niedziela, 15 lutego 2026

Niedziela - dzień odpoczywania, czyli czego właściwie?

Nie, nie będzie tu odpowiedzi na takie pytania. 
Piszę z jakimś gościem, pytam co będzie dziś robił, a on na to: odpoczywał. No dobrze, odpoczywał, ale jak? Będę leżał na kanapie albo siedział na ganku. O jaki hardcore! Mój mózg by mnie wykończył tą jazdą, którą sobie uskutecznia tam pod czaszką. 

9:03 za chwilę zacznie się jazda, że marnuję czas, choć jest niedziela i to jest dzień od "marnowania czasu".
Wczoraj pracowałam, godzinę ale jednak. Czekanie na nią to jak cały etat, bo głowa jest zajęta myśleniem o tej jednej godzinie cały czas...

OK, to jaki plan na dzień? 

Wpadłam w robienie prezentacji o okręgach. Łatwiejsze to niż udawanie, że jak zrobię plan, to go zrealizuję, lub się choć częściowo będę go trzymać. 

Tak sobie wyobrażam, że minie mój dzień: 

  • Wstanę, pościelę łóżko - to dosłownie pół minuty.
  • Wezmę się za opróżnienie ociekarki i umyję resztkę naczyń. I tyle mojego planu, bo myśl o czymkolwiek więcej aż boli...
  • Myślałam o dalszym tworzeniu obrazu - ale to trzeba rozkładać ten bałagan z farbami. Ostatnio pomalowałam nawet firanki...
  • Myślałam o pociągnięciu dalej tematu DOBBLE z tabliczką mnożenia - ale znów - to wymaga tyle pracy, ło matko, nie wiem czy jest sens (jest, to mierzalne namacalne, można wypuścić później w świat). 
  • Myślałam o dokończeniu prezentacji o kołach i okręgach. Zostały mi do poszukania zadania. Bliah.
  • A może w końcu jakiś mikrotrening?  Albo tańczenie? Jakikolwiek ruch? Też bliah. 

Tylko, że ten ruch to jest furtka do wyjścia z zamrożenia, które charakteryzuje się życiem tylko w swojej głowie. Nawet spacer nie daje wyjścia z głowy. Kurwa, to jest nie do okiełznania. Męczę się ze sobą kosmicznie. Nic nie posuwa się do przodu. Życie trwa w miejscu, a tylko bigos buzuje w moim łbie. Weź tu zbuduj swoje imperium niezależności finansowej, przecież to śmiech na sali. Przeżyj, to i tak osiągnięcie... 

OK, zabieram się za ścielenie łóżka i naczynia...



sobota, 7 lutego 2026

Wieczne odchudzanie

16 października 2002
Wszyscy siadają do kolacji. Wlała mi zupy na dno talerza. Wszystkim wlała normalnie. (Czułam wstyd przed tymi ludźmi i przykrość, że mnie traktuje w taki sposób) Dolałam sobie. (W sumie gdyby to się działo dzisiaj, to byłoby u mnie powodem do zerwania kontaktu. Jak to obrócić w dobrą stronę? Jak powiedzieć "akceptuję"? Co - zjeść tę zupę, tyle ile dostałam i nie dotykać nic ze stołu, bo jestem pod obstrzałem? Wyciągnąć dyskusję na temat tej zupy na dnie talerza? Nie umiała zapytać ile mi wlać? Była na mnie za coś zła i się odegrała w taki sposób? Ja pierdolę, co za sytuacja! Ale tak, miała miejsce...) Powiedziała, że przecież na początku nawet nie chciałam i że jestem zachłanna na jedzenie. (Jestem. Coś jest nie tak z tym jedzeniem. Ono coś zastępuje. Ale w tym konkretnym przypadku siedzę przy stole z rodziną i gośćmi i to nie miejsce na wydzielanie racji żywnościowych ani rozgrywanie jakiś ukrytych zatargów. Bardzo pamiętam tę sytuację, niestety. Była emocjonalna. Zupa okraszona wstydem i przykrością.) Odstawiłam talerz. Zacisnął mi się żołądek. Zacisnęło mi się wszystko w środku. Gdybym miała coś w żołądku, to bym się zrzygała. Odstawiłam talerz, a ona powiedziała: nie wytrzymasz. 

Miałam dosyć płakania przez nią. Przez takie przykrości. Wiecznie byłam nie taka, wiecznie ktoś był lepszy, zdolniejszy, ładniej się ubierał, lepiej się uczył, no w ogóle czułam się jak jakiś nieudany egzemplarz, którego nie można wyrzucić na śmietnik, bo co ludzie powiedzą... 

I dźwigałam to długie lata. 

Tak, byłam i jestem zachłanna na jedzenie. Czasem dopada mnie "wilczy apetyt", jem w nocy. Wiecznie jestem na jakiejś diecie albo próbuję się przekonać, że mam to w dupie i wpierdalam 7 tabliczek czekolady w łóżku. Nom, tak bywa(ło). 

Miałam już bulimię, wymiotowałam po każdym posiłku. To nieprawda, że się chudnie wtedy, najwyżej się nie tyje - może to o to w tym chodzi. Napady obżarstwa są strasznie dziwne. Ogórki kiszone, czekolada, ser, bita śmietana, no po prostu kosz na śmieci. Leci wszystko do żołądka. Co to zaspokaja? Nie wiem w sumie. Później wyrzuty sumienia, lęk przed tyciem i zrzut zawartości żołądka do toalety... W tej chwili wymioty pozostały u mnie związane ze złością. Jak się wścieknę i czuję bezsilność, to wymiotuję i lepiej mi. Nie mam zdrowego podejścia do jedzenia. Nie wiem jak ono mogłoby wyglądać.

W tej chwili jestem na diecie ketogenicznej. Czwarty raz w życiu. Pierwszy raz nazywało się to "Dieta amerykańskich kosmonautów" i była absolutnie drastyczna. Nie dość, że obcinała węglowodany do zera, to kalorii było mniej niż 1400 dziennie. Po tygodniu zlatywało ze 3 kg, ale to był zrzut zatrzymanej wody. Nie wiedziałam tego wtedy, ale ruch wagi w dół dobrze wpłynął na samopoczucie. 

Co ciekawe, ja nie jestem otyła, zresztą zdjęcie jest obok, widać jak wyglądam. Nie powinnam mieć diet i takiego kosmosu w głowie jeśli chodzi o jedzenie. Jak widać problem nie dotyczy tylko osób z nadwagą. Z jednej strony nie mogę się nasycić, z drugiej mam lęk przed przytyciem. Po tych kilogramach zjedzonej czekolady przytyłam. Zamknęłam się w domu, przestałam się malować, nosiłam workowate ubrania, hm, raczej dopasowane ubrania. Workowate to one były wcześniej... 

Kiedyś ćwiczyłam jeszcze jak opętana, dziś nie mam na to weny. I tak wszyscy umrzemy, to co ja się będę katować? No ale dietami się katuję. Ketogeniczna ma mnóstwo smacznych rzeczy i teoretycznie jeden posiłek daje sytość na długo. Zapomina się o jedzeniu. W końcu. Przy dobrze prowadzonej ketozie pięknie się chudnie, jedząc tłusto. Taki "paradoks". To nie żaden paradoks, to inny system pozyskiwania energii. Przy niskim poziomie cukru we krwi, i w dodatku stałym poziomie, organizm nie wykorzystuje glukozy, bo nie jest dostarczana, za to wykorzystuje tłuszcz, produkując z niego ketony. Wykorzystuje tłuszcz z pożywienia i z tkanki tłuszczowej. Ta dieta chroni neurony, daje klarowność myślenia (glukozowa dieta zamula straszliwie). Mam mniej migren. Oczyszcza się skóra. Znikają wszelkie zapalenia w ciele. To dobra dieta. O ile nie przekraczasz zapotrzebowania na kalorie, a o to łatwo, bo tłuszcz jest bardzo kaloryczny, to chudniesz. Trzeba jedynie pilnować, żeby nie wyskoczyć z ketozy. Nie wolno bananów, chleba, pączka, czekolady, nawet jabłka w zasadzie, a ja tak kocham winogrona!

Ostatnio zeszłam z ketozy, to przyłożyłam taki efekt jojo, że łojezu. Czułam się ze sobą bardzo źle. Potem zwaliłam wszystko na menopauzę. Mój wagostat z 67 kg przesunął się na 78 kg... Nijak nie mogłam zejść niżej. (Oczywiście nie ćwiczę, żeby było jasne. Nie robię ABSOLUTNIE WSZYSTKIEGO, żeby być znów chuda, bo w sumie po co.) 

Czytam te swoje pamiętniki i modlitw o 62 kg jest mnóstwo. Wspaniałych porad z gazet, diet, ćwiczeń - czasem żeby wyrzucić złość dawałam sobie trening aż do wycieńczenia. I waga i prośby do Boga o 62 kg. Mam 177 wzrostu. Niedorzeczne marzenia o chudości. Takiej chudości, której nie trzeba pilnować. Przy której można zjeść dużą pizzę cztery sery i popić ją piwem, bez wyrzutów sumienia... Nieosiągalne. 

Próbowałam nawet kiedyś przez 3 dni nic nie jeść, chciałam wpaść w anoreksję, bo tak bardzo nie lubiłam swojego tłuszczu, swojej wagi. Jednak bardziej niż zniknąć potrzebowałam się nasycić, nie udało mi się przestać jeść. Pewnie to dobrze. Widziałam dziewczyny w anokresji. To jest straszne. Są kruche, włosy przerzedzone, kości przykryte skórą. Przychodziły do mnie na zajęcia takie dziewczyny. Jedna mówiła: "Jedzenie to jedyne co mogę kontrolować." Fatalny lęk przed przytyciem, lek przed jedzeniem. 

