Obudziła mnie kotka, bardzo głodna. Wskoczyła na pudełko i drapała je, nie było szans spać dalej.
Jakoś przesunęły się godziny mojego wstawania, już nie budzę się po 5, ale po 7. Jest już widno.
Śniłam o jakimś hotelu nad morzem, gdzie byłam z córką i jeszcze jakimiś ludźmi. Dziwne rzeczy tam się działy. Nosiłam w reklamówce jakąś kiszoną kapustę, jakieś inne jedzenie. Moim chłopakiem był Michael Jackson w swoich najpiękniejszych czasach i karmił mnie dojrzałymi brzoskwiniami. Podsuwał mi je, a nie mnie karmił właściwie, ale i tak było to piękne. Była tam jeszcze jedna para, ale nie pamiętam kto. Były jakieś panie sprzątające ten pokój. Nie wstaliśmy na czas, żeby go opuścić, więc policzono nam kolejną dobę. Zostaliśmy. Jakiś dziwny ten sen, zero spójności. Jacyś ludzie, jakaś impreza, te kobity od sprzątania to jakieś Koreanki były. Dziwny, bez sensu sen.
Wczoraj rozmawiałam z jednym uczniem. Gdyby mógł, miałby dwa psy i dwa koty. Zapytałam, czy przeżył już śmierć zwierzaka. Nie pamiętam co powiedział. Zaczęłam się zastanawiać nad tym posiadaniem zwierzaka. To wielka odpowiedzialność. Radość raczej tylko na początku, jak ze wszystkim. Później to już tylko obowiązek. I na starość tych zwierząt choroby. A potem śmierć. Dla nich lepiej, gdy umrą przy właścicielu, ale właścicielowi nie jest lepiej, gdy one umierają.
Moja kotka doszła do siebie po tej akcji ze stłuszczeniem wątroby. To właśnie ona mnie wybudziła, bo chciała jeść. To dobrze, że chce jeść, to znaczy, że ma się zdrowiej. Biorę ten obowiązek na klatę. Wymyć talerzyki, zagotować wodę, jednej wsypać suchą karmę, drugiej wydobyć jadła z puszki i ogrzać gorącą wodą, zaserwować. No i sobie kawę przy okazji. Koniec spania.
Nagrałam wczoraj film o okręgach, zostało znaleźć i rozwiązać kilka zadań, dokleić do filmu i wypuścić w youtube. Może dziś się uda. Czeka mnie intensywniejszy dzień, bo idę na kijki zaraz, a później od 13:30 do wieczora mam zajęcia. To dobrze, nie mam czasu na myślenie.
Trwa nów i zmiana roku z węża na konia, w dodatku ognistego. Wszyscy czakromaniacy mówią o tym, że koń poniesie i nie ma wyjścia. Niechby poniósł w kierunku moich intencji napisanych, nie tej najgłębszej, żeby to szaleństwo skończyło się raz na zawsze. Żyć z lękiem o przetrwanie każdego dnia, to bardzo, ale to bardzo słaba opcja.
Potrzebuję psychoterapeuty, żeby mi pomógł wyjść z tego bałaganu w głowie. Ludzie dają radę, czemu ja mam nie dać? Do tej pory dawałam radę, poradzę sobie i dalej. Jakby się nie działo, to jakoś to będzie, no przecież. Historie ludzkie piszą się rozmaicie.
Do następnego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz