnożenia. Mogę też zrobić filmy omawiające moje fiszki dla nich dostępne na wszystkich platformach MatPapryki. MatPapryka, co to za nazwa? :D Z jednej strony śmiechu warte, z drugiej strategiczne. Wizualnie łatwe do zapamiętania, taki wyróżnik. Dobra. Idę w dzień. Dziś spory ruch jak widać. 

Pa

środa, 4 lutego 2026

Sesje oddechowe

Zapisałam się do Mariusza Mroza na program 12 tygodni sesji oddechowych. Co wtorek liczna grupa osób spotyka się na zoom. Po wymianie myśli, dzieleniu się spostrzeżeniami, po pytaniach i odpowiedziach Mariusz robi wprowadzenie do sesji. Mówi o metodzie oddychania na danej sesji, ile jest wstrzymań oddechu, ile krzyków (tak, krzyczy się też), mówi o temacie sesji. Na pierwszej sesji którą przesłuchiwałam był nagrany krzyk - czasem jest, czasem nie. Ta kobieta nie krzyczała wywalając coś, tylko krzyczała z przerażenia. Już więcej nie chciałam wracać do tych sesji po takim doznaniu, bo udzieliło mi się. Nie jest mi to potrzebne. 

Poleciałam jakiś czas później na Bali. Tam też miałam sesję oddechową u kogoś kto się nazywa Krishna White. Przepiękne miejsce, cudna sala. Sesja była fenomenalna. Fenomenalna. Byliśmy prowadzeni przez ciemne obszary lęku z dramatyczną muzyką. Trzymałam się tylko oddechu jak dziecko pluszowego misia. Przeszłam przez piekło oddychając, takie miałam wrażenie. I to sobie wzięłam z tamtej sesji. Przejdę przez wszystko, trzymając się oddechu. Przejdę przez wszystko, trzymając się oddechu. 

PRZEJDĘ PRZEZ WSZYSTKO, TRZYMAJĄC SIĘ ODDECHU.

Po doświadczeniu sesji na Bali wróciłam do sesji oddechowych, zapisałam się do Mariusza. Sesje są online, to nie to samo, ale jak idziesz za prowadzeniem i oddychasz, to swoje przeżyjesz. 

Przejdę przez wszystko, trzymając się oddechu.

Kiedy przyszedł do mnie epizod depresji (przez wyjazdem na Bali odstawiłam leki), czułam jak spadam w dół, jak tracę siły, jak wchodzi lęk. Czułam jak bardzo nie mam ucieczki od paplaniny mojego umysłu. Było bardzo źle. Rozważałam przetrwanie tego. Ja już tam na dnie byłam kilka razy. Raz otworzyłam te ostateczne drzwi i targnęłam się na swoje życie. To była jedyna dostępna forma ulgi w tych ciemnościach. Świat zewnętrzny już nie istniał, nie miał sensu w ogóle. Zniknął. Zostałam ja, mój umysł i absolutna ciemność. No i drzwi do zaświatów... I podczas niedawnego epizodu rozważałam przetrwanie tego. Gdyby była ze mną osoba, która by czuwała podczas mojej podróży w ciemność, może bym podjęła się takiego eksperymentu na sobie. Czy dotarłabym do dna, a potem wynurzyła się o własnych siłach, mając te wszystkie narzędzia, które zgromadziłam przez lata? Nie wiem tego, bo przerwałam podróż w dół lekami. Córka powiedziała mi, że źle wyglądam i żebym wróciła na leki. Sama nie odważyłabym się na dalszą podróż w dół. Po  prostu wiem już, co tam jest. 

Zawsze mnie to fascynuje jak taka malutka daweczka leku może mieć wpływ na to jak funkcjonuję. Jeśli może mieć wpływ i najwyraźniej ma, skoro jestem tutaj, działam, staję do obowiązków, to co może mi, nam, zrobić żywność? Kupujemy żywność nieznanego pochodzenia. Jemy w dawkach większych niż miligramy. Zostawiam to pod rozwagę, bo nie o tym chciałam pisać. 

Ta sesja na Bali dała mi narzędzie, które nazywa się oddech. Nie kontroluję go. Ja jestem, widzę zbieraczem narzędzi, a nie ich wykorzystywaczem. A szkoda. 

Mam tyle doskonałych narzędzi, sama jestem certyfikowanym kołczem (okropne jest to słowo, fuj) jednego z nich. Czy praktykuję cokolwiek? Tak, raz w tygodniu sesje z Mariuszem Mrozem. Swoją drogą polecam. Nie gimnastykuję się też. Raz w tygodniu - dziś - chodzę "na kijki" z grupą Izy. Nordic walking. Zgubiłam kijki gdzieś. Pewnie w aucie wpadły do bagażnika, choć nie widziałam ich tam. Szukałam ostatnio. No ale znów odeszłam od tematu. Odeszłam, bo dziś środa czyli kijki, a ja już drugi tydzień nie mam kijków. Takie odejścia od tematu nazywam sznureczkami. Po sznureczku wraca się do głównego wątku. Taka to nić Ariadny. Wracając - nie wykorzystuję narzędzi, nie wykorzystuję zasobów.