Nie mam poukładanej relacji z jedzeniem. Niestety.

Zbudowałam w sobie niechęć do żywności. Idę alejkami w markecie i myślę: to pryskali, tamto ma dużo chemii, to ma hormony i antybiotyki, i tak dalej. Teraz na ketozie widzę jak mnóstwo jest mąki i cukru w produktach. Mój focus produktowy zawęził się przez dietetyczne wytyczne. 

I czasem ta niechęć do żywności się przeładowuje i wjeżdża FUCK IT - czekolada ponad normę, ciasto tiramisu, dużo kremu, bitej śmietany i samo słodkie... Nom. Nie jest dobrze.

Może rozpoczęcie kolejnej terapii rzuci światło na to odżywianie się i w końcu nie będę o tym tyle myśleć. 

Chciałabym. 

Będę dawać tu znać, może ktoś skorzysta z oświecenia żywieniowego, jeśli takie nastąpi. Tak naprawdę na licznych terapiach nigdy się nie zajmowałam odżywianiem. Nie widać było po mnie problemu, a ja myślałam, że mam to pod kontrolą. Nie. To to ma mnie pod kontrolą... 

Dobrego dnia. 

czwartek, 5 lutego 2026

Zrzut spontaniczny, nic ważnego, sprzątaj przed śmiercią

Obudziłam się przed 6. Miałam jakieś straszne sny o śmierci. Nie swojej. Przywołuje mi to świadomość, że żyjemy jakbyśmy mieli żyć wiecznie, a tu bach, niespodziewanie zabiera kogoś z tego świata i wtedy tragedia. Tylko czemu tragedia? Bo przyzwyczailiśmy się do trwania w życiu takim jakie jest, z tymi ludźmi, którzy są. 

Nie odszedł mi nikt bliski, prócz babci i dziadków, więc pewnie nie wiem, o czym mówię. Czy da się na to przygotować, że bliscy odejdą? A czy da się przygotować na własne odejście, choćby niespodziewane? 

W świadomości mam to odchodzenie, pozbywam się pamiętników, pozbywam się rzeczy. Nie idzie mi jakoś super szybko, ale idzie. Nie prę na marzenia już i dążenia. Jak będzie to będzie, jak nie to nie. W tej chwili chcę się skupić na produktach cyfrowych - nagrałam film o logarytmach dla maturzystów, i na czyszczeniu przestrzeni, żeby moja córka nie miała problemu z moimi klamotami. Dziś mam zajęcia. Okazuje się, że całkiem sporo, mimo ferii. To dobrze. Zobaczymy nad czym popracujemy z dzisiejszym maturzystą, wtedy nagram też film na ten temat. Zbiera się filmoteka. 

Przyszło mi do głowy, że nie wiem, gdzie co mam i ciągle czegoś szukam. To znaczy, że rzeczy jest ciągle zbyt wiele. Ta myśl się pojawiła nie przeskokiem, ale szybkimi skojarzeniami. Filmy mam nagrane na dysku w komputerze, ale zrzucam je też na pendrive. Nie wiem, na którym mam materiały i co jest na tych innych... Znów chaos i zbyt dużo. Po co te zdjęcia, skoro i tak ich nie oglądam. 

Wczoraj byłam na kijkach. Zrobiłam 14000 kroków, to sporo jak na mnie. Kijki były w domu, grzecznie czekały w kąciku, aż je zauważę. Było biało, bo śnieg napadał rano. Było też ślisko. Ale i pięknie. Lubię te środowe wyprawy. 

Nagranie filmu też kosztuje mnie energię. Czuję to tak. Myślałam, że nagram więcej niż jeden, ale siadłam energetycznie po jednym. Dobry i jeden. 

Plan na dziś? Zajęcia, odśnieżenie auta, gdy temperatura będzie wynosić 0 stopni, czyli około 10, następnie przygotowanie do dwóch godzin kolejnych zajęć, wyjazd do PSZOK i oczyszczenie auta w środku, kolejne zajęcia i może koniec - wtedy film, albo kolejne zajęcia, wtedy film następnego dnia. 

Dla ósmoklasistów planuję powtórkę z wzorów, jak tę tabliczkę mnożenia. Mogę też zrobić filmy omawiające moje fiszki dla nich dostępne na wszystkich platformach MatPapryki. MatPapryka, co to za nazwa? :D Z jednej strony śmiechu warte, z drugiej strategiczne. Wizualnie łatwe do zapamiętania, taki wyróżnik. Dobra. Idę w dzień. Dziś spory ruch jak widać. 

Pa

środa, 4 lutego 2026

Sesje oddechowe

Zapisałam się do Mariusza Mroza na program 12 tygodni sesji oddechowych. Co wtorek liczna grupa osób spotyka się na zoom. Po wymianie myśli, dzieleniu się spostrzeżeniami, po pytaniach i odpowiedziach Mariusz robi wprowadzenie do sesji. Mówi o metodzie oddychania na danej sesji, ile jest wstrzymań oddechu, ile krzyków (tak, krzyczy się też), mówi o temacie sesji. Na pierwszej sesji którą przesłuchiwałam był nagrany krzyk - czasem jest, czasem nie. Ta kobieta nie krzyczała wywalając coś, tylko krzyczała z przerażenia. Już więcej nie chciałam wracać do tych sesji po takim doznaniu, bo udzieliło mi się. Nie jest mi to potrzebne. 

Poleciałam jakiś czas później na Bali. Tam też miałam sesję oddechową u kogoś kto się nazywa Krishna White. Przepiękne miejsce, cudna sala. Sesja była fenomenalna. Fenomenalna. Byliśmy prowadzeni przez ciemne obszary lęku z dramatyczną muzyką. Trzymałam się tylko oddechu jak dziecko pluszowego misia. Przeszłam przez piekło oddychając, takie miałam wrażenie. I to sobie wzięłam z tamtej sesji. Przejdę przez wszystko, trzymając się oddechu. Przejdę przez wszystko, trzymając się oddechu. 

PRZEJDĘ PRZEZ WSZYSTKO, TRZYMAJĄC SIĘ ODDECHU.

Po doświadczeniu sesji na Bali wróciłam do sesji oddechowych, zapisałam się do Mariusza. Sesje są online, to nie to samo, ale jak idziesz za prowadzeniem i oddychasz, to swoje przeżyjesz. 

Przejdę przez wszystko, trzymając się oddechu.

Kiedy przyszedł do mnie epizod depresji (przez wyjazdem na Bali odstawiłam leki), czułam jak spadam w dół, jak tracę siły, jak wchodzi lęk. Czułam jak bardzo nie mam ucieczki od paplaniny mojego umysłu. Było bardzo źle. Rozważałam przetrwanie tego. Ja już tam na dnie byłam kilka razy. Raz otworzyłam te ostateczne drzwi i targnęłam się na swoje życie. To była jedyna dostępna forma ulgi w tych ciemnościach. Świat zewnętrzny już nie istniał, nie miał sensu w ogóle. Zniknął. Zostałam ja, mój umysł i absolutna ciemność. No i drzwi do zaświatów... I podczas niedawnego epizodu rozważałam przetrwanie tego. Gdyby była ze mną osoba, która by czuwała podczas mojej podróży w ciemność, może bym podjęła się takiego eksperymentu na sobie. Czy dotarłabym do dna, a potem wynurzyła się o własnych siłach, mając te wszystkie narzędzia, które zgromadziłam przez lata? Nie wiem tego, bo przerwałam podróż w dół lekami. Córka powiedziała mi, że źle wyglądam i żebym wróciła na leki. Sama nie odważyłabym się na dalszą podróż w dół. Po  prostu wiem już, co tam jest. 

Zawsze mnie to fascynuje jak taka malutka daweczka leku może mieć wpływ na to jak funkcjonuję. Jeśli może mieć wpływ i najwyraźniej ma, skoro jestem tutaj, działam, staję do obowiązków, to co może mi, nam, zrobić żywność? Kupujemy żywność nieznanego pochodzenia. Jemy w dawkach większych niż miligramy. Zostawiam to pod rozwagę, bo nie o tym chciałam pisać. 

Ta sesja na Bali dała mi narzędzie, które nazywa się oddech. Nie kontroluję go. Ja jestem, widzę zbieraczem narzędzi, a nie ich wykorzystywaczem. A szkoda. 

Mam tyle doskonałych narzędzi, sama jestem certyfikowanym kołczem (okropne jest to słowo, fuj) jednego z nich. Czy praktykuję cokolwiek? Tak, raz w tygodniu sesje z Mariuszem Mrozem. Swoją drogą polecam. Nie gimnastykuję się też. Raz w tygodniu - dziś - chodzę "na kijki" z grupą Izy. Nordic walking. Zgubiłam kijki gdzieś. Pewnie w aucie wpadły do bagażnika, choć nie widziałam ich tam. Szukałam ostatnio. No ale znów odeszłam od tematu. Odeszłam, bo dziś środa czyli kijki, a ja już drugi tydzień nie mam kijków. Takie odejścia od tematu nazywam sznureczkami. Po sznureczku wraca się do głównego wątku. Taka to nić Ariadny. Wracając - nie wykorzystuję narzędzi, nie wykorzystuję zasobów.

