niedziela, 26 kwietnia 2026

...

O 6:16 wzięłam laptop do łóżka, żeby pisać tutaj. Jest 8:30 - zboczyłam na inną zakładkę i okazało się, że pracuję nad swoim produktem. WOW, na poważnie mnie wkręcił, skoro siadam do niego za każdym razem, gdy otworzę komputer... 

(I nastał kolejny dzień)

Jest 6:21, otworzyłam laptop. Słońce się pokazało na chwilkę, a później zniknęło za gęstą, wielką chmurą. Zrobiło się ciemno. Spijam kawę i myślę, czym się zająć. Malowanie czy skrypt z wzorami dla maturzystów... Telefon mnie ratuje od wariactwa, albo w nie wpędza, sama już nie wiem. Zasypiam z nim i budzę się z nim. Towarzyszy mi. Gada do mnie. Ale zmula mi mózg i uzależnia. 

Byłam wczoraj w sadzie. Stare jabłonie mają pąki, nawet kosztel. Kwitnie bluszczyk kurdybanek, zebrałam go do suszenia. Oczywiście pędy chmielu też zebrałam. Korzystam z tego co daje natura. Jadłam wczoraj rabarbar. I czosnaczek. Rozplenił się i zaczyna kwitnąć. Lepiej on niż pokrzywa. Wypieliłam wokół krzaków porzeczek. Kwitną, ale niewielkie to krzaki. Jeden usechł. Wyrzuciłam ze cztery wielkie misy chwastów. Moja mięta się rozrasta. Mogłaby rosnąć zamiast trawy. 

W domu cisza aż dźwięczy w uszach. Córka  u chłopaka, kot obok mnie. 

wtorek, 21 kwietnia 2026

Jest lepiej, restauracja w ciemności i inne.

Kotka po mnie chodzi, przeszkadza w pisaniu. Mam nie pisać? Nie pisać, tylko zająć się kotką, głaskać, miziać, drapać. 

Nie przychodzę z niczym konkretnym, wyjdzie w praniu - znaczy - w pisaniu. 
Jest mi lepiej, zwiększona dawka leku weszła i przyszła ulga, lęk się zmniejszył, choć wczoraj wszedł, niestety. Kończy mi się pół roku płacenia tylko składki zdrowotnej ZUS, wchodzę na mały ZUS, czyli większy niż obecnie. Miałam zdecydować, czy płacić składkę chorobową czy nie. 900 zł. Do tej pory było około 500. Ponad 300 księgowa. Ponad 700 mieszkanie. Około 200 prąd. Do tego za chwilę auto OC. Trochę się tego zbiera. A tu koniec kwietnia, za chwilę maj i maturzyści pójdą swoją drogą. No i z tego wszystkiego zadrżałam z trwogi i zaczęłam myśleć o etacie, ale nie w szkole. Wystraszyłam się. Lęk przyszedł. Lęk oparty o to, że nie dam rady. Tylko czemu to takie myśli do mnie przychodzą? 

Wykupiłam platformę kursową, wchodzę w produkty online, to po prostu kolejny krok rozwoju firmy. 
Zaczęłam pracować nad dwoma produktami. Jeden widzę, że mnie wkręcił. Nawet przerwałam na chwilę pisanie, weszłam w canvę i pracowałam nad produktem. Podoba mi się. Wkręcam się, to dobrze. Oby tylko to nie był słomiany zapał, trzeba wytrwać. Mam całe lato na ogarnięcie tego. Ale projekt mi się podoba. To dobrze. 

