wtorek, 19 maja 2026

Lęk, niepokój, studnia

Tytuł nie brzmi zachęcająco, znowu marudzę, ale są pewne stany, które chcę pojąć i rozwikłać. 
W piątek zaczęłam czuć się słabo. W sobotę miałam już wielki kaszel, w niedzielę fontannę z nosa, w poniedziałek też. Wymusiło to na mnie leżenie w łóżku, a konkretniej nic-nierobienie. I to nic-nierobienie włączyło niepokój i lęk o przyszłość. To tak, jakbym musiała ciągle być zajęta, bo jak nie, włącza się ten alarm i jest bardzo nieprzyjemny w odczuwaniu. I tak dumam nad tym, bo przecież nie można ciągle być zajętym. Trochę przypomina to siedzenie w bagnie, jak przestaniesz wierzgać nogami, to zaczniesz tonąć. No dosłownie. A ja bym chciała móc cieszyć się odpoczynkiem. Na sam dźwięk tego słowa mam mdłości. I to też nie tak, że ja zapitalam jak w kołowrotku, bo czasem nie wiem co robić, czasem nie wiem, w co ręce włożyć, czasem wszelkie działania wydają się jak Himalaje - nie do zdobycia dla mnie. Jestem wtedy w takiej studni, w której nie da się robić rzeczy, a nierobienie wywołuje alarm i jest szach mat. 

No i tu wchodzą te wszystkie modne teorie na temat stanu funkcjonalnego zamrożenia. Dołożenie czegokolwiek przeciąża system i tyle. Ciśnie się kosztem jakiejś energii psychicznej i wcześniej czy później dojdzie do wypalenia, zatrzymania i załamania. No i wyjściem z tego są mikroruchy. Wziąć w rękę cokolwiek i zrobić z tym co trzeba, bez wielkich planów, strategii czy celów. Bo to przytłacza. Ej, brzmię jak AI. Dramat. Zapewniam, że nie on pisze te słowa. Korzystam z AI często rozkminiając różne stany albo interpretując sny w oparciu o teorie Junga, Petera Crone'a i inne postaci świata transformacji. I zawsze wydawało mi się, że należy tu napisać postacie, nie postaci, ale myliłam się chyba. 

Dziś już czuję się lepiej. Wirus pokonany, kaszlu nie ma. Psycha też jakoś lepiej działa z rana. Może jest perspektywa całego dnia, a umysł świeży. 

No i analiza z teraz - za co się zabrać. Sprzątanie nie przynosi pieniędzy. Wokół pieniędzy, bezpieczeństwa kręci się wszystko. Jak nie działasz, żeby zarabiać, to marnujesz czas. A ja nie wiem za co się zabrać, żeby zarabiać i znów szach mat. 

Może to szalone wykupienie akademii za 6 kafli oświetli mi ścieżkę, oby, jutro jakiś pierwszy zoom. W życiu nie wydałam tyle pieniędzy na kota w worku. 

Wczoraj miałam swoje 49 urodziny. 
Pozwoliłam sobie na popłakanie trochę. Przepłakałam przeszłe odrzucenia, wybieranie innych nie mnie, to szalone staranie się o cudze uznanie, cudzą miłość, to już przeszłość. Czytałam pamiętnik. Przerabiam tę dramatyczną próbę zasłużenia na bycie wybraną. Strasznie mi było przykro, że tak to wyglądało. Przytuliłam się wewnętrznie i wypuściłam ze łzami to doświadczenie. Pamiętnik bardzo pokazuje schemat. Czy gdybym mogła cofnąć czas, to zmieniłabym coś? Czy człowiek, który wtedy był tak bardzo dla mnie ważny zaistniałby w moim życiu? Czy chciałabym ponownie przeżyć to co przeżywałam wtedy? Czy jest sens zastanawiania się nad tym?

Na czym stoję na dziś? Otworzyłam swoją własną wymarzoną firmę. Mam swoje ukochane korepetycje. Są uczniowie, którzy wskoczyli na wyższy poziom dzięki nauce ze mną. Ja czerpię frajdę i zasoby finansowe z tych korepetycji. Lubię to, co robię. 
Maluję obrazy. Lubię malować, choć znów perfekcjonizm mnie czasem powala i albo nie zaczynam, albo jestem krytyczna co do prac. Ale jak już zacznę, to mam frajdę. Mam obecnie 4 obrazy do dokończenia, no może 5. Ten jeden wygląda na dokończony, a jeszcze nie jest. Tylko ja to wiem.

Dobra. Wstaję. Za 50 minut spotkanie z uczniem. Muszę się doprowadzić do porządku. 

niedziela, 17 maja 2026

Chaos, zwątpienie, możliwości, zmiany

Pisanie spontaniczne. 

Jestem chora. Przyplątało się coś do gardła i płuc. Szczęśliwie jest już po egzaminach i nie jestem już dzieciom potrzebna. Ta cisza, która teraz pojawia się zamiast zajęć, bywa bardzo niewygodna. 

Jest 9:15. Kot się wściekał przed 7 żeby go nakarmić, wkurzał mnie, nie dawał spać. Wytrwały. Jego jedzenie przygotowuje się z wrzącej wody i puszki z lodówki, uprzednio trzeba posprzątać bałagan po poprzednim posiłku, czyli nie da się nie rozbudzić. Wstałam nasypać suchej karmy, trudno, swoją zupkę dostanie jak już będę na nogach. Wstawanie mnie położyło, byłam bliska omdlenia, znam ten stan, wiem co się wtedy dzieje. Może za szybko się podniosłam. 

Śniło mi się, że wynosiłam kanapę z domu, bo była już stara i zbędna, choć najwygodniej się na niej spało. Była cała rozlatująca się, pozszywana, było mi szkoda się z nią rozstawać, choć w pomieszczeniu były jeszcze dwie inne kanapy mogące zapewnić miejsce do spania. Miała mi w tym pomóc moja koleżanka. Ciekawe co na to chat gpt. Sprawdzamy? 
Po wielu pytaniach i interpretacji ostatecznie wygląda to tak:
"Jesteś w momencie, w którym odchodzisz od starego źródła komfortu, które nadal działa, ale nie jest już zgodne z Twoim rozwojem, jednocześnie widząc bardzo wyraźnie nowy poziom życia, do którego jeszcze nie weszłaś w pełni — i przechodzisz między nimi stopniowo, bez gwałtownego zerwania."
To bardzo dobry znak. Pozytywny. Motywujący. Doenergetyzowujący. WOW. 

Dobrze dostać taką wiadomość z rana.

Leżę w łóżku po płukaniu gardła solanką, napar z bluszczyku kurdybanka naciąga. Nie wiem czemu brakuje w moim domu wody utlenionej. To niepojęte. Zawsze kupuję wiele butelek. Przydaje się. Tak czy inaczej gardło wypłukałam, kaszel sobie jest, ja sobie leżę, a jak leżę to myślę. 
Myślę o swoim wieku, o samotności, o przyszłości, o lękach, o wyborach dróg, o decyzjach. 
Wciąga mnie scrollowanie, choć tonę w beznadziei z tym świecącym pudełeczkiem. Nie mam energii na nic. Motywują mnie tylko moje zajęcia z matematyki, a tych już prawie nie ma. Do malowania obrazów też się trzeba motywować, zabrać się za to, ubrać odpowiednio, rozłożyć farby, wiedzieć, co się będzie malować, mieć wenę... Dużo zabiegów zanim się zacznie. Za dużo. Nie zaczynam. 
No dobra, dziś się zbiorę, dziś zacznę. Wiosenny obraz wg Alexanda Bolotova. Już sobie znalazłam, co namaluję.

Brakuje mi ludzi, mojego człowieka, przy którym można się zrelaksować, odpuścić, wiedzieć, że wszystko będzie dobrze. No będzie dobrze, a jak ma być? Przecież będziemy się przystosowywać do warunków, aż nas śmierć nie wyłączy. Nie mam swojego człowieka, sama muszę być swoim człowiekiem. 

Ostatnio zrobiłam przeszaloną rzecz. Zapłaciłam 6000 zł za dostęp do akademii, w której dwie dziewczyny będą mnie motywować do działania. Przez całą noc rozmyślałam czy to rozsądny krok, tym bardziej, że moje zajęcia z matematyki się kończą. Cały czerwiec, lipiec i sierpień nie zarabiam, a ZUS osiąga potrzebę na wysokości 1000 zł. Dopiero 1000 i aż 1000. Niedospana przelałam wymaganą kwotę za pół roku wsparcia. Nie wiem czy na siłę nie tkwię w tym marazmie, wygodny był, ale muszę się go pozbyć jak tej starej kanapy. Czas na nowe. 

Chcę iść w produkty cyfrowe. Chcę iść w świat Internetu, dostępu globalnego, skalowania biznesu, uniezależnienia ilości pieniędzy od wymiany za czas. Dobrze, że rozchorowałam się dopiero teraz. To znaczy, nie dobrze, że się rozchorowałam, ale dobrze, że nie na czas egzaminów. Odwołane zajęcia, to brak wpływów dla mnie. Wiadomo. 

Wstaję. Może się nakarmię jak swój człowiek robi to dla swojego człowieka, choć weny na jedzenie też nie mam.
Pa. 

środa, 6 maja 2026

Pisanie spontaniczne

Przez ostatni tydzień żyłam maturami. Wczoraj moi uczniowie pisali matematykę. Zaskakująca była. Dla mnie nie trudna, ale dla uczniów mogła być nieoczywista. Mam nadzieję, że wszyscy będą mieć do przodu ten egzamin. Stres do sufitu, odczuwałam i ja, choć oni twierdzili, że się nie stresują. Przeszło na mnie? :) No i tak jest lepiej. Zabrałam się za tę maturę z ciekawością i z każdym zadaniem myślałam o tym, jak podejdą do tego moi uczniowie. O jedną osobę się niepokoję, ale okaże się, gdy przyjdą wyniki. Nagranie jest na youtube.

Nagranie. Siedziałam na TikTok, bo wrzucałam tam pliki dla maturzystów. Przeglądałam różne platformy w oczekiwaniu na jakieś zdjęcia arkuszy. Są jacyś mocarze, którzy umieją przemycić telefon mimo zakazów, strzelić fotę arkusza i wrzucić w sieć. Jak? Nie wiem. Dużo wcześniej niż oficjalnie ludzie z TikToka rozwiązywali zadania na live. Ja poczekałam na oficjalny arkusz na stronie CKE do 14:00. Do tego czasu widziałam tylu rozwiązujących, że szok. Zwątpiłam czy jest sens, żebym i ja nagrywała, skoro tyle już tego w sieci jest. Mnóstwo. Dopadły mnie wątpliwości na temat sensu tego nagrywania, a co za tym idzie w ogóle sensu tworzenia treści cyfrowych, skoro tyle tego jest. No ale narracja specjalistów od tego typu oporu brzmi: jesteś jedyna w swoim rodzaju i trafisz do swoich ludzi. A ja nie czuję się super dobra, super mocna, super chruper, niech idą do lepszych. Już kiedyś to przechodziłam. Mój ówczesny partner powiedział, że jego uczeń szuka korepetytora z matematyki i mam go uczyć ja.
- Ja? Jak to ja? A jak nie dam rady? Oddam te korepetycje Asi.
- Jak Asia chce korepetycji, to niech sobie ucznia załatwi, w środę masz jechać ty.
Tak oto rozpoczęła się moja przygoda z korepetycjami i trwa 20 lat. Byłam w tak potwornym stresie, że byłam w stanie oddać te korepetycje "lepszym", bo ja jestem jaka? "Gorsza" oczywiście. 

Pracuję nad sobą i poczuciem wartości. Jest niepodważalna, a ja ją podważam. Niepodważalna z racji ludzkiego istnienia i tę wartość ma każdy człowiek. Tu jest jakaś nakładka na tę wartość, jakaś wartość, którą się wnosi w życie innych ludzi. Wątpiłam, że ją mogę wnieść. Miałam i mam pokorę co do posiadanej wiedzy. Wiem, jak rozległa jest matematyka i wiem, że znam jej mały fragment. Wiem też - i to jest mocne - że potrafię to jasno przekazać, tak, że rozświetla się spojrzenie tego kto pyta w efekcie, który nazywam AHA. To jest moja mocna strona. O tym wiem i to widziałam u wielu ludzi, z którymi rozmawiałam. Nawet na studiach. Już chyba o tym pisałam kiedyś. Po 10 latach dostałam maila z zapytaniem o opracowania do drugiego projektu z reaktorów. Hę? 
- To ty nie wiesz, że studenci uczą się z twoich opracowań?
No nie wiedziałam. Chciałabym je zobaczyć ponownie. Może bym opracowała zagadnienia do kolejnych projektów. Ciekawe to. Byłam zaskoczona tą wiadomością. WOW. Cóż tu dużo mówić. 

Dobra, dosyć przechwałek. 

Namalowałam obraz. Podoba mi się, ale chyba tylko mi. Ma jakiś czar w sobie, że się uśmiecham do niego. Pierwszy raz malowałam szpachelką, czy jak tam się nazywa to małe malarskie narzędzie. Zabawa przednia, efekt czadowy, przynajmniej to moje zdanie. Znów opierałam się na malarstwie Aleksandra Bolotova. Wspaniale maluje deszczowe sceny w mieście z ciepłym światłem  ulicznych lamp. Uczę się oddawać perspektywę, bo to niełatwe zadanie dla mnie. Uwielbiam ten obraz.



Dobrze. Idę do biurka zająć się plikami dla ósmoklasistów. Za kilka dni oni piszą systemowy egzamin. Na szczęście jego się nie da nie zdać.  

Moje samopoczucie jest bardzo dobre, zwiększona dawka leku pomogła. To dobrze, bo jest o niebo lepiej. Idę. Pa.


niedziela, 26 kwietnia 2026

...

O 6:16 wzięłam laptop do łóżka, żeby pisać tutaj. Jest 8:30 - zboczyłam na inną zakładkę i okazało się, że pracuję nad swoim produktem. WOW, na poważnie mnie wkręcił, skoro siadam do niego za każdym razem, gdy otworzę komputer... 

(I nastał kolejny dzień)

Jest 6:21, otworzyłam laptop. Słońce się pokazało na chwilkę, a później zniknęło za gęstą, wielką chmurą. Zrobiło się ciemno. Spijam kawę i myślę, czym się zająć. Malowanie czy skrypt z wzorami dla maturzystów... Telefon mnie ratuje od wariactwa, albo w nie wpędza, sama już nie wiem. Zasypiam z nim i budzę się z nim. Towarzyszy mi. Gada do mnie. Ale zmula mi mózg i uzależnia. 

Byłam wczoraj w sadzie. Stare jabłonie mają pąki, nawet kosztel. Kwitnie bluszczyk kurdybanek, zebrałam go do suszenia. Oczywiście pędy chmielu też zebrałam. Korzystam z tego co daje natura. Jadłam wczoraj rabarbar. I czosnaczek. Rozplenił się i zaczyna kwitnąć. Lepiej on niż pokrzywa. Wypieliłam wokół krzaków porzeczek. Kwitną, ale niewielkie to krzaki. Jeden usechł. Wyrzuciłam ze cztery wielkie misy chwastów. Moja mięta się rozrasta. Mogłaby rosnąć zamiast trawy. 

W domu cisza aż dźwięczy w uszach. Córka  u chłopaka, kot obok mnie. 

wtorek, 21 kwietnia 2026

Jest lepiej, restauracja w ciemności i inne.

Kotka po mnie chodzi, przeszkadza w pisaniu. Mam nie pisać? Nie pisać, tylko zająć się kotką, głaskać, miziać, drapać. 

Nie przychodzę z niczym konkretnym, wyjdzie w praniu - znaczy - w pisaniu. 
Jest mi lepiej, zwiększona dawka leku weszła i przyszła ulga, lęk się zmniejszył, choć wczoraj wszedł, niestety. Kończy mi się pół roku płacenia tylko składki zdrowotnej ZUS, wchodzę na mały ZUS, czyli większy niż obecnie. Miałam zdecydować, czy płacić składkę chorobową czy nie. 900 zł. Do tej pory było około 500. Ponad 300 księgowa. Ponad 700 mieszkanie. Około 200 prąd. Do tego za chwilę auto OC. Trochę się tego zbiera. A tu koniec kwietnia, za chwilę maj i maturzyści pójdą swoją drogą. No i z tego wszystkiego zadrżałam z trwogi i zaczęłam myśleć o etacie, ale nie w szkole. Wystraszyłam się. Lęk przyszedł. Lęk oparty o to, że nie dam rady. Tylko czemu to takie myśli do mnie przychodzą? 

Wykupiłam platformę kursową, wchodzę w produkty online, to po prostu kolejny krok rozwoju firmy. 
Zaczęłam pracować nad dwoma produktami. Jeden widzę, że mnie wkręcił. Nawet przerwałam na chwilę pisanie, weszłam w canvę i pracowałam nad produktem. Podoba mi się. Wkręcam się, to dobrze. Oby tylko to nie był słomiany zapał, trzeba wytrwać. Mam całe lato na ogarnięcie tego. Ale projekt mi się podoba. To dobrze. 

W weekend wybrałam się z pewną grupą na wycieczkę do Warszawy. Zwiedzałam Zamek Królewski, ale to nie leży w moich zainteresowaniach. Jestem ignorantką historyczno - polityczną. To pewnie źle, ale mam to gdzieś. Życie jest jedno, będę tam zwracać uwagę, gdzie mi dobrze i tyle. To też pewnie źle. Wiąże się ze wstydem, że nie wiem rzeczy, które "wszyscy wiedzą", które "powinno się wiedzieć". Dobrze, że wiem kto jest prezydentem. W sumie dobrze się stało, że stoi na czele narodu Facet, a nie cipuś. Prezencja piękna, tylko czy decyzje podejmuje dobre, to wiedzą ci, co się znają. Ja nie. Może pan Prezydent coś dobrego by podpisał dla przedsiębiorców? 

Wycieczka do Warszawy. Zamek Królewski. OK. Drugą atrakcją były ogrody BUW na dachu budynku. Coś przepięknego. Teraz wiosną kwitły drzewa i forsycja, grzało słońce, było pięknie. I to jest radość dla mojej duszy, a nie jakieś zamki. 


Odpoczęłam tam. 
Trzecią atrakcją był obiad w całkowitej ciemności w Different - restauracja w ciemności. Kelnerzy są osobami niewidomymi. Bardzo dziwne wrażenie kiedy wchodzi się w całkowitą ciemność, taką, że nie ma różnicy czy ma się oczy zamknięte czy otwarte, i tak nic nie widać. Bada się obszar rękami, natrafia na sztućce, talerz. Bada co w tym talerzu i jak to zjeść. Bada smaki i zgaduje, co właśnie spożywa. Pyszne to było i wykwintne, ale jest to tajemnica, dlatego nie napiszę, co jadłam. Bardzo mi się podobało to doświadczenie. Chętnie poszłabym tam jeszcze raz. Odpoczęłam, mimo, że nasza grupa nie należała do cichych. Dużo śmiechu było. "Kasia, gdzie jesteś? Pomachaj." 

Obrus oddawał światło,, bo przeskakiwały elektrony. Efekty błysków można było uzyskać na przykład jadąc paznokciem po nim. Taka mikro dawka światła dla mózgu. Po jakimś czasie mózg przyzwyczaja się do ciemności. Wychwytuje co jest gdzie i wszelkie daweczki światła. Gdzieś kotara okazała się przepuszczająca jakieś pasy światła, czujnik przeciwpożarowy (chyba) też wysyłał jakieś swoje światło. To wszystko widać było po jakimś czasie od wejścia, i to nie każdy widział podejrzewam. Ciemność była gęsta, piękna. I widziałam, że jestem bezpieczna. Rozkoszowałam się tym. Polecam to doświadczenie. Cieszę się, że pojechałam na tę wycieczkę. 

Dobrze. 7:11. O 8:00 zajęcia. Zbieram się, mimo przytulonej kotki trzeba już. 

Ach, jeszcze jedno. Każdorazowo po "Podróży w głąb podświadomości" Mirandy Kubasiewicz śni mi się największa miłość mojego życia. Śni mi się Mateusz. Analiza snu mówi, że to mój animus. Nie znam tematu aż tak, żeby móc tę wiedzę jakoś wkomponować w życie. Niby się wyleczyłam już z tej relacji, a jednak ciągle w głębi to jest. Wysypiam się kiedy pamiętam sen, to normalne, tylko wraca wspomnienie Mateusza. To nie jest miejsce na pisanie o romansach, może reklama przyszłej książki. Analizowałam sobie tę miłość. Dostałam jej wtedy bardzo wiele. Szacunek, wsparcie, bezpieczeństwo, opiekę, radość, uwagę, akceptację, uznanie, taniec, rozmowy do rana, zachwyt, wpatrzone zakochane oczy i splecione dłonie. Pierwszy raz dostałam taki komplet. Pierwszy raz ktoś mi pokazał, jak powinnam czuć się w relacji. Wykąpałam się w tym jak w basenie z cudną wodą. Otoczyło mnie to uczucie. Czy to była  miłość? Czy ja dałam miłość? Czy też chciałam tego człowieka z powodu tego, co mi dał? To ciekawe. W każdym razie bardzo chciałam go zatrzymać dla siebie, ale był już z inną osobą i jest z nią do tej pory. No trudno. W każdym razie warto było doświadczyć tego wszystkiego. Zmienił tym moje życie i postrzeganie relacji. Poprzeczka jest bardzo wysoko. Ach. 


poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Pisanie spontaniczne i jedna kartka pamiętnika

- Pół królestwa  za twoje myśli
- Pół królestwa... A duże to królestwo?
- Królestwo na miarę króla, więc marne. Zmieniłaś numer i mi nie powiedziałaś?
- Dlaczego mieszając mi znów w głowie nie powiedziałeś, że masz dziewczynę?
- A pytałaś? Poza tym wszystko co "mieszałem" było prawdziwe i nie ma nic wspólnego z moim stanem cywilnym. PEWNE RZECZY NIE ZMIENIĄ SIĘ NIGDY.

Kurtyna.

Pytajcie dziewczyny podrywających panów czy mają partnerki, bo oni sami z siebie tego w takich chwilach nie mówią. Ha ha ha, śmiech przez łzy. 

Wyrzucam pamiętniki, niszczę, ta kartka na spalenie. Zresztą wszystkie. Zapisałam tych zeszytów dużo. Najpiękniejsze relacje schowałam do pudełka, kiedyś napiszę książkę. Nie zmienię imion i faktów, ale będzie draka! ;)

Święta Wielkiej  Nocy. Dobrze, że Pan Jezus nie sprawdza czystości okien, bo w tym roku nie ruszyłam małym palcem w kwestii sprzątania. Nie miałam siły, odebrane zostały przez niemoc psychiczną. Mimo leków ciągle nie jest najlepiej. Dorzucam samowolnie jeden lek, który kiedyś mnie podniósł do pionu. Miałam wtedy epizod depresji lekoopornej i zdaje się, że mam z tym do czynienia teraz. Niby lekarz podniósł mi dawkę leku, ale nadal tonę w lęku i czołgam się nosem przy ziemi. Tak się nie da żyć. Skoro już się leczę, niech czuję się dobrze, a nie tak, jakbym się nie leczyła. Choć gdybym się nie leczyła, to leżałabym bez sił i płakała z tej bezsilności. Tak tragicznie nie jest. Zmywam czasem naczynia, sprzątam kuwetę, myję się. Ogarniam pracę, rachunki, zakupy. Czy jednak odczuwam radość? Nie. Bo z czego? 

No właśnie. Z czego odczuwasz radość? Jakie to uczucie? Nie mówię o zakochanych, bo oni czerpią energię od siebie wzajemnie i ten stan mija. Mówię o zwykłym, codziennym życiu. Poczułam wczoraj, że malowanie przynosi mi spokój. Taki błogi stan. Skończyłam wczoraj obraz, który był w moim odczuciu dość trudny. Miałam kłopot z oddaniem perspektywy i wielkości elementów, z proporcjami postaci. Myślałam kilka razy, że to będzie do wyrzucenia. Ostatecznie jestem zadowolona z efektu. Ja nie maluję postaci. O ten obraz poprosiła moja mama. Malowałam w oparciu o obraz kogoś, kto na instagramie ma nazwę rainy_painter. Malarz nazywa się Aleksander Bolotov. Rzuć okiem, cudne ma obrazy. Mój nie dosięga jego pracom do pięt, gdyby miały pięty. No ale dobra, jest. I już się nie będę podejmować reprodukcji, bo się po prostu do tego nie nadaję. Chłopak maluje przepięknie. Ja maluję ze zdjęć, jeśli oko się zawiesi i w mózgu zaklika, że to piękne i chce na obraz. Do dokończenia mam liść, któremu pozostał tylko wzór nerwów i rude fragmenty blaszki. Z niego też jestem zadowolona. Lubię malować. Bardzo. Ale tylko to co sama wybiorę. 

Dobrego dnia. Bo słońce już wysoko.  



poniedziałek, 23 marca 2026

Zapisane kartki - porządki w stertach

Bo oczywiście szkoda tak po prostu wyrzucić. Jeszcze energii trzeba do tego dołożyć... 

15 sierpnia 2023
Dotarłam do chwili, gdy chcę się zatrzymać, rozejrzeć, zrobić remanent życia. Albo nie. Remanent w zasobach najpierw. 
Od lat uczę się, słucham innych, szkolę się, czytam książki, biorę udział w psychoterapiach, kołczingach, obserwuję grupy z rozwojem, medytacjami, wykładami, a mimo to nie jestem spokojna, uporządkowana, opanowana, odpowiedzialna, przyciągająca bogactwa i nie wiadomo co jeszcze. Jestem. W całym tym chaosie, w całej tej niepewności, w świecie, w którym jedyna stała to fakt, że wszystko się zmienia. I wcale nie jest tak, że o świcie wyskakuję z łóżka prosto na matę do jogi, ochoczo rozciągam się, medytuję, piszę dziennik wdzięczności, na śniadanie wciągam z miłością warzywa z uprawy organicznej i w podskokach radości biegnę do cudownej pracy. Kupiłam w pewnej chwili wizję, że życie powinno tak wyglądać. A ono u mnie wygląda inaczej. 
Nie mam kłopotu z zasypianiem, za to rano, gdy otwieram oczy, spokój zmyka razem z resztkami snu. Jak czyhający w realu chochlik ucapia mój mózg i od tej chwili jest już tylko niepokój i lęk. Nie ma tego zewnętrznej przyczyny. Mam wszystko czego do życia potrzebuję, a nawet więcej. Fizycznie jestem zdrowa, nie mam długów, pieniądze przychodzą, wystarcza na wszystko. Lubię swoją pracę choć nie przynosi kokosów, nie baluję na jachtach, nie mam prywatnego helikoptera. Nie mam też domku z ogrodem. W bloku, w którym mieszkam, nie ma balkonu ze stoliczkiem i krzesełkami, światełkami i mnóstwem roślin. 
Marzenia robiły mi niezadowolenie z tego, co jest. I  wcale nie włączała się dążność do realizacji, tylko ciągle ten lęk. Że nie dam rady, że to dla mnie Himalaje, że za wysokie progi, choć mam długie nogi. I załamka, że jest jak jest. 
Depresja przez długie lata, nieleczona najpierw, bo wstyd przed ludźmi... Sześć lat chodziłam jak zombie nakładając maskę normalności dla świata zewnętrznego. W końcu nieudana miłość, jakieś rozstanie, mroczny luty i próba samobójcza. Znalazłam się w szpitalu na OIOM, nieprzytomna 4 doby. Później psychiatra i leki. Za dwa tygodnie pierwszy raz zachwyciło mnie niebo, zachwyciły obłoki, poczułam podmuch wiatru, nabrałam powietrza, usłyszałam szum drzew i poczułam radość. Oddychałam i czułam się dobrze. Wdzięczna. 

Studia zaczęłam 7 lat po maturze, po podróżach, doświadczeniach w jakie byście nie uwierzyli, po próbach odnalezienia siebie, realizacji wizji, spełnienia marzeń. Mózg można oszukiwać, można mu wmówić, że będzie wspaniale, gdy mieszka się w norze bez ogrzewania w środku zimy w obcym kraju, gdzie ciepło dają plecy koleżanki, która tkwi w tej samej naiwności, co ja. Leżałyśmy tyłem do siebie, zetknięte plecami, żeby było cieplej i snułyśmy fantazje o Paryżu, Hiszpanii, Safari w Afryce. Marzłyśmy w Mediolanie. W Mediolanie! WOW, czy to nie sukces? Byłam nawet na okładce magazynu Quatro ruote. O tak. Mieszkałam w Mediolanie pół roku. 

Właściwi ludzie przychodzą we właściwym momencie, a potem odchodzą i trzeba na to pozwolić. Jedyną osobą, z którą jestem całe życie to ja sama. Ja ze sobą. 

Pokochać to, co mam. Obejrzeć zasoby, wyrzucić nadmiary, zostawić co potrzebne, taki jest cel najpierw. Uporządkować przestrzeń, zrobić miejsce. NIECH TO MIEJSCE ODDYCHA. To wszystko, co jest w domu jest przedłużeniem nas samych niczym urealnione końce nitek naszych myśli. Każda rzecz przyszła po coś. Żebym coś utworzyła, żebym do czegoś jej użyła, żeby może zapełniła jakąś pustkę, żeby dała nasycenie... Hm, iluzja, znów iluzja. A rzeczy zostają i jest ich coraz więcej. 

Ja mam tak, ty masz po swojemu. Może znajdziesz wartość w tym, że nie jesteś jedyna na świecie, która żyje nieinstagramowo. Oddychajmy. Wdech, wydech. 

wtorek, 17 marca 2026

Płyta indukcyjna

Na zewnątrz już jasno, choć to świt, więc do pełnej jasności jeszcze trochę brakuje. 

Jakiś czas temu gotuję na mojej indukcji, którą mam 4 lata. Była włączona też pralka. Nagle łup! Wywaliło korki. Włączyłam wszystko ponownie i zamiast wyłączyć jakieś urządzenie, to kontynuowałam czerpanie prądu w takim zakresie. No i wtedy tak walnęło, że już sama korków nie mogłam włączyć. Musiał przybyć elektryk z TBS i zrobić to z pozycji skrzynki na klatce schodowej, do której ja nie mam dostępu. Włączył. Pralka działa, piekarnik działa, indukcja nie działa. 

Szukanie dokumentów poszło nawet szybko jak na moje doświadczenia. Wynikało z nich, że jesteśmy po gwarancji. No ale trudno, dzwonię do serwisu. Pani bardzo rozmowna, opowiadała historie różnych klientów, a ja do pewnego momentu grzecznie słuchałam, w głowie mając myśl: do brzegu babo!

Pani powiedziała, że muszę mieć podpis elektryka, który zakładał tę indukcję. Traumę mam po tym elektryku, nie podpis...

Cztery lata temu koleżanka poleciła mi panów, którzy mogliby zrobić mi meble do kuchni. Dogadaliśmy się, serdeczni, dowcipni, było OK. Mój kolega dał mi namiar do swojego elektryka, ale oni powiedzieli, że mają swojego. No w porządku. Elektryk chodził z przydupasem, jakimś wielkim chłopem. Tak oto ja sama miałam w mieszkaniu czterech chłopa. Nie czułam się pewnie. 

Elektrykowi się spodobałam. Szybko przeszedł na "ty". Miałam pół sekundy awarii z tym, ale pomyślałam, że co mi tam, jeden znajomy więcej. Przychodził codziennie i coś gmerał. Położył mi silikon w łazience, która tego wymagała "bo mu zostało", przynosił wodę mineralną i żwir dla kota (nie ten, którego używam), żebym nie dźwigała. Nawet wybrałam się z nim na spacer, bo miał mnóstwo energii i był bardzo pomocny. 

Ze stolarzami zadziała się awaria, bo odwalili fuszerkę. On powiedział, że to poprawi. Umówiłam się ze stolarzami na poniedziałek.

W piątek pan elektryk poszedł do kina na "Dziewczyny z Dubaju". Po tym filmie klepki mu się poprzestawiały, albo od początku miał je poprzestawiane, tylko nie wiedziałam, że tak bardzo. Napisał do mnie wiadomość: "Mam dla ciebie propozycję. 10000 płatne z góry za całowanie cię całą noc. Tylko całowanie. Bo tak mi się podobasz."

Nie wiem jak ktoś by zareagował na to, moja psycha to moje reakcje, też mam klepki poprzestawiane. Nie zrobiłam haha, tylko odpowiedziałam, żeby więcej do mnie nie przychodził i nie pisał do mnie. Screena wysłałam stolarzom i napisałam, żeby nie przychodzili, tak się wystraszyłam. Pomyślałam, że zostawiałam ich samych w domu, że mam córkę, że nie wiem kogo do domu wpuszczam i nie wiem co się może wydarzyć. Ten niepokój, gdy czterech chłopa weszło mi do domu... Kupiłam gaz pieprzowy sobie i córce i waliło mi serce, gdy ktoś mi dzwonił do domu, uczeń na korepetycje najczęściej... Dramat. 

Może ktoś rozegrał by to lepiej, ja po prostu pozamykałam się szczelnie od środka...

Stolarze wyśmiali wiadomość nazywając to przedszkolem. Nie naprawili tego co spaprali. Byłam u pani od praw konsumenta, moja znajoma jak się okazało. Następna pierdolnięta, co na pytanie jakie są szanse na wygranie sprawy o poprawki w kuchni rzekła profesjonalnie: a co ja, szklaną kulę mam? Gówno zaradziła, choć obiecywała jak politycy. "Będziesz miała kuchnię jaką chcesz." Do tej pory mam taką, jaką zostawili 4 lata temu. Szkoda gadać. Byłam nieskuteczna w osiągnięciu swojego. 

Wracam do zepsutej indukcji i braku podpisu elektryka. Nie przypuszczam, żebym miała jaja kontaktować się z nim, jeśli okaże się, że również odwalił fuszerkę, zakładając indukcję jak przysłowiowy szwagier, na kolanie, "jakoś to będzie", "będzie pani zadowolona". Ja się nie znam i nie muszę. Dziś przybywa elektryk z media markt nie dla idiotów - tak to było? - i będzie podłączał nową indukcję. Zamiast ustawiać rzeczywistość na pozytywne zakończenie sprawy, to się zamartwiam tym wszystkim. Obiecuję, że jeśli to skończy się bez problemów, to już więcej nie będę się zamartwiać, bo to totalnie zmarnowana energia. Ja jestem wyczerpana. Życie kurwa. 

EDIT: Skończyło się bez jakichkolwiek problemów. Zgodnie z tym, co pisałam wyżej, zamartwianie się wyłączam, bo jak widać szkoda energii. Jak mawia mój znajomek: jak się stanie, to się będziemy martwić, na razie nic się nie dzieje. No. 

poniedziałek, 9 marca 2026

Pamiętanie siebie, Gurdżijew

9 lutego 2003
Pamiętniku ratuj albo pomóż umrzeć. Eureki ze śmietnika jakiegoś! Boże po co ja jestem na tym świecie? Po co? Nie chcę tu być. Nikt nie będzie za mną tęsknił. Nie spełniam cudzych oczekiwań. Jestem do niczego. Nawet ubrać się nie potrafię. Przesoliłam kotlety. Jestem gruba, mało inteligentna, taka kłoda bez wyrazu. Mam ochotę skończyć to życie tu i teraz. Żadna radość nie jest warta tylu cierpień, wewnętrznych walk, uczucia wiecznej izolacji i niedopasowania. Z zewnątrz tylko wymagają, a ja nie jestem w stanie temu wszystkiemu sprostać. Myślałam, że wyleczyłam się z depresji, ale to nie prawda. Mam ją nadal. Kwitnie. A mnie ogarnia ten koszmar ponownie. Boże ześlij śmierć!

Nieźle nie? Ech. 

Eureki to takie genialne wnioski, które niekiedy zmieniają sposób patrzenia na rzeczywistość. Wydają się rozwiązywać problemy, ale jak widać to rozwiązanie jest powierzchowne i chwilowe. Są też czasem takie potężne, które realnie zmieniają sposób postrzegania rzeczywistości. Będzie o tym kiedyś, na razie przerabiam rok 2003, 23 lata wstecz, miałam wtedy 26 lat. Zaczynałam studia na politechnice, kończyłam dwuletnie studium turystyki, zarządzania i języków obcych. Tak, zbierałam te wykształcenia i dyplomy... Sporo tego jest. No i co z tego mam? Doświadczenie bycia na tych wszystkich uczelniach chyba. 

11 lutego 2003
Negatywne myśli dały na chwilę spokój. Lekarstwem okazała się książka. Teoria systemu Gurdżijewa wciągnęła mnie bez reszty. PAMIĘTAĆ SAMEGO SIEBIE, być świadomym każdego ruchu, każdej myśli, każdej emocji. Taka obserwacja pozwoli na pracę nad sobą. 

Spróbuj kiedyś.
Trzeba być obserwatorem siebie. Prowadzić ciągłą obserwację siebie jak obiektu w życiu. "Idę teraz do szafki, kładę tu klucze, idę usiąść. Siadam. Przyszło mi do głowy X. Czuję Y. " Spróbuj. Zapewniam, że ockniesz się w pewnej chwili i zdasz sobie sprawę, że nie obserwujesz siebie, bo pochłonęły Cię myśli. Taki świat, który jest tylko w głowie i wyświetla się jak w kinie, niknie świat zewnętrzny, jesteś tylko w swojej głowie. Łapiesz się więc na tym, że nie obserwujesz siebie, to jest dziwne złapać się na tym. "Jestem na przejściu dla pieszych. A przecież siedziałam na krześle w domu. Pochłonęły mnie myśli, ale już jestem z powrotem. Przeszłam przez jezdnię, idę do Z. Myślę, że X, czuję Y. Pamiętam siebie."
Naprawdę czadowe ćwiczenie. Z całej książki przeczytanej 20 lat temu to ćwiczenie zostało ze mną do dziś. Nie, nie ćwiczę, ale myślę, że warto. 

Nie ćwiczę też fizycznie, choć to jest super na rozładowanie wszelkich napięć. Myślę o rozpoczęciu jakiejś aktywności. Może będę biegać? Ja biegać? Fuj, ale czuję, że wytrząsnęło by tę stagnację z ciała, zmęczyłoby fizycznie, psychika trochę by odpuściła napór tych katastroficznych myśli. Wojna za rogiem, ceny natychmiast idą w górę, na koncie mam 500 zł, ZUS jedynie 432,54. Czyli wystarczy. Dosłownie na rachunki i to jeszcze z drżeniem, czy się zepnie wszystko. Siedzę i się boję. A rozwiązaniem jest działanie. Ogarnięcie tych produktów cyfrowych. Tylko za tym idzie myślenie: kto to kupi? To nie jest na salony. Naiwna jestem, że podbiję tym świat. Dobble tabliczka mnożenia w nieco artystycznym wydaniu. Wypuścić to na Amazon KDP? A te wszystkie RODO, UOKiKi, inne, o których nawet nie wiem? A wiesz, że jeśli nie jesteś VATowcem, to VAT za reklamy na fb i innych platformach musisz zapłacić Ty? Przerażają mnie te wszystkie zobowiązania, o których nie mam pojęcia. 

11 lutego 2003
TOKSYNA. Po raz kolejny wypomniała mi, że mam wielki tyłek, co oczywiście nie jest prawdą, bo tyłek mam średni, a takiej J. Lopez wielki tyłek nie przeszkadza w robieniu kariery. Mojej siostrze też tyłek rośnie, ale ona przyczepiła się do mnie. Zrobiła awanturę o kanapkę i zdążyła wypomnieć posiłki z wczoraj.
Jak tu z nią żyć pod jednym dachem? Podważa moją pewność siebie i oczekuje, że będę pewna siebie... 
Już mogłaby dać mi spokój, zająć się własną dupą i własnym życiem. Bardzo potrzebuję uciec spod jej wpływu.

Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że zabieram ją w swojej głowie na zawsze ze sobą. Hm, może nie na zawsze, ale do chwili uświadomienia sobie, że to co gra mi w głowie skądś jest...

Wcina się we wszystko. Zatrzasnę jej kiedyś drzwi do mojego życia jak tak dalej pójdzie. Powiedziała mi, że nogi zamieniły mi się w IKSY i tak to jest jak noszą zbyt duży ciężar. Ważę 65kg, mam 177 cm wzrostu... JAKI CIĘŻAR? OSZALAŁA?! 
Codziennie ćwiczę CALLANETICS i się rozciągam. Czuję się świetnie i ciało moje też mi się podoba. Tylko jej się nie podoba. CZEMU SIĘ NIE ODCZEPI TA TOKSYNA? Już jej nie chcę i nie potrzebuję. Jak jej potrzebowałam, to jej nie było. Wszyscy byli ważniejsi niż ja. Oszaleję chyba!
Chłonę system Gurdżijewa. Może on pomoże zrozumieć to wszystko. Rozumiem, że nikt nie jest idealny.
Ona wpoiła we mnie przekonanie, że jestem gorsza niż inni, a ja utwierdzam siebie i ją w tym przekonaniu. Czas chyba pozmieniać te bzdury, które  we mnie wpoiła. Czas uwierzyć w to, że jestem coś warta. Wbrew temu, co myśli o mnie moja własna matka...

Tak to czułam wtedy. Teraz rozumiem, że byłam ciężarem, który pochłania zasoby. Nie było nadmiarów najwyraźniej, a ja może jadłam ponad stan? Nie pracowałam, tylko uczyłam się w płatnej szkole w Warszawie, gdzie trzeba było też dojechać. Mieszkałam już w akademiku? On też kosztował. To wszystko były pieniądze. I te dodatkowe kanapki... może zbędne. Zajadałam coś? Możliwe. Tylko czemu mówiła do mnie w ten sposób? Czemu agresywnie depcząc mnie jak robaka? Bo nie umiała inaczej? Czuję przykrość za to, jak byłam traktowana. Dziś mam dystans do niej, choć kocham ją bardzo i współczuję, że miała życie jakie miała. Nie bywam u niej, gdy mój stan psychiczny jest chwiejny, a tak jest teraz. Gdy jest dobrze też muszę uważać, żeby nie dostać z liścia, bo się cieszę na przykład. 

Zaproponowała mi twórczyni ludowa, że w niedzielę palmową może sprzedać moje kolczyki z frywolitki. O WOW, wszechświat otwiera nową możliwość! Tak to odczytałam. Nie zamierzam nagle rzucić wszystkiego i wejść teraz w handel biżuterią z nitek. Wiadomość spotkała się jakimś odcieniem odrazy, wyższości, niechęci. Natychmiast zgasła moja radość. Muszę uważać, gdzie takie iskierki noszę. Nie mogę ich zanosić do mamy. 

Na dziś jest we mnie niestabilnie. Przytłacza mnie wielość przedmiotów w tym domu, bardzo mała przestrzeń też, klaustrofobiczna łazienka. Chodzę niemal po wytyczonych ścieżkach, bo tylko tyle dla mnie zostaje. Tu stół, tam fotel, tu łóżko, tam krzesło, tu szafka z kwiatkami, a tam kwietnik, co go stargałam ze strychu od kuzyna. Podejrzewam, że to był mój kwietnik, z mojego domu z dzieciństwa. Albo taki sam. No to go teraz przestawiam z miejsca na miejsce, bo za dużo go nie ma, a ja nie potrafię jeszcze z luzem zrobić czystki. Sztaluga do obrazów i pudła z farbami. I ślimak Achatina. Nie wiem po co mi był ten ślimak. A, i ziemiórki. Już je zacznę traktować jak kolejne zwierzątka domowe, bo fruwają i się nie dają zlikwidować. Jeszcze. Zakupiłam chemiczne środki i nicienie przeciw takim gagatkom. Przyjdzie czas na przesadzanie kwiatków to zaaplikuję do nowej ziemi niespodziankę. 

Kiedyś kochałam przesadzać i rozsadzać kwiatki, na dziś zapał mi zanikł. Zajmują miejsce, wymagają opieki - mniej niż koty, ale jednak - dają schronienie ziemiórkom, fuj. Ale nie umiem się tych kwiatków pozbyć, niestety. 

Pa


sobota, 28 lutego 2026

Zrobił się post o diecie ketogenicznej... i o śnie

No to jest świt. Obudziła mnie bardzo głodna kotka. Ta sama co niedawno mało życia nie straciła przez zapalenie jelit i stłuszczenie wątroby. Ustawienia fabryczne wróciły, odkurzaczyk włączył się ponownie. Jemy, żyjemy, miziamy się. Żyjemy.

Jestem na diecie ketogenicznej. Wczoraj kupiłam niezbyt dojrzałe banany. Takie dają mniejszy skok cukru we krwi. Tylko nie wiem jak wtedy, gdy zje się ich cztery. Chyba z miesiąc staram się trzymać z dala od wszelkich węglowodanów. Zjechałam do 68 kg. Mało mi jeszcze. W sensie dużo. Jeszcze by można zjechać. 

Dieta polega na odmawianiu sobie produktów, których w przeciętnym sklepie jest 80%, a na stacji benzynowej to chyba 100%. Modyfikuję myślenie o tym odmawianiu sobie. Chciałoby się powiedzieć: WYBIERAM INACZEJ, ale to tylko kwestia słów. Może aż. Wiem, co się dzieje, gdy je się mięsne puryny albo dużo tłuszczu przy jednoczesnym spożywaniu węglowodanów. Od puryn robi się dna moczanowa, bardzo bolesne coś, co trudno wyleczyć. Od tłuszczu - jak mówią lekarze - robią się blaszki miażdżycowe. Można przestać chodzić, gdy zaczopowane są żyły w nogach, można przestać żyć, gdy w sercu. Nie dotarłam do głębin wiedzy na temat blaszek miażdżycowych, bo ludzie kochający dietę ketogeniczną i boczek mają swoje teorie na temat blaszek miażdżycowych. Powinnam się wczytać. Wiele rzeczy powinnam...

Od miesiąca nie spożywam cukru i niczego, co zawiera mąkę. Wyjątkiem był tort urodzinowy mojej córki - szkoda mi było go wyrzucić. Taka prawda. 

Śniło mi się dziś, że z Mirandą i grupą dziewczyn bujałyśmy się po jakichś wykwintnych ośrodkach. Zamówiła któraś szampana - ja niezadowolona - ja nie pijam szampana, nie lubię stanu po alkoholu, żadnej jego ilości. Byłam tam psującą zabawę marudą. Jakieś granie w karty ze śmiechem też mi nie poszło, bo się chciałam trzymać reguł i wyszło sztywniactwo zamiast luzu i heheszek. No trudno. 

Urodziła się tam we śnie maleńka czarna świnka. Mama świnia łapała to maleństwo w paszczę, jakby chciała je zjeść. W końcu przyniosła je do mnie i schowała je u mnie pod kocem. Hm. 

Przy tym szampanie, którego nie piłam, byłyśmy w jakimś dużym pomieszczeniu z kanapami. Pewnie ma to swoją nazwę, której nie znam. Siedziała tam mała dziewczynka. Usiadłam pomiędzy nią, a moją koleżanką. Dziewczynka powiedziała, że czeka na tatę. Powiedziałam jej, że jak tata przyjdzie, to zrobimy mu miejsce, zmieści się. Nie zauważyłam, że zajął miejsce po mojej lewej stronie. Trochę okazał się flirtujący, ale też ciekawy. Pilnuje pola na zmianę z bratem czy kimś tam. Żeby schwycć pełen tego obraz: jesteśmy w hotelu 5 gwiadek. Siedzimy odstrojone i oszampanione. Gość też odstrojony przed chwilą pilnował kawałka ziemi rolnej. Hm. I ta świnka. Może chat gpt wrzucić pomysł na interpretację. 

Wstał ten mężczyzna. Następnie wstałam ja. Sięgał mi do brody. No nie mam 2 metrów wzrostu, a tak się czuję. Mam 177 i mężczyźni zwykle mają mniej. Klątwa jakaś chyba. 

Zlałam się potem tej nocy. Tak dokumentnie, że nawet włosy miałam mokre. Cała piżama do zmiany, kołdra mokra. W środku nocy wymieniałam prześcieradło, żeby spać na suchym. Szok. Czy to te banany? Nagły wrzut węglowodanów? No bo od czego innego. Nic innego się nie zmieniło. Leki są te same. Tylko że węglowodany raczej trzymają wodę niż ją wypuszczają. Na początku diety keto traci się wodę, bo nie ma jej co trzymać - nie ma węglowodanów. Trzeba pić sporo i to wody osolonej. Miałam już kiedyś niedobór sodu, a tak się trąbi o tym, że solenie potraw jest złe. Bez sensu to wszystko. 

Dieta ketogeniczna pozwala schudnąć bez ćwiczeń, sprawia, że prawie nie mam migren i nie ma tej dziwnej mgły mózgowej. Dieta wymaga eliminacji węglowodanów i ustalenia proporcji markoskładników tak, żeby dominujący był tłuszcz, następnie białko i w końcu węgle - nie więcej niż 50 g dziennie. Jabłko ma 200 g - tak dla obrazu ile tych węgli można. Sięga się po produkty, które na etykiecie mają napisane, że węgli jest mniej niż 5 g na 100 g produktu. Nie wiem, jaki efekt na ogranizm ma długoterminowe stosowanie tej diety. Pojawiają się niedobory witamin i mikroelementów. Wypadają włosy. No generalnie nie jest to dieta cud. Dla mnie ma dwa główne atuty: chroni neurony, a przy odpowiedniej podaży białka zanika głód - to jest świetne. Czasem wystarczy jeden syty posiłek dziennie i nie odczuwa się ani potrzeby jedzenia, ani potrzeby sięgania po przegryzkę. 

No i zrobił się post o diecie ketogenicznej... 