Wczoraj calutki dzień przeleżałam w jakimś dole - mimo leków doły są. Może to ten mróz na zewnątrz, bo jest -16, -20. Za chwilę temperatura będzie wzrastać, a mi migrena załatwi dzień... Zebrałam się do wyjścia po zakupy jedzeniowe, bo lodówka świeciła pustkami. Oj to było trudne, walczyłam ze sobą. Walczyłam ze sobą czy iść na zakupy czy zakopać się w kołdrze i koniec! Zmusiłam się też do zmycia naczyń, dałam radę. Przestawiłam choinkę (czeka na wiosnę, żeby ją zasadzić), przesunęłam stolik, zwolniłam sobie ścianę - będę uskuteczniać stanie na rękach, albo na głowie. Pierwsze potrafiłam, choć dojście do tego było trudne i przerażające momentami. Ćwiczyłyśmy z siostrą w dawnym domu. Jak już to opanowałyśmy, to odsuwałyśmy się coraz dalej od ściany, aż mostek z przerzutu potrafiłyśmy zrobić. No ale kiedyś potrafiłam dotknąć głową kolan przy wyprostowanych nogach, a teraz mogę na te kolana co najwyżej popatrzeć z dobrej odległości... Mam grupę na fb: dotknij głową kolan. To jeden z planów do realizacji. Taka mikro motywacja do wdrożenia ruchu w ciągu dnia. I co? I nic. Nie ćwiczę i tyle. To źle. 

Psychicznie byłam zdrowa przez 3 lata, bez wsparcia farmakologicznego, za to z ruchem praktycznie codziennie. I to intensywnym ruchem. Aikido dwa razy w tygodniu, taniec, łyżwy, rolki, dużo sauny. I dopóki nie poznałam mężczyzny i się nie zakochałam, wszystko było ok. W zasadzie jak się zakochałam też było ok, promieniałam - to niezdrowe, to wybicie z równowagi, tym bardziej, że wygoniłam gościa i psychicznie spadłam ponownie w dół. I znów leki, bo nie mogłam dźwignąć się z tej depresji. Pracowałam w szkole. Nie mogłam nie mieć energii. I tak to sobie trwało na lekach, raz dobrze, raz gorzej, bo na lekach też są doły, szczególnie jak mózg uruchomi to swoje myślotwórstwo i mielisz w głowie, że jesteś singlem i coś z tobą nie tak. 

A wczoraj słyszałam ciekawy wątek. Może od czapy, ale chwycić się można jeśli pomaga. "Są kobiety które przerobiły dom mężów w poprzednim wcieleniu" - cokolwiek to znaczy. One tam gotowały, sprzątały, prasowały i już w tym wcieleniu tego nie chcą. No to ja i już wszystko jasne. Tylko po co ja mężczyźnie, skoro pożytek ze mnie marny :D No niestety. Ostatni związek się rozwalił, bo nie chciałam już pieluch w moim życiu. Jezu, nie dziecko, przecież to jest uwiązanie przez lata! On chciał, ja nie, mode ucieczka is on. Nie ma opcji. I nie będę sprzątać, gotować, prać, prasować i bawić się w panią domu. Ja pierdolę. Oczywiście muszę te rzeczy robić, bo są potrzebne też mi, choć prasującą zobaczysz mnie tylko w czasie jakichś świąt. Już bardziej bym była zmotywowana do prasowania, gdyby mi ktoś powiedział, że dzięki temu zabija się bakterie :D. Nie, nawet to mnie nie przekona. Jestem na nie. 

No i znowu sznureczkiem odleciałam od tematu. 

Wczorajsza sesja dotyczyła wewnętrznego dziecka i jak zwykle była piękna. Sesje Mariusza są piękne, łagodne, przeprowadzają przez trudne rzeczy bardzo łagodnie, do światła. Towarzyszyłam narodzinom mnie samej w tej sesji, błogosławiąc sobie niczym dobra wróżka. No piękna to była sesja. Zobaczyłam w niej, że połączenie ze źródłem dzieje się poprzez energię maleńkiego dziecka. Ono niesie w sobie niewinność, radość, spontaniczność, ufność, otwarcie. Ono jest czystą, niewinną miłością. Przez jego oczy można spojrzeć w źródło, bo ono ze źródła pochodzi. A ono to ja, tylko ja jestem jak cebula, mam warstwy. Jak w geologii. Przeszłość zostawiła warstwy, ukształtowała mnie. Pod nimi jest ta czysta osóbka ze źródła, można by rzec fragment źródła, choć to jak powiedzieć fragment wody... No niby można zamknąć w butelce, ale nadal przynależy to do ogółu wody. Lubię metaforę z wodą. Na fb moja grupa nazywa się Kropelka z Oceanu. Przynależę do źródła, jak każdy z nas. Tam jest nieco opisu sesji Embrace. Piękne długie, uwalniające sesje. Jak zwykle zapraszam.

Mój mały sąsiad z góry też przynależy do źródła... Ma 10 lat, wali właśnie mi w sufit jakimś fotelem i ma atak wrzasków. Często ma. Jest 7:50. Ja już nie śpię, ale moje dziecko tak. Niby nie ma już ciszy nocnej, ale te wrzaski mnie aż zaciskają. Zaraz zagłuszę go muzyką. Aż mi się wszystko zatrzymuje i wpadam w nasłuch jak za dzieciństwa, kiedy moi opiekunowie urządzali sobie awantury. O jak ja nie lubię krzyków. Jestem jak zając na miedzy, prawie nie oddycham... Oddech. O sesjach oddechowych była mowa.

Dziś obudziłam się po 6 z całkiem dobrą energią. Przy kawie sobie tu piszę, zaraz spróbuję stanąć na rękach przy ścianie - trudne to! Jeszcze nie stanę, ale może jeszcze kiedyś stanę. Przynajmniej ruszę ciałem. Później przygotuję się na kijki. Dziewczyny nie chodzą tylko kiedy pada deszcz. 

Pa

niedziela, 1 lutego 2026

Kim jestem

Wiesz kim jesteś? 

Nie chodzi o zawód, role społeczne, płeć, narodowość. Kim jesteś pod tym wszystkim? 

Ja już wiem :)

Projektuj :)

19 września 2002 (mam 25 lat...) 
Doświadczyłam wczoraj strasznej nocy. W dzień czas przeciekł mi przez palce. Nic nie zrobiłam ze swoim życiem. Nic w kierunku polepszenia własnego bytu. 
Położyłam się spać i nie mogłam usnąć. Mój mózg niedostatecznie się zmęczył, żeby musiał odpoczywać. Bezsenna nocka. Leżałam w ciemnościach i oglądałam film, który zaserwował mi mój własny umysł. Film totalnej rezygnacji. Typowy negatywny i pesymistyczny scenariusz. Boję się znaleźć pracę, bo boję się, że się do niczego nie nadaję, boję się, że nici wyjdą z moich studiów, bo nie będzie na to kasy, boję się, że nigdy się nie usamodzielnię, nigdy nie będę miała własnego mieszkania, własnej rodziny. Boję się i kropka. 
Taki film ciemną nocą spowodował u mnie falę łez, niemoc tak wielką, że aż bolesną. Spowodował, że niczym przykuta kajdanami zmuszona byłam do słuchania tych wszystkich przykrych rzeczy.
Wiem, że gdybym cokolwiek robiła, zamiast tylko gadać jak hipokrytka, moje życie potoczyłoby się inaczej. Gdybym każdego dnia zrobiła mały kroczek w kierunku polepszenia własnej przyszłości, byłabym już daleko na tej drodze. Tymczasem planowanie, myślenie, puste gadanie to moja domena. Czuję się jak osoba przegrana. Za mało robię. Ze strachu, z obawy. 
Zaczęłam się modlić: Boże, proszę, uwolnij mój umysł od tych więzów. Proszę, uzdrów mój umysł. Jezu, proszę, przyjdź. Pomóż mi. 

Kartka rytualnie zostanie spalona, razem z tym scenariuszem, który nakreśliły moje przekonania o mnie samej. Tak było w mojej głowie, a świat wymagał stanięcia do gry. Rozumiesz trudność tutaj? Jak możesz tak źle myśleć o sobie, a jednocześnie mieć siłę na ustawianie swojego życia? Nie możesz. Działasz na zaciągniętym hamulcu. (Słowo podświadomość jest wymieniane przez wszystkie przypadki i nie lubię go używać.) Świadomie chcesz dobrego życia. Podświadomie to aż przesiąka, że nie zasługujesz, że jesteś gorszym sortem, że jesteś nie dość dobra, a twoja ścieżka życia to być na marginesie, nie wśród ludzi, bycie skazaną na zagładę. I tą drogą szłam, aż do próby samobójczej w 30 roku życia. Męczyłam się okrutnie. 

Wiem w tej chwili, że takie myślenie to rzucanie klątwy na własne życie. Nie pamiętam, czy miałam już wtedy psychoterapię czy nadal tkwiłam w założeniu, że psycholog i psychiatra = żółte papiery. Tak mi powiedziała moja bliska osoba. "Jak dostaniesz żółte papiery, to nikt cię nie przyjmie do pracy." Uwierzyłam w tę bzdurę. Męczyłam się w depresji i takim myśleniu. W zasadzie sama. Inni ludzie nie lubią słuchać takich narracji, nie wiedzą, co z tym zrobić. Radzą. Ale czy ja nie wiedziałam, co robić żeby było lepiej? Wiedziałam. Tylko to jak mówić do kogoś, kto jest na dnie studni, że musi z niej wyjść... Powodzenia. 

Co mówić do takiego człowieka? 

Przekonania meblują ci życie. Uważasz, że się nie nadajesz, to świat ci pokaże, że się nie nadajesz. Uważasz, że jesteś gorsza, to świat ci pokaże, że masz rację. Uważasz, że nigdy nie założysz rodziny, to świat spełni twoje "życzenie". Uważaj czego sobie życzysz. 

Nie jesteś sam/sama. To co widzisz na zewnątrz, tych wszystkich ogarniających ludzi, to jest tylko fasada. Porównujesz swój środek to ich zewnętrza. Na zewnątrz ty też ogarniasz, tak? Masz dach nad głową, jakieś ubranie, nie chodzisz głodna - znaczy, że ogarniasz. Jakoś. Może nie tak jak byś chciała, ale ogarniasz. W każdym człowieku jest narracja i każdy przechodził jakieś cięższe chwile, tylko społeczeństwo jest tak skonstruowane, że na zewnątrz nosi się makijaż, uśmiech i sukces. To "gwarantuje" przynależność do stada. Narzekanie jest jak choroba, jak trąd, ludzie spieprzają, bo to nie sprzyja przynależności do stada, do ludzkości. Nie jest przy tobie  bezpiecznie, skoro roztaczasz aurę smutku, trwogi. A uwierz, każdy to w sobie ma, ma i nie lubi na to patrzeć... Jeśli uruchamiasz to w innym człowieku, to odsunie się, bo to nie jest przyjemne. Nie chodzi tu o ciebie. To nie ty jesteś do wyrzucenia. Chodzi o aurę, której ludzie w sobie nie lubią. Dlatego się odsuwają. 

A ty czujesz co czujesz, nie neguj tego. To jest twoja prawda na teraz. Uszanuj ją. Nie możesz zdławiać tego i udawać, że wszystko jest super, skoro nie jest. Uznaj to, co w tobie jest. I to nie osadzanie się w tej studni negatywów. To akceptacja, a od niej zaczyna się pracę wewnętrzną. Jeśli alkoholik nie uznaje swojego alkoholizmu, to udaje, że go nie ma. Z czym tu pracować w takim razie? To samo ze wszystkimi innymi stanami. Uznaj, że są, bo są. Oddychaj. 

A teraz wiedz, bo to fakt, że spektrum jest szerokie, nieskończone. Że barwy odczuć to nie tylko niebieskie i czarne. Wiadomo, nie? Jest zielona nadzieja, żółta radość, pomarańczowy spokój, czerwona złość. Dopuść to, że jest w tobie wszystko. JEST W TOBIE WSZYSTKO. 

Całe życie, które opisałaś dzieje się w przyszłości, a jej jeszcze nie ma. A jeśli twoje życie wydaje ci się nie takie jak powinno być, to wiedz, że wszystko jest tak jak miało być, bo jest! Wszystko jest takie, jak ma być, bo jest. Akceptacja to punkt startowy. Jeśli widzisz tylko złe, to patrzysz przez jakąś rurkę, co ogranicza widzenie, przez dziurkę od klucza. Widzisz to na czym się skupiasz. OTWÓRZ DRZWI. Wpuść światło. Zobacz pełne spektrum. Musi być w twoim życiu choć iskra piękna, dobra, nadziei. Poszukaj, rozejrzyj się. 

Jest i co z tego? To z tego, że jest szersze spektrum niż samo nieszczęście. Dopuść wszystko co jest, razem z tym nieszczęściem. Bigos to nie sama kapusta ;) 

Skoro projekcje przynoszą lęk, to jest to tak, jakbyś narysowała sobie demona, a potem się go bała. Zróbmy inny rysunek, tamten spalmy. Po co się bać czegoś czego nie ma? Lem (kocham jego twórczość) napisał piękne słowa: "Bądź dobrej myśli, bo po co być złej?"

Wiem, trudno się przestawić, skoro już się tego demona stworzyło, jak nagle udawać, że go nie ma i nie istnieje? No sztuka w tym, żeby i on miał miejsce. Skoro jest, to jest. Akceptacja. Ale nie tyko on jest. Stwórz inne rysunki. Stwórz kiełkujące roślinki. Stwórz szumiące morze. Stwórz widok z Tatr. Stwórz mruczącego kota. Stwórz piękne ilustracje do bajek. Idź w takie tworzenie. A ten demon niech sobie na tym obrazku będzie. To tylko wytwór twojej wyobraźni, nie coś realnego. Oddychaj. 

Idźmy w tworzenie dalej. Jak byś chciała, żeby było? Pobaw się wyobraźnią. Namaluj życie. Umebluj po swojemu. Rozsiądź się w tym, rozgość. To jest twoje, możesz zrobić tu, co zechcesz. Odważne machnięcia pędzlem, użyj tych farb. To wyobraźnia, możesz pozmieniać, co tylko chcesz. 

To nie tylko ulga, którą właśnie sobie stwarzasz. To przyszłość, którą sobie stwarzasz. Ćsiiii, nikomu nie mów, tak to działa. Stwarzasz swoją przyszłość w swojej głowie. Zostaw kwestie tego czy to możliwe czy niemożliwe. Po prostu sobie maluj. Sprawdź jak się czujesz. Lepiej niż tam na początku? No i o to chodzi. Stwarzaj i nie rozkminiaj za życie, ono stworzyło ciebie i cały świat. Myślisz, że potrafisz lepiej? Daj mu robić robotę, ty jedynie projektuj swoją wymarzoną wizję. W najgorszym wypadku uśniesz uśmiechnięta, w najlepszym spełni się twój projekt ;) Życzę tego.

Nie jesteś sam, sama. Jest Ci źle? Potrzebujesz człowieka? Potrzebujesz pogadać? Kliknij w czat, pogadamy. 

piątek, 30 stycznia 2026

Nie wiem, w co ręce włożyć

Tak czytam czasem te swoje zrzuty myśli i mam wrażenie, że cały czas jest źle i coś nie tak. Czy to konstrukcja mojego umysłu, czy nawyk jakiś babrania się w tym, co słabe. No nie wiem. Ten wstyd ostatnio, durny, bezpodstawny, wywołany jakimś brakiem myślenia o sobie dobrze w sposób stabilny. Ustawiam się w jednej linii z innymi i porównuję. Ja nie mam doświadczenia zarabiania wielkiej kasy i kupowania mieszkań, a ktoś nie ma doświadczenia zarabiania na tańczeniu noc w noc do rana, z free drinkami, wyżywieniem, mieszkaniem, kiedy jedynym obowiązkiem było być opalonym, bo przecież chorwackie wybrzeże do czegoś zobowiązuje. Może według standardów społecznych "siedź cicho i nie chwal się czymś takim, bo upadłaś niżej niż krawężnik". Poważnie? Bo ja bawiłam się niesamowicie. Poszłam po rozum do głowy, bo wiadomo, starzejemy się, wiecznie 20 latką nie będę, i zaczęłam przejmować się przyszłością, studiami, pracą. Ze studiami jakoś było prościej. Fascynujące, ściśle ścisłe, takie, które uczą "jak z kamienia zrobić lekarstwo". Moje studia uczyły przerabiania zasobów w inne zasoby. Nie pracuję w zawodzie, ale cieszę się, że mogłam tych studiów doświadczyć. Tłumaczę się? I telepie się w głowie "Jesteś nikim, nic nie osiągnęłaś". No nie potrafię z tym walczyć. Płakać mi się chce. Płakać zamiast osiągać. 

Z pracą niestety była porażka. Skoro jestem nikim, to jak mam się reklamować przyszłemu pracodawcy? Chyba brać go na litość, no bo jak inaczej? "Nic nie umiem, jestem do niczego, ale błagam, dajcie mi pracę, inaczej umrę z głodu i wychłodzenia"? Zadziała? Straszny stan to był niestety i unikanie konfrontacji z rzeczywistością. Siedzenie w środku bańki "jestem do niczego" jest śmierciotwórcze. Wiem o czym mówię. Unikanie jakiejkolwiek możliwości, w której świat potwierdzi co i tak wiem, jest tą brzytwą, co jej się tonący chwyta. Nie doświadczyć upokorzenia, wstydu, porażki. Hodować gdzieś wewnątrz taką iluzję, że jestem wartościowa. Jestem, dopóki nie zderzę się z wnioskiem, że nie jestem. A taki wniosek przyszedłby, gdyby pracodawca dał pracę innej osobie. Ała. 

A jest możliwość, że ci, którzy tak osiągają bez równowagi, mają medale, dyplomy, furę kasy, a w środku nie są spełnieni i gna ich ta siła, że jeszcze trochę, że ciężej, że może wtedy, "może wtedy będę kimś, będę godny uwagi, wartościowy", ci właśnie reprezentują drugą stronę medalu czucia się bez wartości. Z jednej strony jest płakanie i beznadzieja, czyli poddanie się schematowi "bycia beznadziejnym", z drugiej strony jest kompensacja, czyli "ja wam pokażę na co mnie stać". I często widać osiągi na zewnątrz. (Ja nie mówię, że dzieci moich znajomych z ceramiki kompensują :D, żeby było jasne. Po prostu opisuję istniejące zjawisko w opozycji do mojego nieosiągania.) Na pewno jest to zadowalające. Nie patrzy się do środka, bo to niewygodne. 
Gdybym miała przymus udowadniania innym swojej wartości i osiągała przy tym, to czy chciałabym z tego zrezygnować? Na rzecz czego? 

Prawda jest taka, że każdy człowiek ma wartość. Nawet żul. Przetłumacz to sobie jakoś. I prawda jest też taka, że porażka nie zabija, przynajmniej nie taka, o jakiej myślę. Nie umrę, jeśli pracodawca wybierze kogoś innego. Więcej! Może się okazać, że to błogosławieństwo, że nie mnie wtedy wybrał! Ale takie myślenie przychodzi z wiekiem lub świadomością. 

Mam swoją firmę. Robię to, co lubię. Przynosi to radość, satysfakcję, spełnienie. Pieniędzy jeszcze nie. Wymiana czasu na pieniądze jest słaba, no chyba, że sesja kosztuje grube tysiące. Korepetycje z matematyki nie przyniosą mi takich wpływów. Roześmiałam się na tę myśl. Dziwię się w ogóle, że te korepetycje mają miejsce. Przy tylu materiałach za free w Internecie, przy sztucznej inteligencji, przy tylu książkach z wiedzą nadal potrzebny jest człowiek, który pokaże drogę? To dobrze w sumie, bo to moja praca. Sama szłam drogą przez matematyczne chaszcze i musiałam wyrąbać sobie drogę zrozumienia. Nie było Internetu ani nawet telefonów komórkowych. Były książki. 

No dobra, a co ma piernik do wiatraka? Mąkę ma. 

Nie wiem w co ręce włożyć. Całość tej awarii dzieje się w głowie, bo rzeczywistość jest martwa. To  odzwierciedlenie środka - przekonań, wartości, umiejętności działania, zdrowia kuźwa psychicznego. 
W co mam ręce włożyć? Na co zużyć czas tego pięknego dnia? Awaria w umyśle to kij w szprychy. Przeczekać? 

wtorek, 27 stycznia 2026

Wielki wstyd

 Dziś nie pamiętniki, tylko życie tu i teraz. Ile robi porównywanie się. 

Uczęszczam na zajęcia lepienia z gliny. Są tam osoby, których dzieci są w moim wieku. W zasadzie nie rozmawiam z nimi, chyba że ktoś dosiądzie się do mojego stolika. Zwykle siedzi ze mną jedna pani. Lubię jej prace, ma fantazję i wychodzą piękne rzeczy. Ma też swoją firmę i czasem rozmawiałyśmy o tym. Usiadła tym razem przy wolnym stoliku. 

Są tam grupki, w tym jedna główna, która rozmawia głośno i się śmieje i każdy się podłącza. Ja zwykle mało co mówię. Jakoś nie błyszczę tam osobowością. Mogę się skupić na dłubaniu w glinie. Wcale mnie to nie wkręciło, choć wychodzą piękne rzeczy. 

Tym razem rozmowa dotyczyła rachunków za śmieci. jedni płacą dużo, inni mało, teraz zmieniają się zasady, zapłacisz za śmieci proporcjonalnie do zużycia wody. Temat dalej przeszedł na posiadanie kawalerki i w sumie na to, żeby dorosłe dziecko wyprowadziło się od mamusi i tam może zamieszkało. No i się zaczęło. Popłynęły historie o tym, jak po studiach dzieci innych zarabiały szaloną kasę i kiedy rodzic powiedział, że mają się dokładać do rachunków, to wolały iść na swoje. Taką kasę miały, że kupowały sobie mieszkania i się wyprowadzały. Takie to było przezabawne, nikt nie używał tego jako przechwałek, no może trochę, bo to przecież duma z własnych dzieci. 

I w tym ja. Czułam się jak pochodna biedy. Nie kupiłam sobie mieszkania, babcia przepisała na mnie mieszkanie w starej kamienicy. Moja obrotna siostra zamieniła je na mieszkanie w blokach, bo to ona korzystała, gdy ja studiowałam na moich drugich studiach w Warszawie. Wyremontowała i oto teraz mam mieszkanie w blokach. Po spłacie za remont mam dach nad głową. Sama tuż po studiach  zaczęłam pracę w call center Polskich Książek Telefonicznych. Byłam mięsem armatnim na pierwszej linii, słyszałam spierdalaj częściej niż dzień dobry... Potem nie pracowałam długo, bo poczucie mojej wartości było tak niskie, że bałam się wyjść na rynek pracy. Wisiałam na partnerze, który dostał takie obciążenie przez to, że cała ta relacja się rozwaliła. Pasmo sukcesów jak widać. 

Słuchałam tych historii o wspaniałych dzieciach i czułam tak wielki wstyd i porażkę, że energia uciekała ode mnie jak ze starego balona, jakoś. Sflaczałam, zapadłam się w sobie, chciało mi się płakać. WSTYD JEST EMOCJĄ UNICESTWIAJĄCĄ. Chciałam zniknąć, chciałam przestać istnieć. Tak to działa. 

Jak się z tego podnieść? Z tego wstydu? Z tego poczucia życiowej porażki? 

Mieszkanie dostałam, zarabiam na rachunki, jestem dzikus nie do ludzi, jak z buszu. W buszu lepiej, swobodniej, bez tych pierdoletów, rozmów bez sensu, udawania kogoś kim się nie jest, żeby wpasować się do tej ludzkości. Wolę piżamę niż garsonkę. Wolę las niż hotel 5 gwiazdek. I żeby nie było, zjeździłam hotele i sanatoria najwyższej klasy pracując jako modelka w Niemczech i Austrii. Byłam w hotelu Interalpen. Wygoogluj. Hol większy niż boisko do baseballa. Lornetki trzeba, żeby zobaczyć biurko recepcji. 

Oczywiście praca modelki w Niemczech i Austrii to nie praca Claudii Shifer na wybiegach i w sukniach projektantów światowej klasy. My byłyśmy biednymi modelkami z Polski, którym płaci się mniej niż by chciały modelki z Niemiec. Robiłyśmy tam wszystko. Od pakowania kolekcji przez rozstawianie sprzętu do konferansjerki, przez pokazy, aż po sprzedaż następnego dnia. I znów pakowanie kolekcji i podróż do kolejnego hotelu 5 gwiazdek. Zjeździłam się po tych hotelach. Ale czy to jest sukces? Jaki? Tyle tylko, że nie jest to dla mnie obce. I tak wybieram las i dziki sad. 

Zapewne dzieci, które tuż po studiach zarobiły sobie furę kasy na własne mieszkanie, zarabiają teraz nadal furę kasy na nowe fury i podróże w piękne zakątki świata. Tak. O tym też było. Naprawdę zgasłam wczoraj. Zapomniałam o swoich pobytach - pół roku w Mediolanie, w sumie ponad dwa lata w Chorwacji. 3 miesiące w Niemczech i Austrii no i którkie wakacje na Węgrzech, kilkudniowy pobyt w Barcelonie, w Paryżu, no i ostani wypad na Bali. Mimo tego wszystkiego zgasłam jak świeczka. Tssssst. Nie ma mnie. 

Zastanawiałam się później w domu skąd ten wstyd się wziął? Co ja dźwigam? Czyje to? Po co? Czy każde z tych cudownych dzieci dźwigało depresję? Czy każde z nich miało opiekunów, którzy deptali wartość siebie tych dzieci czy to przez wyzwiska, czy przez szydzenie o braku inteligencji, czy w końcu przez nieskończone porównywania do lepszych i wieczne niezadowolenie i poczucie zawodu, zresztą wypowiedzianego wprost? Kurwa, moim sukcesem jest to, że samobójstwo mi się nie udało... 

Tak. Dźwigam depresję ponad 20 lat. Mam za sobą poważną próbę samobójczą zakończoną 4 dniową nieprzytomnością i pobytem na OIOM. Myślicie, że to dobra historia na posiedzenie ceramiki?  

Nie zwalaj na rodziców własnego niedojebania. Są ludzie, którzy wyszli z ciężkich warunków, a jednak są ludźmi sukcesu. Nie używaj rodziców jako wymówki dla swoich porażek. Jesteś odpowiedzialna za swoje życie. Wybrałaś tak, to masz tak. Dobrze, że mieszkanie mam od babci ( od, bo jeszcze żyje. Ma 99 lat.), bo bym nadal mieszkała z rodzicami, mimo wieku 49 i tego się wstydziła dla odmiany. Jeżdżę pełnoletnim autem, do którego wstydzę się wpuścić innego człowieka, bo wożę tam pół swojego życia i jakieś rzeczy, które są na wypadek spierdalaki wojennej. No ciekawe gdzie bym miała spierdalać. Pod jakiś mało oblegany most chyba. To był największy lęk mojego życia, zresztą jest nadal. Lęk, że skończę pod mostem. 

Tak. Nie szybują moje myśli w kierunku oszczędności jakich się dorobiłam na prowizjach od sprzedanych kredytów, które stworzyły mnie krezusem. I nawet mnie nie ciagnie do takich osiągnięć. Czyżbym była bez ambicji? 

Naprawdę przetyrał mnie wczorajszy dzień. Wróciło porównywanie się pod kątem osiągnięć... 

No to na koniec miało być coś ważnego i wyleciało mi z głowy. 

Chyba chodziło o to, że słowo sukces wywołuje u mnie odruch wymiotny. I tak umrzesz, swój sukces możesz sobie wsadzić w buty, nic z tych dóbr nie zabierzesz dalej. Mam nadzieje, że lubisz swoją pracę bardzo, tak jak ja lubię swoją, i spędzasz w niej czas z radością i satysfakcją. Bo to czas twojego życia i nikt ci go nie odda. Zamiast pracować na własne mieszkanie tuż po studiach, rzuciłam swoje pierwsze studia i jeździłam po Europie. Byłam na karnawale w Wenecji, w okresie Bożego Narodzenia w Mediolanie, konsumując pannetone przy Duomo, zresztą Duomo odwiedzałam bardzo często przez te pół roku. Pracowałam dla Prady i zrobiłam okładkę do pisma samochodowego na całe Włochy. I nie dokładali mi rodzice do niczego wtedy. Nauczyłam się języka włoskiego, chorwackiego, niemiecki nie chciał mi wejść do głowy, a pobyt we Francji tak mnie do tej Francji zniechęcił, że na francuski reaguję tak jak na słowo sukces. Odruchem wymiotnym. 

Jak mi się przypomni co ważnego miałam dopisać na temat tego całego wstydu, to tu wrócę. 
Pierdolone porównywanie się. 
Cześć. Miej dobry dzień. 

niedziela, 25 stycznia 2026

Przekonania i analizy

Pamiętniki pięknie pokazują przekonania, które pojawiły się pod wpływem zdarzeń. Niektóre zmiatające z planszy.