Wczoraj calutki dzień przeleżałam w jakimś dole - mimo leków doły są. Może to ten mróz na zewnątrz, bo jest -16, -20. Za chwilę temperatura będzie wzrastać, a mi migrena załatwi dzień... Zebrałam się do wyjścia po zakupy jedzeniowe, bo lodówka świeciła pustkami. Oj to było trudne, walczyłam ze sobą. Walczyłam ze sobą czy iść na zakupy czy zakopać się w kołdrze i koniec! Zmusiłam się też do zmycia naczyń, dałam radę. Przestawiłam choinkę (czeka na wiosnę, żeby ją zasadzić), przesunęłam stolik, zwolniłam sobie ścianę - będę uskuteczniać stanie na rękach, albo na głowie. Pierwsze potrafiłam, choć dojście do tego było trudne i przerażające momentami. Ćwiczyłyśmy z siostrą w dawnym domu. Jak już to opanowałyśmy, to odsuwałyśmy się coraz dalej od ściany, aż mostek z przerzutu potrafiłyśmy zrobić. No ale kiedyś potrafiłam dotknąć głową kolan przy wyprostowanych nogach, a teraz mogę na te kolana co najwyżej popatrzeć z dobrej odległości... Mam grupę na fb: dotknij głową kolan. To jeden z planów do realizacji. Taka mikro motywacja do wdrożenia ruchu w ciągu dnia. I co? I nic. Nie ćwiczę i tyle. To źle. 

Psychicznie byłam zdrowa przez 3 lata, bez wsparcia farmakologicznego, za to z ruchem praktycznie codziennie. I to intensywnym ruchem. Aikido dwa razy w tygodniu, taniec, łyżwy, rolki, dużo sauny. I dopóki nie poznałam mężczyzny i się nie zakochałam, wszystko było ok. W zasadzie jak się zakochałam też było ok, promieniałam - to niezdrowe, to wybicie z równowagi, tym bardziej, że wygoniłam gościa i psychicznie spadłam ponownie w dół. I znów leki, bo nie mogłam dźwignąć się z tej depresji. Pracowałam w szkole. Nie mogłam nie mieć energii. I tak to sobie trwało na lekach, raz dobrze, raz gorzej, bo na lekach też są doły, szczególnie jak mózg uruchomi to swoje myślotwórstwo i mielisz w głowie, że jesteś singlem i coś z tobą nie tak. 

A wczoraj słyszałam ciekawy wątek. Może od czapy, ale chwycić się można jeśli pomaga. "Są kobiety które przerobiły dom mężów w poprzednim wcieleniu" - cokolwiek to znaczy. One tam gotowały, sprzątały, prasowały i już w tym wcieleniu tego nie chcą. No to ja i już wszystko jasne. Tylko po co ja mężczyźnie, skoro pożytek ze mnie marny :D No niestety. Ostatni związek się rozwalił, bo nie chciałam już pieluch w moim życiu. Jezu, nie dziecko, przecież to jest uwiązanie przez lata! On chciał, ja nie, mode ucieczka is on. Nie ma opcji. I nie będę sprzątać, gotować, prać, prasować i bawić się w panią domu. Ja pierdolę. Oczywiście muszę te rzeczy robić, bo są potrzebne też mi, choć prasującą zobaczysz mnie tylko w czasie jakichś świąt. Już bardziej bym była zmotywowana do prasowania, gdyby mi ktoś powiedział, że dzięki temu zabija się bakterie :D. Nie, nawet to mnie nie przekona. Jestem na nie. 

No i znowu sznureczkiem odleciałam od tematu. 

Wczorajsza sesja dotyczyła wewnętrznego dziecka i jak zwykle była piękna. Sesje Mariusza są piękne, łagodne, przeprowadzają przez trudne rzeczy bardzo łagodnie, do światła. Towarzyszyłam narodzinom mnie samej w tej sesji, błogosławiąc sobie niczym dobra wróżka. No piękna to była sesja. Zobaczyłam w niej, że połączenie ze źródłem dzieje się poprzez energię maleńkiego dziecka. Ono niesie w sobie niewinność, radość, spontaniczność, ufność, otwarcie. Ono jest czystą, niewinną miłością. Przez jego oczy można spojrzeć w źródło, bo ono ze źródła pochodzi. A ono to ja, tylko ja jestem jak cebula, mam warstwy. Jak w geologii. Przeszłość zostawiła warstwy, ukształtowała mnie. Pod nimi jest ta czysta osóbka ze źródła, można by rzec fragment źródła, choć to jak powiedzieć fragment wody... No niby można zamknąć w butelce, ale nadal przynależy to do ogółu wody. Lubię metaforę z wodą. Na fb moja grupa nazywa się Kropelka z Oceanu. Przynależę do źródła, jak każdy z nas. Tam jest nieco opisu sesji Embrace. Piękne długie, uwalniające sesje. Jak zwykle zapraszam.

Mój mały sąsiad z góry też przynależy do źródła... Ma 10 lat, wali właśnie mi w sufit jakimś fotelem i ma atak wrzasków. Często ma. Jest 7:50. Ja już nie śpię, ale moje dziecko tak. Niby nie ma już ciszy nocnej, ale te wrzaski mnie aż zaciskają. Zaraz zagłuszę go muzyką. Aż mi się wszystko zatrzymuje i wpadam w nasłuch jak za dzieciństwa, kiedy moi opiekunowie urządzali sobie awantury. O jak ja nie lubię krzyków. Jestem jak zając na miedzy, prawie nie oddycham... Oddech. O sesjach oddechowych była mowa.

Dziś obudziłam się po 6 z całkiem dobrą energią. Przy kawie sobie tu piszę, zaraz spróbuję stanąć na rękach przy ścianie - trudne to! Jeszcze nie stanę, ale może jeszcze kiedyś stanę. Przynajmniej ruszę ciałem. Później przygotuję się na kijki. Dziewczyny nie chodzą tylko kiedy pada deszcz. 

Pa