W weekend wybrałam się z pewną grupą na wycieczkę do Warszawy. Zwiedzałam Zamek Królewski, ale to nie leży w moich zainteresowaniach. Jestem ignorantką historyczno - polityczną. To pewnie źle, ale mam to gdzieś. Życie jest jedno, będę tam zwracać uwagę, gdzie mi dobrze i tyle. To też pewnie źle. Wiąże się ze wstydem, że nie wiem rzeczy, które "wszyscy wiedzą", które "powinno się wiedzieć". Dobrze, że wiem kto jest prezydentem. W sumie dobrze się stało, że stoi na czele narodu Facet, a nie cipuś. Prezencja piękna, tylko czy decyzje podejmuje dobre, to wiedzą ci, co się znają. Ja nie. Może pan Prezydent coś dobrego by podpisał dla przedsiębiorców? 

Wycieczka do Warszawy. Zamek Królewski. OK. Drugą atrakcją były ogrody BUW na dachu budynku. Coś przepięknego. Teraz wiosną kwitły drzewa i forsycja, grzało słońce, było pięknie. I to jest radość dla mojej duszy, a nie jakieś zamki. 


Odpoczęłam tam. 
Trzecią atrakcją był obiad w całkowitej ciemności w Different - restauracja w ciemności. Kelnerzy są osobami niewidomymi. Bardzo dziwne wrażenie kiedy wchodzi się w całkowitą ciemność, taką, że nie ma różnicy czy ma się oczy zamknięte czy otwarte, i tak nic nie widać. Bada się obszar rękami, natrafia na sztućce, talerz. Bada co w tym talerzu i jak to zjeść. Bada smaki i zgaduje, co właśnie spożywa. Pyszne to było i wykwintne, ale jest to tajemnica, dlatego nie napiszę, co jadłam. Bardzo mi się podobało to doświadczenie. Chętnie poszłabym tam jeszcze raz. Odpoczęłam, mimo, że nasza grupa nie należała do cichych. Dużo śmiechu było. "Kasia, gdzie jesteś? Pomachaj." 

Obrus oddawał światło,, bo przeskakiwały elektrony. Efekty błysków można było uzyskać na przykład jadąc paznokciem po nim. Taka mikro dawka światła dla mózgu. Po jakimś czasie mózg przyzwyczaja się do ciemności. Wychwytuje co jest gdzie i wszelkie daweczki światła. Gdzieś kotara okazała się przepuszczająca jakieś pasy światła, czujnik przeciwpożarowy (chyba) też wysyłał jakieś swoje światło. To wszystko widać było po jakimś czasie od wejścia, i to nie każdy widział podejrzewam. Ciemność była gęsta, piękna. I widziałam, że jestem bezpieczna. Rozkoszowałam się tym. Polecam to doświadczenie. Cieszę się, że pojechałam na tę wycieczkę. 

Dobrze. 7:11. O 8:00 zajęcia. Zbieram się, mimo przytulonej kotki trzeba już. 

Ach, jeszcze jedno. Każdorazowo po "Podróży w głąb podświadomości" Mirandy Kubasiewicz śni mi się największa miłość mojego życia. Śni mi się Mateusz. Analiza snu mówi, że to mój animus. Nie znam tematu aż tak, żeby móc tę wiedzę jakoś wkomponować w życie. Niby się wyleczyłam już z tej relacji, a jednak ciągle w głębi to jest. Wysypiam się kiedy pamiętam sen, to normalne, tylko wraca wspomnienie Mateusza. To nie jest miejsce na pisanie o romansach, może reklama przyszłej książki. Analizowałam sobie tę miłość. Dostałam jej wtedy bardzo wiele. Szacunek, wsparcie, bezpieczeństwo, opiekę, radość, uwagę, akceptację, uznanie, taniec, rozmowy do rana, zachwyt, wpatrzone zakochane oczy i splecione dłonie. Pierwszy raz dostałam taki komplet. Pierwszy raz ktoś mi pokazał, jak powinnam czuć się w relacji. Wykąpałam się w tym jak w basenie z cudną wodą. Otoczyło mnie to uczucie. Czy to była  miłość? Czy ja dałam miłość? Czy też chciałam tego człowieka z powodu tego, co mi dał? To ciekawe. W każdym razie bardzo chciałam go zatrzymać dla siebie, ale był już z inną osobą i jest z nią do tej pory. No trudno. W każdym razie warto było doświadczyć tego wszystkiego. Zmienił tym moje życie i postrzeganie relacji. Poprzeczka jest bardzo wysoko. Ach. 


poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Pisanie spontaniczne i jedna kartka pamiętnika

- Pół królestwa  za twoje myśli
- Pół królestwa... A duże to królestwo?
- Królestwo na miarę króla, więc marne. Zmieniłaś numer i mi nie powiedziałaś?
- Dlaczego mieszając mi znów w głowie nie powiedziałeś, że masz dziewczynę?
- A pytałaś? Poza tym wszystko co "mieszałem" było prawdziwe i nie ma nic wspólnego z moim stanem cywilnym. PEWNE RZECZY NIE ZMIENIĄ SIĘ NIGDY.

Kurtyna.

Pytajcie dziewczyny podrywających panów czy mają partnerki, bo oni sami z siebie tego w takich chwilach nie mówią. Ha ha ha, śmiech przez łzy. 

Wyrzucam pamiętniki, niszczę, ta kartka na spalenie. Zresztą wszystkie. Zapisałam tych zeszytów dużo. Najpiękniejsze relacje schowałam do pudełka, kiedyś napiszę książkę. Nie zmienię imion i faktów, ale będzie draka! ;)

Święta Wielkiej  Nocy. Dobrze, że Pan Jezus nie sprawdza czystości okien, bo w tym roku nie ruszyłam małym palcem w kwestii sprzątania. Nie miałam siły, odebrane zostały przez niemoc psychiczną. Mimo leków ciągle nie jest najlepiej. Dorzucam samowolnie jeden lek, który kiedyś mnie podniósł do pionu. Miałam wtedy epizod depresji lekoopornej i zdaje się, że mam z tym do czynienia teraz. Niby lekarz podniósł mi dawkę leku, ale nadal tonę w lęku i czołgam się nosem przy ziemi. Tak się nie da żyć. Skoro już się leczę, niech czuję się dobrze, a nie tak, jakbym się nie leczyła. Choć gdybym się nie leczyła, to leżałabym bez sił i płakała z tej bezsilności. Tak tragicznie nie jest. Zmywam czasem naczynia, sprzątam kuwetę, myję się. Ogarniam pracę, rachunki, zakupy. Czy jednak odczuwam radość? Nie. Bo z czego? 

No właśnie. Z czego odczuwasz radość? Jakie to uczucie? Nie mówię o zakochanych, bo oni czerpią energię od siebie wzajemnie i ten stan mija. Mówię o zwykłym, codziennym życiu. Poczułam wczoraj, że malowanie przynosi mi spokój. Taki błogi stan. Skończyłam wczoraj obraz, który był w moim odczuciu dość trudny. Miałam kłopot z oddaniem perspektywy i wielkości elementów, z proporcjami postaci. Myślałam kilka razy, że to będzie do wyrzucenia. Ostatecznie jestem zadowolona z efektu. Ja nie maluję postaci. O ten obraz poprosiła moja mama. Malowałam w oparciu o obraz kogoś, kto na instagramie ma nazwę rainy_painter. Malarz nazywa się Aleksander Bolotov. Rzuć okiem, cudne ma obrazy. Mój nie dosięga jego pracom do pięt, gdyby miały pięty. No ale dobra, jest. I już się nie będę podejmować reprodukcji, bo się po prostu do tego nie nadaję. Chłopak maluje przepięknie. Ja maluję ze zdjęć, jeśli oko się zawiesi i w mózgu zaklika, że to piękne i chce na obraz. Do dokończenia mam liść, któremu pozostał tylko wzór nerwów i rude fragmenty blaszki. Z niego też jestem zadowolona. Lubię malować. Bardzo. Ale tylko to co sama wybiorę. 

Dobrego dnia. Bo słońce już wysoko.