poniedziałek, 23 marca 2026

Zapisane kartki - porządki w stertach

Bo oczywiście szkoda tak po prostu wyrzucić. Jeszcze energii trzeba do tego dołożyć... 

15 sierpnia 2023
Dotarłam do chwili, gdy chcę się zatrzymać, rozejrzeć, zrobić remanent życia. Albo nie. Remanent w zasobach najpierw. 
Od lat uczę się, słucham innych, szkolę się, czytam książki, biorę udział w psychoterapiach, kołczingach, obserwuję grupy z rozwojem, medytacjami, wykładami, a mimo to nie jestem spokojna, uporządkowana, opanowana, odpowiedzialna, przyciągająca bogactwa i nie wiadomo co jeszcze. Jestem. W całym tym chaosie, w całej tej niepewności, w świecie, w którym jedyna stała to fakt, że wszystko się zmienia. I wcale nie jest tak, że o świcie wyskakuję z łóżka prosto na matę do jogi, ochoczo rozciągam się, medytuję, piszę dziennik wdzięczności, na śniadanie wciągam z miłością warzywa z uprawy organicznej i w podskokach radości biegnę do cudownej pracy. Kupiłam w pewnej chwili wizję, że życie powinno tak wyglądać. A ono u mnie wygląda inaczej. 
Nie mam kłopotu z zasypianiem, za to rano, gdy otwieram oczy, spokój zmyka razem z resztkami snu. Jak czyhający w realu chochlik ucapia mój mózg i od tej chwili jest już tylko niepokój i lęk. Nie ma tego zewnętrznej przyczyny. Mam wszystko czego do życia potrzebuję, a nawet więcej. Fizycznie jestem zdrowa, nie mam długów, pieniądze przychodzą, wystarcza na wszystko. Lubię swoją pracę choć nie przynosi kokosów, nie baluję na jachtach, nie mam prywatnego helikoptera. Nie mam też domku z ogrodem. W bloku, w którym mieszkam, nie ma balkonu ze stoliczkiem i krzesełkami, światełkami i mnóstwem roślin. 
Marzenia robiły mi niezadowolenie z tego, co jest. I  wcale nie włączała się dążność do realizacji, tylko ciągle ten lęk. Że nie dam rady, że to dla mnie Himalaje, że za wysokie progi, choć mam długie nogi. I załamka, że jest jak jest. 
Depresja przez długie lata, nieleczona najpierw, bo wstyd przed ludźmi... Sześć lat chodziłam jak zombie nakładając maskę normalności dla świata zewnętrznego. W końcu nieudana miłość, jakieś rozstanie, mroczny luty i próba samobójcza. Znalazłam się w szpitalu na OIOM, nieprzytomna 4 doby. Później psychiatra i leki. Za dwa tygodnie pierwszy raz zachwyciło mnie niebo, zachwyciły obłoki, poczułam podmuch wiatru, nabrałam powietrza, usłyszałam szum drzew i poczułam radość. Oddychałam i czułam się dobrze. Wdzięczna. 

Studia zaczęłam 7 lat po maturze, po podróżach, doświadczeniach w jakie byście nie uwierzyli, po próbach odnalezienia siebie, realizacji wizji, spełnienia marzeń. Mózg można oszukiwać, można mu wmówić, że będzie wspaniale, gdy mieszka się w norze bez ogrzewania w środku zimy w obcym kraju, gdzie ciepło dają plecy koleżanki, która tkwi w tej samej naiwności, co ja. Leżałyśmy tyłem do siebie, zetknięte plecami, żeby było cieplej i snułyśmy fantazje o Paryżu, Hiszpanii, Safari w Afryce. Marzłyśmy w Mediolanie. W Mediolanie! WOW, czy to nie sukces? Byłam nawet na okładce magazynu Quatro ruote. O tak. Mieszkałam w Mediolanie pół roku. 

Właściwi ludzie przychodzą we właściwym momencie, a potem odchodzą i trzeba na to pozwolić. Jedyną osobą, z którą jestem całe życie to ja sama. Ja ze sobą. 

Pokochać to, co mam. Obejrzeć zasoby, wyrzucić nadmiary, zostawić co potrzebne, taki jest cel najpierw. Uporządkować przestrzeń, zrobić miejsce. NIECH TO MIEJSCE ODDYCHA. To wszystko, co jest w domu jest przedłużeniem nas samych niczym urealnione końce nitek naszych myśli. Każda rzecz przyszła po coś. Żebym coś utworzyła, żebym do czegoś jej użyła, żeby może zapełniła jakąś pustkę, żeby dała nasycenie... Hm, iluzja, znów iluzja. A rzeczy zostają i jest ich coraz więcej. 

Ja mam tak, ty masz po swojemu. Może znajdziesz wartość w tym, że nie jesteś jedyna na świecie, która żyje nieinstagramowo. Oddychajmy. Wdech, wydech. 

wtorek, 17 marca 2026

Płyta indukcyjna

Na zewnątrz już jasno, choć to świt, więc do pełnej jasności jeszcze trochę brakuje. 

Jakiś czas temu gotuję na mojej indukcji, którą mam 4 lata. Była włączona też pralka. Nagle łup! Wywaliło korki. Włączyłam wszystko ponownie i zamiast wyłączyć jakieś urządzenie, to kontynuowałam czerpanie prądu w takim zakresie. No i wtedy tak walnęło, że już sama korków nie mogłam włączyć. Musiał przybyć elektryk z TBS i zrobić to z pozycji skrzynki na klatce schodowej, do której ja nie mam dostępu. Włączył. Pralka działa, piekarnik działa, indukcja nie działa. 

Szukanie dokumentów poszło nawet szybko jak na moje doświadczenia. Wynikało z nich, że jesteśmy po gwarancji. No ale trudno, dzwonię do serwisu. Pani bardzo rozmowna, opowiadała historie różnych klientów, a ja do pewnego momentu grzecznie słuchałam, w głowie mając myśl: do brzegu babo!

Pani powiedziała, że muszę mieć podpis elektryka, który zakładał tę indukcję. Traumę mam po tym elektryku, nie podpis...

Cztery lata temu koleżanka poleciła mi panów, którzy mogliby zrobić mi meble do kuchni. Dogadaliśmy się, serdeczni, dowcipni, było OK. Mój kolega dał mi namiar do swojego elektryka, ale oni powiedzieli, że mają swojego. No w porządku. Elektryk chodził z przydupasem, jakimś wielkim chłopem. Tak oto ja sama miałam w mieszkaniu czterech chłopa. Nie czułam się pewnie. 

Elektrykowi się spodobałam. Szybko przeszedł na "ty". Miałam pół sekundy awarii z tym, ale pomyślałam, że co mi tam, jeden znajomy więcej. Przychodził codziennie i coś gmerał. Położył mi silikon w łazience, która tego wymagała "bo mu zostało", przynosił wodę mineralną i żwir dla kota (nie ten, którego używam), żebym nie dźwigała. Nawet wybrałam się z nim na spacer, bo miał mnóstwo energii i był bardzo pomocny. 

Ze stolarzami zadziała się awaria, bo odwalili fuszerkę. On powiedział, że to poprawi. Umówiłam się ze stolarzami na poniedziałek.

W piątek pan elektryk poszedł do kina na "Dziewczyny z Dubaju". Po tym filmie klepki mu się poprzestawiały, albo od początku miał je poprzestawiane, tylko nie wiedziałam, że tak bardzo. Napisał do mnie wiadomość: "Mam dla ciebie propozycję. 10000 płatne z góry za całowanie cię całą noc. Tylko całowanie. Bo tak mi się podobasz."

Nie wiem jak ktoś by zareagował na to, moja psycha to moje reakcje, też mam klepki poprzestawiane. Nie zrobiłam haha, tylko odpowiedziałam, żeby więcej do mnie nie przychodził i nie pisał do mnie. Screena wysłałam stolarzom i napisałam, żeby nie przychodzili, tak się wystraszyłam. Pomyślałam, że zostawiałam ich samych w domu, że mam córkę, że nie wiem kogo do domu wpuszczam i nie wiem co się może wydarzyć. Ten niepokój, gdy czterech chłopa weszło mi do domu... Kupiłam gaz pieprzowy sobie i córce i waliło mi serce, gdy ktoś mi dzwonił do domu, uczeń na korepetycje najczęściej... Dramat. 

Może ktoś rozegrał by to lepiej, ja po prostu pozamykałam się szczelnie od środka...

Stolarze wyśmiali wiadomość nazywając to przedszkolem. Nie naprawili tego co spaprali. Byłam u pani od praw konsumenta, moja znajoma jak się okazało. Następna pierdolnięta, co na pytanie jakie są szanse na wygranie sprawy o poprawki w kuchni rzekła profesjonalnie: a co ja, szklaną kulę mam? Gówno zaradziła, choć obiecywała jak politycy. "Będziesz miała kuchnię jaką chcesz." Do tej pory mam taką, jaką zostawili 4 lata temu. Szkoda gadać. Byłam nieskuteczna w osiągnięciu swojego. 

Wracam do zepsutej indukcji i braku podpisu elektryka. Nie przypuszczam, żebym miała jaja kontaktować się z nim, jeśli okaże się, że również odwalił fuszerkę, zakładając indukcję jak przysłowiowy szwagier, na kolanie, "jakoś to będzie", "będzie pani zadowolona". Ja się nie znam i nie muszę. Dziś przybywa elektryk z media markt nie dla idiotów - tak to było? - i będzie podłączał nową indukcję. Zamiast ustawiać rzeczywistość na pozytywne zakończenie sprawy, to się zamartwiam tym wszystkim. Obiecuję, że jeśli to skończy się bez problemów, to już więcej nie będę się zamartwiać, bo to totalnie zmarnowana energia. Ja jestem wyczerpana. Życie kurwa. 

EDIT: Skończyło się bez jakichkolwiek problemów. Zgodnie z tym, co pisałam wyżej, zamartwianie się wyłączam, bo jak widać szkoda energii. Jak mawia mój znajomek: jak się stanie, to się będziemy martwić, na razie nic się nie dzieje. No. 

poniedziałek, 9 marca 2026

Pamiętanie siebie, Gurdżijew

9 lutego 2003
Pamiętniku ratuj albo pomóż umrzeć. Eureki ze śmietnika jakiegoś! Boże po co ja jestem na tym świecie? Po co? Nie chcę tu być. Nikt nie będzie za mną tęsknił. Nie spełniam cudzych oczekiwań. Jestem do niczego. Nawet ubrać się nie potrafię. Przesoliłam kotlety. Jestem gruba, mało inteligentna, taka kłoda bez wyrazu. Mam ochotę skończyć to życie tu i teraz. Żadna radość nie jest warta tylu cierpień, wewnętrznych walk, uczucia wiecznej izolacji i niedopasowania. Z zewnątrz tylko wymagają, a ja nie jestem w stanie temu wszystkiemu sprostać. Myślałam, że wyleczyłam się z depresji, ale to nie prawda. Mam ją nadal. Kwitnie. A mnie ogarnia ten koszmar ponownie. Boże ześlij śmierć!

Nieźle nie? Ech. 

Eureki to takie genialne wnioski, które niekiedy zmieniają sposób patrzenia na rzeczywistość. Wydają się rozwiązywać problemy, ale jak widać to rozwiązanie jest powierzchowne i chwilowe. Są też czasem takie potężne, które realnie zmieniają sposób postrzegania rzeczywistości. Będzie o tym kiedyś, na razie przerabiam rok 2003, 23 lata wstecz, miałam wtedy 26 lat. Zaczynałam studia na politechnice, kończyłam dwuletnie studium turystyki, zarządzania i języków obcych. Tak, zbierałam te wykształcenia i dyplomy... Sporo tego jest. No i co z tego mam? Doświadczenie bycia na tych wszystkich uczelniach chyba. 