Awantura. O wszystko. O czytanie książek, o wstawienie wody w czajniku, o to, że chcę spędzić dzień w domu a nie na rynku, no i w końcu o to, że w trakcie awantury nie odebrałam telefonu... No to spada bomba:  "Gdybyś była inteligentna, wiedziałabyś, jak zmienić myślenie i ton głosu i odebrałabyś ten telefon."

Co zakłada to stwierdzenie? Szkoda słów. Tak właśnie rozdawała słowa figura przywiązania. Bardzo ważna osoba. Inteligentna, świadoma, doświadczona. Chyba jednak nie. Tak sypała złością, że myślenie o konsekwencjach wypowiadanych słów nie ujawniało się w jej głowie. Takie bomby dostawałam. 

"Wysoka jak brzoza, głupia jak koza." - Straszne, straszne, straszne. 

"Gdybyś była inteligentna..."

To teraz do sceny wprowadzimy Embrace Therapy Dagmary Szymańskiej, zapraszam na sesje. Jestem certyfikowanym coachem pracy tą metodą. 
"Gdybyś była inteligentna..." 
Jakie emocje tu są? Głównie smutek. A jakie odcienie jego i innych emocji? Wstyd, wielki żal, przykrość, zaskoczenie, totalna katastrofa z zaufaniem, samotność. 
I z tymi emocjami pracuje się metodą dalej, poprzez rozpuszczanie ich psychokształtów. Bardzo ciekawa metoda, która zmienia perspektywę.

A teraz jeszcze inne podejście. Wprowadzam w scenę dorosłego, który stoi po mojej stronie. On wchodzi do gry i co mówi do werbalnego oprawcy? "Gdybyś ty była inteligentna, to byś wiedziała, co słowa mogą zrobić. Ile czasu zostają w głowie twojego dziecka, choćby było dorosłe. Jesteś ważną osobą w jego życiu, a miażdżysz poczucie wartości i wiarę w siebie, jakby to dziecko nic dla ciebie nie znaczyło. Zastanów się nad sobą najpierw. A telefon odbierze, kiedy będzie we właściwym stanie emocjonalnym, a nie sponiewierana i znokautowana przez twoje trujące zrzuty. Chodź młoda damo, oddalimy się stąd." 
Lepiej nie?

Tego dnia pierwszy raz z życiu czułam omdlewanie. Czułam ciężkość ciała, osuwałam się po ścianie. Dobrnęłam jakoś do łóżka. Moje uszy przestały odbierać dźwięki, a oczy obrazy. W mózgu był pisk. Kiedy położyłam się, pisk zaczął cichnąć, a uszy wróciły do normalnego odbioru. Dlatego nie chciałam iść na rynek, dlatego wolałam zostać w domu. Dostałam awanturę i ocenę swojej inteligencji. A później będzie wymaganie, żeby błyszczeć w świecie i zajmować wysokie stanowiska, żeby było czym się pochwalić koleżankom. Przykro mi jeśli cię to rani, bo czytasz. Tak było. Nie wymyślam. Boli nie to, że ja to piszę, tylko to, że przeczyta to ktoś jeszcze i co sobie pomyśli. Dostałam od Siostry taki super kubek, na którym pięknie skryty jest napis: Chuj mnie to obchodzi. Pa

Mój talent

8 września 2002
Wiem, że muszę mocno trzymać się realizacji zadań w swoim życiu, bez tego ani rusz. Całą energię powinnam skupić na poszukiwaniu pracy i na szkole. Na nauce. Wtedy myśl o nim nie będzie myślą przewodnią i on będzie miał czas się stęsknić. 

On odmieniany przez wszystkie przypadki. Nawet dla Niego trzeba skupić się na szkole, bo wtedy On się stęskni... Focus nie tam gdzie trzeba, ale było jak było. Poczucie, że tracę czyjeś zaangażowanie wzmagało alarm, analizę sytuacji i, jak widać, szukanie rozwiązań. Ale to jest mechanizm oparty na lęku, na pewno nie na spokoju. Poszukiwałam też wtedy swojej dziedziny, w której byłabym dobra. Miałam 25 lat i nie miałam pojęcia, co właściwie zrobić ze swoim życiem. 

Przerwałam pierwsze studia (Marketing i zarządzanie na UŁ - co ja robię tuuuu, co ja tutaj robię?), byłam w zawieszeniu totalnym. Nie miałam pracy, związku, własnego domu, byłam zależna od rodziców, niezadowolonych z obrotu sytuacji. Byłam w depresji. 

10 września 2002
Odkąd dosięgnęłam dna, zaplątując się w pułapkę depresji, moje życie się zmieniło. Jest inaczej. Nie tkwię w tej ludzkiej gonitwie. Jestem gdzieś poza tym wszystkim. Tak jakbym stała gdzieś z boku i wszystko to obserwowała. Ciągle czegoś szukam i jestem rozdarta wewnętrznie. Z jednej strony chcę prowadzić życie takie jak inni ludzie, mieć pracę, męża, dzieci, dom, z drugiej strony dążę do osobistego spełnienia, a ciągle nie wiem, jaka jest moja dziedzina. (Jakby to się wykluczało. Ciekawe...) Chciałabym odnaleźć sens mojego życia. Nie pociąga mnie gonitwa po szczeblach kariery, 3 godzinny sen, wiecznie zmarszczone czoło, bycie zagonioną w dzikim obłędzie. Kocham zatopić się w naturze, pragnę jej dzikości (Oj kobieto nie wiesz, co mówisz. Dzikość natury zmiecie cię z planszy.) wolności, swobody, nie chcę obawiać się o przyszłość. Chcę cieszyć się tym, że jestem na tym świecie. Chcę zrobić coś pożytecznego. 

20 lat później jestem zielarzem-fitoterapeutą (nie ufaj papierom, ufaj umiejętnościom, sensowi, logice). Jedyne, co o tych ziołach wiem, to jak je rozpoznawać, czy można je zjeść, jak smakują, czy da się pić z nich herbatę i mniej więcej z jakim działaniem. Bardzo mniej więcej. Pi razy drzwi. Jaki fitoterapeuta? Boże drogi. Ale papier jest i jestem zielarzem fitoterapeutą. 

Znalazłam też swoją mocną stronę, swój talent, niczym Dzwoneczek z disneyowskiej bajki. Nie widziałam go w sobie, a on był tam cały czas. Lata pokazały mi, że ciągle komuś coś tłumaczę z sukcesem. Momenty aha tych osób były i są bezcenne. "Gdyby na wykładzie tłumaczyli to tak,  jak ty...". Tak, objaśniałam wzory, tłumaczyłam całki, ludzie z roku dzwonili z pytaniami. A zaczęło się w 2 klasie podstawówki, kiedy jedyna w klasie wiedziałam, co to są liczby parzyste i nieparzyste. Później może w 4  klasie jak dodawać do siebie liczby ujemne. Z geografii o strefach czasowych i obliczaniu czasu. Sama dostałam tróję, szewc bez butów chodzi. Nauczyciele wyznaczali mnie do pomocy słabszym koleżankom. Rozumiałam dogłębnie matematykę, chemię, nigdy nie uczyłam się na pamięć. Widziałam ludzi, którzy tłumaczyli coś innym, ale pojęcia nie mieli o znaczeniu warunków brzegowych i niuansików, których rozumienie było fundamentem. Mi chciał Adaś tłumaczyć zadania, ale jedno moje pytanie zachwiało jego wiedzą. Tego akurat nie rozumiałam wtedy w jakimś zadaniu, okazało się, że nie tylko ja. Jednak ja nie rozdawałam takiej niepełnej wiedzy. Albo rozumiałam co robię, albo szukałam drogi żeby rozumieć. Dużo ścieżek wydreptałam sama. Studiowałam Inżynierię Chemiczną i Procesową na PW. Piękne studia. Bardzo polecam. Opracowałam notatki do pierwszego projektu z reaktorów. Po 10 latach dostałam maila od dziewczyny, czy mam opracowania dalszych projektów. Hę? "A to ty nie wiesz, że studenci uczą się z twoich notatek?" No nie wiem, nie miałam pojęcia. Oto właśnie mój talent. I z tego talentu zrodziłam się jako MatPapryka. Mat od Matematyki, od Mateusza, od Matrycy. Papryka od Patrycji, od Papryczki, od natury. Taka oto niepoważna nazwa. Ale bardzo moja i zapadająca w pamięć. Paprykę każdy umie sobie wyobrazić. Po tym skojarzy. Proste nie?

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Pisanie intuicyjne, terapeutyczne, hmm...

Od 4:40 rano walczę z dostaniem się tutaj, bo opera postanowiła zablokować wszystkie strony. Ciekawe jak teraz pójdą zajęcia online. Jest 8:05.  Trochę to laikowi - czyli mi - zajęło. Ale cieszę się, że jestem. 

Skończyłam czytać kolejny pamiętnik. Potrzebuje się napisać książka o romansach, zdecydowanie. 

Zabrałam się za porządkowanie swoich książek i wejście w decyzje, które z nich na pewno chcę przeczytać, a które wynieść z domu. Na razie w kategorii drugiej nie ma książek, choć jedną poważną stertkę oddałam siostrze, bo to były głównie jakieś legendy, bajki, opowiastki dla dzieci. Szwagier z siostrą chcieli je wszystkie. Bardzo dziękuję. Zwolnioną półkę zajęły wykonane z gliny pojemniki. Przepiękne są. Na całej wielkiej półce, gdzie mieściły się dwie marketowe torby książek, stoją trzy ceramiczne piękności. Czy to nie marnotrawstwo miejsca? No oczywiście, że nie. Te książki nie były już potrzebne. No tylko to były książki głównie z pokoju mojej córki... Dzielna dziewczyna. Teraz na mnie kolej. Coś się zmieniło, bo ruszyłam z pozbywaniem się. Ubrania wylatują najłatwiej. Książki najtrudniej. 