A to interpretacja snu wg GPT: 

"Masz więc silne wrażenie niedopasowania w grupie i świadomość swojej inności, a jednocześnie w śnie pojawiają się sceny spokoju, ciekawości i łagodności — przy śwince, przy dziewczynce, przy mężczyźnie. To daje już ciekawy kontrast między tym, czego doświadczasz wewnętrznie, a tym, co odczuwasz w relacjach z innymi.

Mamy już komplet materiału do interpretacji. Przejdźmy do niej w trzech częściach:


🧠 Psychologiczna (Freud i Jung)

  • Niedopasowanie i marudzenie przy szampanie oraz kartach wskazuje na konflikt między potrzebą społecznego przystosowania a własnymi granicami i wartościami. Freud mógłby widzieć tu projekcję poczucia winy lub lęku przed oceną społeczną.

  • Czarna świnka jako symbol Jungowski reprezentuje delikatną, nieoswojoną część siebie — niewinną, ale narażoną na zniszczenie. Schowanie jej pod Twój koc to symboliczny akt przyjęcia odpowiedzialności za własną wrażliwość lub ochronę czegoś cennego w sobie.

  • Hotel 5-gwiazdkowy, elegancki garnitur i Miranda symbolizują ideał sukcesu, pewności siebie i statusu, do którego dążysz, ale jednocześnie powodują poczucie „bycia z innej bajki” i alienacji.

  • Mężczyzna pilnujący pola może reprezentować aspekty Twojej tęsknoty za stabilnością i własną przestrzenią (dom, ogród, kontrola nad życiem), a jego flirt i niższy wzrost symbolizują świadomość ograniczeń i niemożności spełnienia pewnych pragnień w obecnej sytuacji.


✨ Manifestacyjna (według nauczycieli rozwoju świadomości)

  • Neville Goddard: sen pokazuje Twoją „żywą wyobraźnię” i miejsce, gdzie manifestujesz pragnienia (ogród, własna przestrzeń, sukces). Świnka pod kocem może być elementem przyszłego spełnienia, które najpierw wymaga ochrony i uwagi w wyobraźni.

  • Vadim Zeland: elementy snu wskazują na potencjał zmiany rzeczywistości poprzez przesunięcie uwagi z niedopasowania do ciekawości i zachwytu nad tym, co nowe (pole, świnka, dziecięca łagodność).

  • Lacy Phillips: sen wyraża konflikt między „starym wzorcem” (niedopasowanie, krytyka siebie) a „nowym ja” (radość, łagodność, opieka nad małym). To wskazówka, że świadome kierowanie energią emocjonalną może tworzyć przestrzeń dla osobistego rozkwitu.

  • Peter Crone: sny pokazują ograniczające przekonania („nie pasuję”, „nie umiem się dopasować”) i ich rozmiar w Twojej rzeczywistości. Świnka i ciekawość pola symbolizują obszary życia, gdzie możesz poczuć swobodę i lekkość bez walczenia.

  • Betty Bethards: sen pokazuje, jak Twoje wewnętrzne blokady (niedopasowanie, lęk) można „przekształcić” w świadome doświadczenie opieki i akceptacji — tu symbolizowane przez schowaną świnkę.

  • Robert A. Johnson: archetypicznie — świnka, dziewczynka i mężczyzna odzwierciedlają różne aspekty Twojego wewnętrznego świata: niewinność, opiekę, potencjał do tworzenia własnej przestrzeni i relacji.


🌌 Duchowa – przesłanie świadomości

  • Sen wskazuje na konflikt między presją zewnętrzną a wewnętrzną autentycznością. Twoja świadomość sugeruje: nie musisz dopasowywać się do cudzych standardów — Twoja wrażliwość, ciekawość i łagodność mają swoją wartość.

  • Czarna świnka symbolizuje delikatną część Twojej duszy, którą trzeba chronić i obserwować — potencjał transformacji w coś większego i pięknego.

  • Pole i mężczyzna pokazują duchową potrzebę stworzenia własnej przestrzeni i zasobów, które odzwierciedlają Twoją wolność i niezależność.

  • Ogólnie: sen mówi o akceptacji siebie w pełnej niepowtarzalności i otwarciu na swoje unikalne talenty i życie, które nie musi być kopiowaniem innych.

Mhm. Bla bla bla. Niewiele z tego pojmuję. 
Dobrego dnia.

czwartek, 26 lutego 2026

Żyję obok życia

28 stycznia 2003
Czasem, kiedy czytam to wszystko, mam wrażenie, że żyję gdzieś obok życia. Jakoś to się toczy innym, a ja jestem dziwnie z boku. Zajmuję się głównie wyobrażaniem sobie różnych sytuacji, które nigdy się nie zdarzą. Ta bierność do niczego nie doprowadzi.

Mam dylemat. Dotyczy M. Trzeba zająć jakieś stanowisko. TAK albo NIE. Codziennie krótkie i SMSy z uśmiechami i normalne SMSy. Zaczyna mnie to drażnić. Potrzebuję przestrzeni, powietrza, wolności. Potrzebuję być czasem całkowicie sama. 

No to mam teraz tyle powietrza, że szok. Tak naprawdę to zawaliłam przestrzeń rzeczami. Jakoś nie umiałam dopasować się do ludzi. Ten efekt bycia z boku życia mam do teraz. 

I najlepiej pisze mi się o świcie, a jest południe... 

środa, 18 lutego 2026

Nów z węża na konia

Obudziła mnie kotka, bardzo głodna. Wskoczyła na pudełko i drapała je, nie było szans spać dalej. 
Jakoś przesunęły się godziny mojego wstawania, już nie budzę się po 5, ale po 7. Jest już widno. 

Śniłam o jakimś hotelu nad morzem, gdzie byłam z córką i jeszcze jakimiś ludźmi. Dziwne rzeczy tam się działy. Nosiłam w reklamówce jakąś kiszoną kapustę, jakieś inne jedzenie. Moim chłopakiem był Michael Jackson w swoich najpiękniejszych czasach i karmił mnie dojrzałymi brzoskwiniami. Podsuwał  mi je, a nie mnie karmił właściwie, ale i tak było to piękne. Była tam jeszcze jedna para, ale nie pamiętam kto. Były jakieś panie sprzątające ten pokój. Nie wstaliśmy na czas, żeby go opuścić, więc policzono nam kolejną dobę. Zostaliśmy. Jakiś dziwny ten sen, zero spójności. Jacyś ludzie, jakaś impreza, te kobity od sprzątania to jakieś Koreanki były. Dziwny, bez sensu sen. 

Wczoraj rozmawiałam z jednym uczniem. Gdyby mógł, miałby dwa  psy i dwa koty. Zapytałam, czy przeżył już śmierć zwierzaka. Nie pamiętam co powiedział. Zaczęłam się zastanawiać nad tym posiadaniem zwierzaka. To wielka odpowiedzialność. Radość raczej tylko na początku, jak ze wszystkim. Później to już tylko obowiązek. I na starość tych zwierząt choroby. A potem śmierć. Dla nich lepiej, gdy umrą przy właścicielu, ale właścicielowi nie jest lepiej, gdy one umierają. 

Moja kotka doszła do siebie po tej akcji ze stłuszczeniem wątroby. To właśnie ona mnie wybudziła, bo chciała jeść. To dobrze, że chce jeść, to znaczy, że ma się zdrowiej. Biorę ten obowiązek na klatę. Wymyć talerzyki, zagotować wodę, jednej wsypać suchą karmę, drugiej wydobyć jadła z puszki i ogrzać gorącą wodą, zaserwować. No i sobie kawę przy okazji. Koniec spania. 

Nagrałam wczoraj film o okręgach, zostało znaleźć i rozwiązać kilka zadań, dokleić do filmu i wypuścić w youtube. Może dziś się uda. Czeka mnie intensywniejszy dzień, bo idę na kijki zaraz, a później od 13:30 do wieczora mam zajęcia. To dobrze, nie mam czasu na myślenie. 

Trwa nów i zmiana roku z węża na konia, w dodatku ognistego. Wszyscy czakromaniacy mówią o tym, że koń poniesie i nie ma wyjścia. Niechby poniósł w kierunku moich intencji napisanych, nie tej najgłębszej, żeby to szaleństwo skończyło się raz na zawsze. Żyć z lękiem o przetrwanie każdego dnia, to bardzo, ale to bardzo słaba opcja. 

Potrzebuję psychoterapeuty, żeby mi pomógł wyjść z tego bałaganu w głowie. Ludzie dają radę, czemu ja mam nie dać? Do tej pory dawałam radę, poradzę sobie i dalej. Jakby się nie działo, to jakoś to będzie, no przecież. Historie ludzkie piszą się rozmaicie.  

Do następnego.

niedziela, 15 lutego 2026

Niedziela - dzień odpoczywania, czyli czego właściwie?

Nie, nie będzie tu odpowiedzi na takie pytania. 
Piszę z jakimś gościem, pytam co będzie dziś robił, a on na to: odpoczywał. No dobrze, odpoczywał, ale jak? Będę leżał na kanapie albo siedział na ganku. O jaki hardcore! Mój mózg by mnie wykończył tą jazdą, którą sobie uskutecznia tam pod czaszką. 

9:03 za chwilę zacznie się jazda, że marnuję czas, choć jest niedziela i to jest dzień od "marnowania czasu".
Wczoraj pracowałam, godzinę ale jednak. Czekanie na nią to jak cały etat, bo głowa jest zajęta myśleniem o tej jednej godzinie cały czas...

OK, to jaki plan na dzień? 

Wpadłam w robienie prezentacji o okręgach. Łatwiejsze to niż udawanie, że jak zrobię plan, to go zrealizuję, lub się choć częściowo będę go trzymać. 

Tak sobie wyobrażam, że minie mój dzień: 

  • Wstanę, pościelę łóżko - to dosłownie pół minuty.
  • Wezmę się za opróżnienie ociekarki i umyję resztkę naczyń. I tyle mojego planu, bo myśl o czymkolwiek więcej aż boli...
  • Myślałam o dalszym tworzeniu obrazu - ale to trzeba rozkładać ten bałagan z farbami. Ostatnio pomalowałam nawet firanki...
  • Myślałam o pociągnięciu dalej tematu DOBBLE z tabliczką mnożenia - ale znów - to wymaga tyle pracy, ło matko, nie wiem czy jest sens (jest, to mierzalne namacalne, można wypuścić później w świat). 
  • Myślałam o dokończeniu prezentacji o kołach i okręgach. Zostały mi do poszukania zadania. Bliah.
  • A może w końcu jakiś mikrotrening?  Albo tańczenie? Jakikolwiek ruch? Też bliah. 