11 lutego 2003
Negatywne myśli dały na chwilę spokój. Lekarstwem okazała się książka. Teoria systemu Gurdżijewa wciągnęła mnie bez reszty. PAMIĘTAĆ SAMEGO SIEBIE, być świadomym każdego ruchu, każdej myśli, każdej emocji. Taka obserwacja pozwoli na pracę nad sobą. 

Spróbuj kiedyś.
Trzeba być obserwatorem siebie. Prowadzić ciągłą obserwację siebie jak obiektu w życiu. "Idę teraz do szafki, kładę tu klucze, idę usiąść. Siadam. Przyszło mi do głowy X. Czuję Y. " Spróbuj. Zapewniam, że ockniesz się w pewnej chwili i zdasz sobie sprawę, że nie obserwujesz siebie, bo pochłonęły Cię myśli. Taki świat, który jest tylko w głowie i wyświetla się jak w kinie, niknie świat zewnętrzny, jesteś tylko w swojej głowie. Łapiesz się więc na tym, że nie obserwujesz siebie, to jest dziwne złapać się na tym. "Jestem na przejściu dla pieszych. A przecież siedziałam na krześle w domu. Pochłonęły mnie myśli, ale już jestem z powrotem. Przeszłam przez jezdnię, idę do Z. Myślę, że X, czuję Y. Pamiętam siebie."
Naprawdę czadowe ćwiczenie. Z całej książki przeczytanej 20 lat temu to ćwiczenie zostało ze mną do dziś. Nie, nie ćwiczę, ale myślę, że warto. 

Nie ćwiczę też fizycznie, choć to jest super na rozładowanie wszelkich napięć. Myślę o rozpoczęciu jakiejś aktywności. Może będę biegać? Ja biegać? Fuj, ale czuję, że wytrząsnęło by tę stagnację z ciała, zmęczyłoby fizycznie, psychika trochę by odpuściła napór tych katastroficznych myśli. Wojna za rogiem, ceny natychmiast idą w górę, na koncie mam 500 zł, ZUS jedynie 432,54. Czyli wystarczy. Dosłownie na rachunki i to jeszcze z drżeniem, czy się zepnie wszystko. Siedzę i się boję. A rozwiązaniem jest działanie. Ogarnięcie tych produktów cyfrowych. Tylko za tym idzie myślenie: kto to kupi? To nie jest na salony. Naiwna jestem, że podbiję tym świat. Dobble tabliczka mnożenia w nieco artystycznym wydaniu. Wypuścić to na Amazon KDP? A te wszystkie RODO, UOKiKi, inne, o których nawet nie wiem? A wiesz, że jeśli nie jesteś VATowcem, to VAT za reklamy na fb i innych platformach musisz zapłacić Ty? Przerażają mnie te wszystkie zobowiązania, o których nie mam pojęcia. 

11 lutego 2003
TOKSYNA. Po raz kolejny wypomniała mi, że mam wielki tyłek, co oczywiście nie jest prawdą, bo tyłek mam średni, a takiej J. Lopez wielki tyłek nie przeszkadza w robieniu kariery. Mojej siostrze też tyłek rośnie, ale ona przyczepiła się do mnie. Zrobiła awanturę o kanapkę i zdążyła wypomnieć posiłki z wczoraj.
Jak tu z nią żyć pod jednym dachem? Podważa moją pewność siebie i oczekuje, że będę pewna siebie... 
Już mogłaby dać mi spokój, zająć się własną dupą i własnym życiem. Bardzo potrzebuję uciec spod jej wpływu.

Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że zabieram ją w swojej głowie na zawsze ze sobą. Hm, może nie na zawsze, ale do chwili uświadomienia sobie, że to co gra mi w głowie skądś jest...