Ponownie - cieszę się, że się tu dostałam, bo myślałam, że już po blogu. Nie wiem co z tą operą się porobiło. Wszystkie strony, hasła, historia, wszystko przepadło. No trudno. Jest teraz nowa przeglądarka duck duck go i już. 

Mój kot postanowił umrzeć na anoreksję i niewydolność wątroby, stłuszczenie. Jeszcze trochę żyje, ale zgubiła 2 kg w zbyt szybkim tempie, odmówiła jedzenia. Odmawia do tej pory, jest karmiona na siłę, żeby wątroba nie musiała zajmować się resztką tłuszczu, tylko miała co przerabiać. Woda też podawana strzykawką, najwyraźniej wbrew woli kota. Już jest lepiej, przychodzi się miziać, nie leży już w kąciku albo pod wanną jak worek nieszczęścia. Idę dziś po leki dla niej. Może jeszcze trochę z nami zostanie. 

Dziś obudziłam się z migreną... Idę się szykować. Do następnego napisania - mam nadzieję. 

 

sobota, 17 stycznia 2026

Koleżanki z akademika

Miałam w pokoju akademickim koleżanki, od których warto było się uczyć i czerpać. Piszę w pamiętniku: 

Ma 20 lat i szalenie trzeźwe spojrzenie na życie. Nie cacka się, nie ściemnia, nie owija w bawełnę. Chyba nie gra w żadne gry. Nie gra w międzyludzkie gry! Jest bardzo inteligentna. Zawsze ma rację i wie, co w danej sytuacji zrobić. Jak ma coś zrobić, to to robi. Nie marudzi, nie skrzeczy, nie wrzeszczy, nie rzuca się, nie płacze. Po prostu jest w równowadze. Ma poukładany świat wartości.

Nauczę się zachowywać spokój, trzeźwe spojrzenie na sytuację, bez uprzedzeń i dodawania zabarwiających sprawę emocji. Fakty. Kropka. Będę robić to, co do mnie należy.

Przynależność

i wyciągam z nich mądrości. 
W roku 2003 był sobie taki Marek, taki, że och. Tańczył jak ci z Chorwacji, był wyluzowany, bardzo inteligentny. Szydzący. (Czemu miałam parcie na ludzi, którzy są cięci, sarkastyczni? Bo są inteligentni? No dobra, ale nie są dobrzy, skoro sarkazmem ranią innych i nie zamykają jadaki, nie?) No i oglądałam sobie Marka, bez szans oczywiście. I czytam w pamiętniku:

Żadne tańczące, jarające Marki. Kto to jest? Nikt! Nawet nie potrafiłby mnie zaakceptować taką jaką jestem! A ja tu staram się przypodobać jemu i ludziom w grupie! A po co? Czy oni robią to dla mnie?

Czuję, że powielam stary schemat. W podstawówce odstawałam. Nikt mnie nie lubił, nie należałam do żadnej paczki, w liceum nikt mnie nie lubił prócz jednej dziewczyny. Siedziałam z jeszcze inną, bo jej też nikt nie lubił, choć wydawało się, że tego nie widzi... Dopiero w IV klasie na zakończeniu poczułam, że nawet mnie lubią i sami byli zaskoczeni, że jestem całkiem spoko. 

Takie były moje myśli na temat przynależności. Ciągnęło się to za mną jak smród jakiś niewiadomego pochodzenia. Spoko byłam po piwie, bo puszczały jakieś straszne hamulce i w końcu wypuszczałam swoją naturę, która była piękna i tyle. Ale alko to nie jest przyjaciel i zniszczył wiele żyć. Nie przyjaźnię się z nim. 

Tu się zrobiło jakieś przekonanie, albo już się na dobre rozgościło. Jakie? Zróbmy analizę.

GPT można dobrze wykorzystać:
Analiza przekonania (CBT / schemat)
Przekonanie (rdzeniowe): „Taka jaka jestem, nie jestem wystarczająca, żeby być wybrana i akceptowana.”
Przekonania pochodne (aktywne w sytuacji):
„Muszę się dopasować, żeby zasłużyć na miejsce.”
„Inni są ‘jacyś’, ja jestem ‘nikt’.”
„Akceptacja jest warunkowa i chwilowa.”
Emocja: Wstyd, zazdrość, lęk przed odrzuceniem, napięcie, poczucie bycia gorszą / poza obiegiem.
Źródło:
– Doświadczenie długotrwałego wykluczenia rówieśniczego w podstawówce i liceum.
– Brak przynależności do grupy → utrwalenie schematu „jestem poza”.
– Jednorazowe późne doświadczenie akceptacji (IV klasa) nie nadpisało schematu, bo przyszło za późno i było niespójne z wcześniejszymi latami.
To klasyczny schemat deprywacji społecznej / odrzucenia, nie defekt osobowości.
Fakt (co realnie się wydarzyło):
– Byłaś wykluczana i ignorowana w okresie szkolnym.
– Nie należałaś do paczek.
– Później okazało się, że inni Cię jednak lubili (co ich samych zaskoczyło).
Etykieta:
– „Jestem nikt.”
– „Nie pasuję.”
– „Muszę się starać bardziej niż inni.”
Korekta:
"Nie muszę się przypodobywać, żeby mieć wartość ani miejsce. Jeśli mam się dopasowywać, to znaczy, że to nie jest moja grupa.”

To, że kiedyś nie byłaś wybierana, nie znaczy, że byłaś niewybieralna.
Znaczy tylko, że trafiłaś na środowisko, które nie umiało Cię zobaczyć.

Dokładnie. 
PRZYNALEŻNOŚĆ, KTÓRA WYNIKA Z UTRATY SIEBIE, NIE JEST PRZYNALEŻNOŚCIĄ.

sobota, 10 stycznia 2026

Dziwną stworzyłam sobie rzeczywistość...

No bo nie ma nic oprócz tego, co sami sobie stworzyliśmy, zmanifestowaliśmy, czy jakoś tak...
Według tej teorii, najwyraźniej na nieświadomce, skonstruowałam sobie rzeczywistość, w której tkwię. 
Jest ciepło, jest zasobnie, nie ma tylko ludzi... Takich od serca. 

sobota, 3 stycznia 2026

Psychoterapia o 4 nad ranem, cz.3

Przekonanie: "Nie umiem dogadać się z ludźmi i na luzie czuję się tylko wtedy, gdy ich przy mnie nie ma."
Emocja: Lęk społeczny, napięcie, poczucie osamotnienia, unikanie kontaktu, dyskomfort w relacjach
Źródło: Negatywne doświadczenia społeczne, krytyka lub odrzucenie w przeszłości. Ocenianie, upokorzenie...
Fakt: Ocena, stres, brak wsparcia spowodował rodzaj fobii społecznej. Nie mówi o twojej wartosci. Oznacza, ze było słabo, kiedy kształtowały się relacja społeczne. Coś nie pykło. Zakodowało się w głowie, że to ty jesteś nie taka, zamiast oddzielić fakt od emocji. Słabe to...
Brak luzu w relacjach nie oznacza, że żadne interakcje nie są możliwe albo że nikt . Niektóre interakcje są ok i niektórzy cię rozumieją. Lepszy rydz niż nic. Hahhahahah. W razie czego pisz na priv. 
Etykieta: „Nie umiem się dogadać”, „Nie pasuję do ludzi”, "Jestem antyspołeczna", „Tylko samotność mnie uspokaja”. Globalne uogólnienie, które bierze pojedyncze doświadczenia i traktuje je jak uniwersalny fakt — coś, co psychologia nazywa negatywnym schematem poznawczym. Mocne nie? Na podstawie pojedynczych doświadczeń wnioskuję tak, jakby to była absolutna prawda nad prawdami. 
Korekta: „Nie wszystkie sytuacje społeczne są takie same. Mogę być spięta w niektórych kontaktach, a w innych spokojna. Mogę uczyć się dobrych interakcji społecznych." (Nawet napisanie "z ludźmi" wywołuje u mnie dyskomfort. Mijanie ludzi na ulicy wywołuje we mnie dyskomfort. To jest do rozpracowania.)


Psychoterapia o 4 nad ranem, cz.2

Teraz nieco o wartości.

Bo teoretycznie "bycie do niczego" to "bycie bez wartości". Trzeba jednak rozróżnić trzy rzeczy: 
Wartość
Kompetencje
Zachowania

WARTOŚCI NIE TRZEBA UDOWADNIAĆ
NA WARTOŚĆ NIE TRZEBA ZASŁUGIWAĆ
WARTOŚĆ NIE PODLEGA OCENIE, JEST BEZDYSKUSYJNA, uwaga, nawet u żula na przystanku!!!
Wartość wynika z bycia człowiekiem. Kropka!!!
WARTOŚCI SIĘ NIE ZASŁUGUJE, JĄ SIĘ UZNAJE. 

Nie mogę wykrzyczeć tego bardziej niż capslockiem. Kiedyś myślałam: Jaką wartość ma żul? To jest tylko obciążenie dla społeczeństwa. Tylko, że kiedyś ten żul był małym cudnym dzieciątkiem, pełnym ufności, otwartości dla świata. Każde dziecko to ma, każdy niemowlak jest taki. Jego życie i wybory to nie zmiana jego wartości. Jak obraz potrzebuje wszystkich puzzli, żeby był całością, tak świat potrzebuje żula, żeby obraz był cały. Likwidacja żuli spowoduje odtworzenie żuli. Żule są potrzebne. Co to w ogóle za słowo: żul... Nie, dobra, zagalopowałam się. Chcesz żyć jak żul? Nie? To dzięki temu jak oni żyją i dzięki temu, że to widzisz, wiesz, że tego nie chcesz. Sposób myślenia żula uzupełnia sposoby myślenia wygenerowane w świecie. Każdego człowieka perspektywa jest cenna, BO JEST UNIKALNA, JEDYNA W SWOIM RODZAJU, choćby żulowska. 


Psychoterapia o 4 nad ranem

Nie mogłam coś spać. Wybudziłam się o 4, pograłam w jakąś grę, stwierdziłam że nie chce mi się czytać i że nie usnę. Kot mi mruczał przy uszach, uwielbiam to futro. Pomyślałam o ostatnim swoim bezsensownym działaniu i zaczął kręcić mi się film w głowie. Nie dało się go przerwać ani przecinaniem Nici Aka, ani zmianą tematu. No skoro tak, to idziemy w pamiętniki, trzeba przez nie przebrnąć, żeby je zniszczyć. Część już przeczytana. Dwa pamiętniki zniszczone, zostały kartki co angażują wszystkie zmysły, wpada się jak w Narnię. Osobiście nie lubię Narni, ale swoje życie owszem. Przeszłość była intensywna, kolorowa, cudna. Teraz mam 49 lat. Jest inaczej, ale też nie gorzej, mniej ekscytacji damsko męskich tylko, choć... oj, zdarzyła się. Było iskrzenie. Werbalne, ale konkretne. Obudziło to we mnie część, którą dawno uśpiłam, zgodnie ze stwierdzeniem, że kobieta kończy się w wieku 39 lat. W wieku 40 przemiana, a potem już tylko staruszka, którą się przejeżdża na pasach, ekhm, przeprowadza znaczy się. W wieku 39 zakochałam się. W wieku 45 rozpoczęłam świetny związek, ale już się aż tak ślepo nie zakochałam. I dobrze, bo też nie wyszło. Z każdej relacji coś miałam. Z każdej. Już chyba pisałam o tym. Zdanie "Życie cię kocha" padło, gdy kolega zmieniał mi przebitą oponę. Zobaczył w jakim są stanie, choć sam sprzedał mi auto. ŻYCIE CIĘ KOCHA. Piękne nie? Zostało ze mną jak na kamiennej tablicy wyryte. Po prostu sobie to wzięłam. Generalnie to jedyne zdanie, które od tego człowieka pamiętam, ale jakie zdanie! I nawet już nie jesteśmy w kontakcie. Bez żalu.

Otworzyłam więc resztkę trzeciego pamiętnika. Jest rok 2003. Grudzień. Niedawno rozpoczęłam studia na politechnice, 7 lat po maturze. Musiałam dużo się uczyć, żeby przypomnieć sobie to, co licealiści mają na świeżo w głowie. Jesu, ile pracy. Do 3 rano uczenie się rzeczy, które inni wiedzieli... I pojawiają się zwroty, które są PRZEKONANIAMI. Pięknie mieć je na tacy. Wtedy myślałam o nich, że są prawdą. Dziś patrzę na nie z perspektywy 20 lat i wiem, że nie są prawdą, wiem też, że można je zmienić, że mam w życiu doświadczenia, które tym przekonaniom przeczą wprost. 

"Wstyd, że jestem nieukiem". Nieukiem? Uczenie się do 3 rano, podjęcie studiów 7 lat po maturze. Jednocześnie studiowanie weekendowo Turystyki, Języków obcych i Zarządzania? Ze stypendium? Nieukiem? Skąd to jest? Z dzieciństwa: "Ty nieuku cholerny ty." Nie podam autora tego pięknego tekstu... Na ile lat zagościł w mojej głowie? Może i do teraz. Może i do teraz czuję ile POWINNAM wiedzieć w stosunku do tego, co wiem. Po prostu "nie dość wiem". Z tym jest taki problem, że ile bym nie naładowała wiedzy do głowy, to to stwierdzenie zawsze może być aktywne i zawsze będzie "nie dość". No więc dość. Dość aktywności takim durnym przekonaniom. Komu "powinnam" dorównać? Czy będę ściągać do życia ludzi, którzy pokażą mi jak głupiusia jestem? MF, który studia zjadł na deser, na szóstki! Studia nie dają szóstek, bo tam maks to piątki. On miał szóstki! A obecnie zaprojektował fabrykę od kartki z długopisem po rozruch. Taki to był gość. Jest. I ściągnęło mi go życie, żebym czuła się co chwilę jak kretyn, bo tak mam wpisane w skrypcie we łbie? I chciałam wchłonąć całą wiedzę świata, żeby "dorównać", żeby "wiedzieć dość". Dość. Dość dla tego typu przekonań. Będzie za chwilę jak je zmienić. 

Przekonanie: "Jestem nieukiem".
Emocja: Wstyd.
Źródło: Przemoc werbalna
Jaki był fakt: Ktoś krzyczał.
Etykieta: Nieuk.
To że to było przemocowe i fałszywe jest o tyle smutne, że wchodziło w mózg dziecka jak w masło. 
Korekta: "Byłam oceniana. To nie definiuje mojej wartości ani inteligencji." Mylisz się lub nie wiesz? Pytasz. Tyle. Nic się nie dzieje, uzupełniasz bank wiedzy, wstyd tu jest dziwnym elementem. Fajnie przejść proces neurografiki. Tu link do sesji. Ja zrobiłam jedną na WSTYD. Pieprzony wstyd. WSTYD JEST EMOCJĄ UNICESTWIAJĄCĄ. Pamiętaj o tym, zanim zrobisz to swojemu dziecku...

Wstyd nie mówi prawdy o tobie, mówi o tym jak cię traktowano. To, że ktoś cię poniżał, nie znaczy, że miał rację. Znaczy, że nadużywał władzy. Możesz czegoś nie wiedzieć. "Nie wiem - jestem do niczego"? To jest unicestwiające. Zamień na "Nie wiem - i co z tego?" Nie ma ludzi, którzy wiedzą wszystko. Nie interesuje mnie polityka i nie wiem do której partii należy X,Y czy Z. Jeśli to twoim zdaniem wstyd, to sobie z tym zdaniem bądź. Ja idę nawlekać swoje koraliki. Że mnie odrzucisz? Ojej, to dopiero problem. Tyle tylko, że do tej pory nie istniałeś na mojej planszy. Ujawnił się nagle i myśli, że jest ważny ze swoimi ocenami. Idź oceniać gdzie indziej. Won z mojej planszy. Jak będę chciała to się dowiem. Pewna część wiedzy nigdy nie będzie dla mnie ciekawa i ekscytująca. "Dziękuje za opinię, nie mam pojęcia jak mogłam bez niej żyć."

Jedziemy dalej. Czytam: "Ale ja jestem głupiutka. Wszyscy będą się ze mnie nabijać, wszyscy będą  robić sobie ze mnie jaja, wszyscy mnie wykorzystają." Widać od razu, że to bzdura jakaś. Wszyscy. Haaahahahahaa, wszyscy są zajęci sobą i to jest słuszne przekonanie! Nie mają co robić, tylko zajmować się mną i... nabijać? I ja to nosiłam w głowie? O matko i córko! 

Przekonanie: "Jestem głupiutka, wszyscy będą się ze mnie nabijać i wykorzystywać mnie".
Emocja: Wstyd, lęk społeczny, poczucie niższości, strach przed odrzuceniem.
Źródło: Przemoc werbalna, krytyka, ocena
Jaki był fakt: Ktoś krzyczał, oceniał, poniżał
Etykieta: Głupiutka, naiwna, bezwartościowa
Korekta: "Mogę czegoś nie wiedzieć i popełniać błędy, a i tak jestem w pełni wartościowa. Nie wszyscy mnie będą oceniać czy wykorzystywać. MAM WPŁYW NA GRANICE I REAKCJE W KONTAKTACH Z LUDŹMI". 

To są prawdziwe zdania. I dodatkowo: jak ma się prawie 50 lat, widać wyraźnie, że cudze opinie można puścić mimo uszu. Dopóki nie nadasz im ważności, nie są ważne. Pomocnicze pytania: czy ci oceniający ludzie wspierają cię? Znają? Czy prosiłaś o ocenę? Jeśli nie, są tak ważni jak opady śniegu w 1980 roku. Kropeczka. 



czwartek, 1 stycznia 2026

2026 świeży, nowiutki, nietknięty

Jest 7 rano 1 stycznia 2026 roku. Ogarnęłam kawę i sprawy księgowe. Czy spis z natury robi się na koniec grudnia i potem na początek stycznia? Przecież dzieli je jedynie noc i to chlania i huków i błysków, kto zmienia stan magazynów wtedy? Nieuczciwi pracownicy? Nie posiadam. To jakaś farsa, poczekam na zawołanie księgowej. 

Koty moje dzielnie zniosły huk sztucznych ogni, choć miały niepokój w sobie. Kometa siedziała pod wanną, ale nie pchała się jeszcze głębiej, więc tak źle nie było. Pręga była na salonach, choć w totalnej uważności. Uszy chodziły intensywnie, źrenice jak jabłka, była poddenerwowana, ale nie schowała się, więc tak źle nie było. Ja już spałam, ale podniosłam się, żeby sprawdzić czy koty mnie nie potrzebują. 

Otworzyłam słodkie wino musujące - wypiłam szklaneczkę ozdobną za powodzenie w nowym roku. Życzył mi jakiś Slavko, to życzyłam mu też. Zadzwonił na kamerę. Super. Ja się was panowie nie boję. Odebrałam, życzyliśmy sobie z szampanem w ręku. To jakiś starszy pan, choć i ja do młodych nie należę. Totalnie nie mój gust jeśli chodzi o powierzchowność. Podziękował, że odebrałam. Potem napisał mi, że się speszył jak małolat. Skąd się ten osobnik wziął, nie mam pojęcia. Sieć to dziwne miejsce.