Tylko, że ten ruch to jest furtka do wyjścia z zamrożenia, które charakteryzuje się życiem tylko w swojej głowie. Nawet spacer nie daje wyjścia z głowy. Kurwa, to jest nie do okiełznania. Męczę się ze sobą kosmicznie. Nic nie posuwa się do przodu. Życie trwa w miejscu, a tylko bigos buzuje w moim łbie. Weź tu zbuduj swoje imperium niezależności finansowej, przecież to śmiech na sali. Przeżyj, to i tak osiągnięcie... 

OK, zabieram się za ścielenie łóżka i naczynia...



sobota, 7 lutego 2026

Wieczne odchudzanie

16 października 2002
Wszyscy siadają do kolacji. Wlała mi zupy na dno talerza. Wszystkim wlała normalnie. (Czułam wstyd przed tymi ludźmi i przykrość, że mnie traktuje w taki sposób) Dolałam sobie. (W sumie gdyby to się działo dzisiaj, to byłoby u mnie powodem do zerwania kontaktu. Jak to obrócić w dobrą stronę? Jak powiedzieć "akceptuję"? Co - zjeść tę zupę, tyle ile dostałam i nie dotykać nic ze stołu, bo jestem pod obstrzałem? Wyciągnąć dyskusję na temat tej zupy na dnie talerza? Nie umiała zapytać ile mi wlać? Była na mnie za coś zła i się odegrała w taki sposób? Ja pierdolę, co za sytuacja! Ale tak, miała miejsce...) Powiedziała, że przecież na początku nawet nie chciałam i że jestem zachłanna na jedzenie. (Jestem. Coś jest nie tak z tym jedzeniem. Ono coś zastępuje. Ale w tym konkretnym przypadku siedzę przy stole z rodziną i gośćmi i to nie miejsce na wydzielanie racji żywnościowych ani rozgrywanie jakiś ukrytych zatargów. Bardzo pamiętam tę sytuację, niestety. Była emocjonalna. Zupa okraszona wstydem i przykrością.) Odstawiłam talerz. Zacisnął mi się żołądek. Zacisnęło mi się wszystko w środku. Gdybym miała coś w żołądku, to bym się zrzygała. Odstawiłam talerz, a ona powiedziała: nie wytrzymasz. 

Miałam dosyć płakania przez nią. Przez takie przykrości. Wiecznie byłam nie taka, wiecznie ktoś był lepszy, zdolniejszy, ładniej się ubierał, lepiej się uczył, no w ogóle czułam się jak jakiś nieudany egzemplarz, którego nie można wyrzucić na śmietnik, bo co ludzie powiedzą... 

I dźwigałam to długie lata. 

Tak, byłam i jestem zachłanna na jedzenie. Czasem dopada mnie "wilczy apetyt", jem w nocy. Wiecznie jestem na jakiejś diecie albo próbuję się przekonać, że mam to w dupie i wpierdalam 7 tabliczek czekolady w łóżku. Nom, tak bywa(ło). 

Miałam już bulimię, wymiotowałam po każdym posiłku. To nieprawda, że się chudnie wtedy, najwyżej się nie tyje - może to o to w tym chodzi. Napady obżarstwa są strasznie dziwne. Ogórki kiszone, czekolada, ser, bita śmietana, no po prostu kosz na śmieci. Leci wszystko do żołądka. Co to zaspokaja? Nie wiem w sumie. Później wyrzuty sumienia, lęk przed tyciem i zrzut zawartości żołądka do toalety... W tej chwili wymioty pozostały u mnie związane ze złością. Jak się wścieknę i czuję bezsilność, to wymiotuję i lepiej mi. Nie mam zdrowego podejścia do jedzenia. Nie wiem jak ono mogłoby wyglądać.

W tej chwili jestem na diecie ketogenicznej. Czwarty raz w życiu. Pierwszy raz nazywało się to "Dieta amerykańskich kosmonautów" i była absolutnie drastyczna. Nie dość, że obcinała węglowodany do zera, to kalorii było mniej niż 1400 dziennie. Po tygodniu zlatywało ze 3 kg, ale to był zrzut zatrzymanej wody. Nie wiedziałam tego wtedy, ale ruch wagi w dół dobrze wpłynął na samopoczucie. 

Co ciekawe, ja nie jestem otyła, zresztą zdjęcie jest obok, widać jak wyglądam. Nie powinnam mieć diet i takiego kosmosu w głowie jeśli chodzi o jedzenie. Jak widać problem nie dotyczy tylko osób z nadwagą. Z jednej strony nie mogę się nasycić, z drugiej mam lęk przed przytyciem. Po tych kilogramach zjedzonej czekolady przytyłam. Zamknęłam się w domu, przestałam się malować, nosiłam workowate ubrania, hm, raczej dopasowane ubrania. Workowate to one były wcześniej... 

Kiedyś ćwiczyłam jeszcze jak opętana, dziś nie mam na to weny. I tak wszyscy umrzemy, to co ja się będę katować? No ale dietami się katuję. Ketogeniczna ma mnóstwo smacznych rzeczy i teoretycznie jeden posiłek daje sytość na długo. Zapomina się o jedzeniu. W końcu. Przy dobrze prowadzonej ketozie pięknie się chudnie, jedząc tłusto. Taki "paradoks". To nie żaden paradoks, to inny system pozyskiwania energii. Przy niskim poziomie cukru we krwi, i w dodatku stałym poziomie, organizm nie wykorzystuje glukozy, bo nie jest dostarczana, za to wykorzystuje tłuszcz, produkując z niego ketony. Wykorzystuje tłuszcz z pożywienia i z tkanki tłuszczowej. Ta dieta chroni neurony, daje klarowność myślenia (glukozowa dieta zamula straszliwie). Mam mniej migren. Oczyszcza się skóra. Znikają wszelkie zapalenia w ciele. To dobra dieta. O ile nie przekraczasz zapotrzebowania na kalorie, a o to łatwo, bo tłuszcz jest bardzo kaloryczny, to chudniesz. Trzeba jedynie pilnować, żeby nie wyskoczyć z ketozy. Nie wolno bananów, chleba, pączka, czekolady, nawet jabłka w zasadzie, a ja tak kocham winogrona!

Ostatnio zeszłam z ketozy, to przyłożyłam taki efekt jojo, że łojezu. Czułam się ze sobą bardzo źle. Potem zwaliłam wszystko na menopauzę. Mój wagostat z 67 kg przesunął się na 78 kg... Nijak nie mogłam zejść niżej. (Oczywiście nie ćwiczę, żeby było jasne. Nie robię ABSOLUTNIE WSZYSTKIEGO, żeby być znów chuda, bo w sumie po co.) 

Czytam te swoje pamiętniki i modlitw o 62 kg jest mnóstwo. Wspaniałych porad z gazet, diet, ćwiczeń - czasem żeby wyrzucić złość dawałam sobie trening aż do wycieńczenia. I waga i prośby do Boga o 62 kg. Mam 177 wzrostu. Niedorzeczne marzenia o chudości. Takiej chudości, której nie trzeba pilnować. Przy której można zjeść dużą pizzę cztery sery i popić ją piwem, bez wyrzutów sumienia... Nieosiągalne. 

Próbowałam nawet kiedyś przez 3 dni nic nie jeść, chciałam wpaść w anoreksję, bo tak bardzo nie lubiłam swojego tłuszczu, swojej wagi. Jednak bardziej niż zniknąć potrzebowałam się nasycić, nie udało mi się przestać jeść. Pewnie to dobrze. Widziałam dziewczyny w anokresji. To jest straszne. Są kruche, włosy przerzedzone, kości przykryte skórą. Przychodziły do mnie na zajęcia takie dziewczyny. Jedna mówiła: "Jedzenie to jedyne co mogę kontrolować." Fatalny lęk przed przytyciem, lek przed jedzeniem. 

Nie mam poukładanej relacji z jedzeniem. Niestety.

Zbudowałam w sobie niechęć do żywności. Idę alejkami w markecie i myślę: to pryskali, tamto ma dużo chemii, to ma hormony i antybiotyki, i tak dalej. Teraz na ketozie widzę jak mnóstwo jest mąki i cukru w produktach. Mój focus produktowy zawęził się przez dietetyczne wytyczne. 

I czasem ta niechęć do żywności się przeładowuje i wjeżdża FUCK IT - czekolada ponad normę, ciasto tiramisu, dużo kremu, bitej śmietany i samo słodkie... Nom. Nie jest dobrze.

Może rozpoczęcie kolejnej terapii rzuci światło na to odżywianie się i w końcu nie będę o tym tyle myśleć. 

Chciałabym. 

Będę dawać tu znać, może ktoś skorzysta z oświecenia żywieniowego, jeśli takie nastąpi. Tak naprawdę na licznych terapiach nigdy się nie zajmowałam odżywianiem. Nie widać było po mnie problemu, a ja myślałam, że mam to pod kontrolą. Nie. To to ma mnie pod kontrolą... 

Dobrego dnia. 

czwartek, 5 lutego 2026

Zrzut spontaniczny, nic ważnego, sprzątaj przed śmiercią

Obudziłam się przed 6. Miałam jakieś straszne sny o śmierci. Nie swojej. Przywołuje mi to świadomość, że żyjemy jakbyśmy mieli żyć wiecznie, a tu bach, niespodziewanie zabiera kogoś z tego świata i wtedy tragedia. Tylko czemu tragedia? Bo przyzwyczailiśmy się do trwania w życiu takim jakie jest, z tymi ludźmi, którzy są. 

Nie odszedł mi nikt bliski, prócz babci i dziadków, więc pewnie nie wiem, o czym mówię. Czy da się na to przygotować, że bliscy odejdą? A czy da się przygotować na własne odejście, choćby niespodziewane? 