Wcina się we wszystko. Zatrzasnę jej kiedyś drzwi do mojego życia jak tak dalej pójdzie. Powiedziała mi, że nogi zamieniły mi się w IKSY i tak to jest jak noszą zbyt duży ciężar. Ważę 65kg, mam 177 cm wzrostu... JAKI CIĘŻAR? OSZALAŁA?! 
Codziennie ćwiczę CALLANETICS i się rozciągam. Czuję się świetnie i ciało moje też mi się podoba. Tylko jej się nie podoba. CZEMU SIĘ NIE ODCZEPI TA TOKSYNA? Już jej nie chcę i nie potrzebuję. Jak jej potrzebowałam, to jej nie było. Wszyscy byli ważniejsi niż ja. Oszaleję chyba!
Chłonę system Gurdżijewa. Może on pomoże zrozumieć to wszystko. Rozumiem, że nikt nie jest idealny.
Ona wpoiła we mnie przekonanie, że jestem gorsza niż inni, a ja utwierdzam siebie i ją w tym przekonaniu. Czas chyba pozmieniać te bzdury, które  we mnie wpoiła. Czas uwierzyć w to, że jestem coś warta. Wbrew temu, co myśli o mnie moja własna matka...

Tak to czułam wtedy. Teraz rozumiem, że byłam ciężarem, który pochłania zasoby. Nie było nadmiarów najwyraźniej, a ja może jadłam ponad stan? Nie pracowałam, tylko uczyłam się w płatnej szkole w Warszawie, gdzie trzeba było też dojechać. Mieszkałam już w akademiku? On też kosztował. To wszystko były pieniądze. I te dodatkowe kanapki... może zbędne. Zajadałam coś? Możliwe. Tylko czemu mówiła do mnie w ten sposób? Czemu agresywnie depcząc mnie jak robaka? Bo nie umiała inaczej? Czuję przykrość za to, jak byłam traktowana. Dziś mam dystans do niej, choć kocham ją bardzo i współczuję, że miała życie jakie miała. Nie bywam u niej, gdy mój stan psychiczny jest chwiejny, a tak jest teraz. Gdy jest dobrze też muszę uważać, żeby nie dostać z liścia, bo się cieszę na przykład. 

Zaproponowała mi twórczyni ludowa, że w niedzielę palmową może sprzedać moje kolczyki z frywolitki. O WOW, wszechświat otwiera nową możliwość! Tak to odczytałam. Nie zamierzam nagle rzucić wszystkiego i wejść teraz w handel biżuterią z nitek. Wiadomość spotkała się jakimś odcieniem odrazy, wyższości, niechęci. Natychmiast zgasła moja radość. Muszę uważać, gdzie takie iskierki noszę. Nie mogę ich zanosić do mamy. 

Na dziś jest we mnie niestabilnie. Przytłacza mnie wielość przedmiotów w tym domu, bardzo mała przestrzeń też, klaustrofobiczna łazienka. Chodzę niemal po wytyczonych ścieżkach, bo tylko tyle dla mnie zostaje. Tu stół, tam fotel, tu łóżko, tam krzesło, tu szafka z kwiatkami, a tam kwietnik, co go stargałam ze strychu od kuzyna. Podejrzewam, że to był mój kwietnik, z mojego domu z dzieciństwa. Albo taki sam. No to go teraz przestawiam z miejsca na miejsce, bo za dużo go nie ma, a ja nie potrafię jeszcze z luzem zrobić czystki. Sztaluga do obrazów i pudła z farbami. I ślimak Achatina. Nie wiem po co mi był ten ślimak. A, i ziemiórki. Już je zacznę traktować jak kolejne zwierzątka domowe, bo fruwają i się nie dają zlikwidować. Jeszcze. Zakupiłam chemiczne środki i nicienie przeciw takim gagatkom. Przyjdzie czas na przesadzanie kwiatków to zaaplikuję do nowej ziemi niespodziankę. 

Kiedyś kochałam przesadzać i rozsadzać kwiatki, na dziś zapał mi zanikł. Zajmują miejsce, wymagają opieki - mniej niż koty, ale jednak - dają schronienie ziemiórkom, fuj. Ale nie umiem się tych kwiatków pozbyć, niestety. 

Pa