W świadomości mam to odchodzenie, pozbywam się pamiętników, pozbywam się rzeczy. Nie idzie mi jakoś super szybko, ale idzie. Nie prę na marzenia już i dążenia. Jak będzie to będzie, jak nie to nie. W tej chwili chcę się skupić na produktach cyfrowych - nagrałam film o logarytmach dla maturzystów, i na czyszczeniu przestrzeni, żeby moja córka nie miała problemu z moimi klamotami. Dziś mam zajęcia. Okazuje się, że całkiem sporo, mimo ferii. To dobrze. Zobaczymy nad czym popracujemy z dzisiejszym maturzystą, wtedy nagram też film na ten temat. Zbiera się filmoteka. 

Przyszło mi do głowy, że nie wiem, gdzie co mam i ciągle czegoś szukam. To znaczy, że rzeczy jest ciągle zbyt wiele. Ta myśl się pojawiła nie przeskokiem, ale szybkimi skojarzeniami. Filmy mam nagrane na dysku w komputerze, ale zrzucam je też na pendrive. Nie wiem, na którym mam materiały i co jest na tych innych... Znów chaos i zbyt dużo. Po co te zdjęcia, skoro i tak ich nie oglądam. 

Wczoraj byłam na kijkach. Zrobiłam 14000 kroków, to sporo jak na mnie. Kijki były w domu, grzecznie czekały w kąciku, aż je zauważę. Było biało, bo śnieg napadał rano. Było też ślisko. Ale i pięknie. Lubię te środowe wyprawy. 

Nagranie filmu też kosztuje mnie energię. Czuję to tak. Myślałam, że nagram więcej niż jeden, ale siadłam energetycznie po jednym. Dobry i jeden. 

Plan na dziś? Zajęcia, odśnieżenie auta, gdy temperatura będzie wynosić 0 stopni, czyli około 10, następnie przygotowanie do dwóch godzin kolejnych zajęć, wyjazd do PSZOK i oczyszczenie auta w środku, kolejne zajęcia i może koniec - wtedy film, albo kolejne zajęcia, wtedy film następnego dnia. 

Dla ósmoklasistów planuję powtórkę z wzorów, jak tę tabliczkę mnożenia. Mogę też zrobić filmy omawiające moje fiszki dla nich dostępne na wszystkich platformach MatPapryki. MatPapryka, co to za nazwa? :D Z jednej strony śmiechu warte, z drugiej strategiczne. Wizualnie łatwe do zapamiętania, taki wyróżnik. Dobra. Idę w dzień. Dziś spory ruch jak widać. 

Pa

środa, 4 lutego 2026

Sesje oddechowe

Zapisałam się do Mariusza Mroza na program 12 tygodni sesji oddechowych. Co wtorek liczna grupa osób spotyka się na zoom. Po wymianie myśli, dzieleniu się spostrzeżeniami, po pytaniach i odpowiedziach Mariusz robi wprowadzenie do sesji. Mówi o metodzie oddychania na danej sesji, ile jest wstrzymań oddechu, ile krzyków (tak, krzyczy się też), mówi o temacie sesji. Na pierwszej sesji którą przesłuchiwałam był nagrany krzyk - czasem jest, czasem nie. Ta kobieta nie krzyczała wywalając coś, tylko krzyczała z przerażenia. Już więcej nie chciałam wracać do tych sesji po takim doznaniu, bo udzieliło mi się. Nie jest mi to potrzebne. 

Poleciałam jakiś czas później na Bali. Tam też miałam sesję oddechową u kogoś kto się nazywa Krishna White. Przepiękne miejsce, cudna sala. Sesja była fenomenalna. Fenomenalna. Byliśmy prowadzeni przez ciemne obszary lęku z dramatyczną muzyką. Trzymałam się tylko oddechu jak dziecko pluszowego misia. Przeszłam przez piekło oddychając, takie miałam wrażenie. I to sobie wzięłam z tamtej sesji. Przejdę przez wszystko, trzymając się oddechu. Przejdę przez wszystko, trzymając się oddechu. 

PRZEJDĘ PRZEZ WSZYSTKO, TRZYMAJĄC SIĘ ODDECHU.

Po doświadczeniu sesji na Bali wróciłam do sesji oddechowych, zapisałam się do Mariusza. Sesje są online, to nie to samo, ale jak idziesz za prowadzeniem i oddychasz, to swoje przeżyjesz. 

Przejdę przez wszystko, trzymając się oddechu.

Kiedy przyszedł do mnie epizod depresji (przez wyjazdem na Bali odstawiłam leki), czułam jak spadam w dół, jak tracę siły, jak wchodzi lęk. Czułam jak bardzo nie mam ucieczki od paplaniny mojego umysłu. Było bardzo źle. Rozważałam przetrwanie tego. Ja już tam na dnie byłam kilka razy. Raz otworzyłam te ostateczne drzwi i targnęłam się na swoje życie. To była jedyna dostępna forma ulgi w tych ciemnościach. Świat zewnętrzny już nie istniał, nie miał sensu w ogóle. Zniknął. Zostałam ja, mój umysł i absolutna ciemność. No i drzwi do zaświatów... I podczas niedawnego epizodu rozważałam przetrwanie tego. Gdyby była ze mną osoba, która by czuwała podczas mojej podróży w ciemność, może bym podjęła się takiego eksperymentu na sobie. Czy dotarłabym do dna, a potem wynurzyła się o własnych siłach, mając te wszystkie narzędzia, które zgromadziłam przez lata? Nie wiem tego, bo przerwałam podróż w dół lekami. Córka powiedziała mi, że źle wyglądam i żebym wróciła na leki. Sama nie odważyłabym się na dalszą podróż w dół. Po  prostu wiem już, co tam jest. 

Zawsze mnie to fascynuje jak taka malutka daweczka leku może mieć wpływ na to jak funkcjonuję. Jeśli może mieć wpływ i najwyraźniej ma, skoro jestem tutaj, działam, staję do obowiązków, to co może mi, nam, zrobić żywność? Kupujemy żywność nieznanego pochodzenia. Jemy w dawkach większych niż miligramy. Zostawiam to pod rozwagę, bo nie o tym chciałam pisać. 

Ta sesja na Bali dała mi narzędzie, które nazywa się oddech. Nie kontroluję go. Ja jestem, widzę zbieraczem narzędzi, a nie ich wykorzystywaczem. A szkoda. 

Mam tyle doskonałych narzędzi, sama jestem certyfikowanym kołczem (okropne jest to słowo, fuj) jednego z nich. Czy praktykuję cokolwiek? Tak, raz w tygodniu sesje z Mariuszem Mrozem. Swoją drogą polecam. Nie gimnastykuję się też. Raz w tygodniu - dziś - chodzę "na kijki" z grupą Izy. Nordic walking. Zgubiłam kijki gdzieś. Pewnie w aucie wpadły do bagażnika, choć nie widziałam ich tam. Szukałam ostatnio. No ale znów odeszłam od tematu. Odeszłam, bo dziś środa czyli kijki, a ja już drugi tydzień nie mam kijków. Takie odejścia od tematu nazywam sznureczkami. Po sznureczku wraca się do głównego wątku. Taka to nić Ariadny. Wracając - nie wykorzystuję narzędzi, nie wykorzystuję zasobów.

Wczoraj calutki dzień przeleżałam w jakimś dole - mimo leków doły są. Może to ten mróz na zewnątrz, bo jest -16, -20. Za chwilę temperatura będzie wzrastać, a mi migrena załatwi dzień... Zebrałam się do wyjścia po zakupy jedzeniowe, bo lodówka świeciła pustkami. Oj to było trudne, walczyłam ze sobą. Walczyłam ze sobą czy iść na zakupy czy zakopać się w kołdrze i koniec! Zmusiłam się też do zmycia naczyń, dałam radę. Przestawiłam choinkę (czeka na wiosnę, żeby ją zasadzić), przesunęłam stolik, zwolniłam sobie ścianę - będę uskuteczniać stanie na rękach, albo na głowie. Pierwsze potrafiłam, choć dojście do tego było trudne i przerażające momentami. Ćwiczyłyśmy z siostrą w dawnym domu. Jak już to opanowałyśmy, to odsuwałyśmy się coraz dalej od ściany, aż mostek z przerzutu potrafiłyśmy zrobić. No ale kiedyś potrafiłam dotknąć głową kolan przy wyprostowanych nogach, a teraz mogę na te kolana co najwyżej popatrzeć z dobrej odległości... Mam grupę na fb: dotknij głową kolan. To jeden z planów do realizacji. Taka mikro motywacja do wdrożenia ruchu w ciągu dnia. I co? I nic. Nie ćwiczę i tyle. To źle. 

Psychicznie byłam zdrowa przez 3 lata, bez wsparcia farmakologicznego, za to z ruchem praktycznie codziennie. I to intensywnym ruchem. Aikido dwa razy w tygodniu, taniec, łyżwy, rolki, dużo sauny. I dopóki nie poznałam mężczyzny i się nie zakochałam, wszystko było ok. W zasadzie jak się zakochałam też było ok, promieniałam - to niezdrowe, to wybicie z równowagi, tym bardziej, że wygoniłam gościa i psychicznie spadłam ponownie w dół. I znów leki, bo nie mogłam dźwignąć się z tej depresji. Pracowałam w szkole. Nie mogłam nie mieć energii. I tak to sobie trwało na lekach, raz dobrze, raz gorzej, bo na lekach też są doły, szczególnie jak mózg uruchomi to swoje myślotwórstwo i mielisz w głowie, że jesteś singlem i coś z tobą nie tak. 

A wczoraj słyszałam ciekawy wątek. Może od czapy, ale chwycić się można jeśli pomaga. "Są kobiety które przerobiły dom mężów w poprzednim wcieleniu" - cokolwiek to znaczy. One tam gotowały, sprzątały, prasowały i już w tym wcieleniu tego nie chcą. No to ja i już wszystko jasne. Tylko po co ja mężczyźnie, skoro pożytek ze mnie marny :D No niestety. Ostatni związek się rozwalił, bo nie chciałam już pieluch w moim życiu. Jezu, nie dziecko, przecież to jest uwiązanie przez lata! On chciał, ja nie, mode ucieczka is on. Nie ma opcji. I nie będę sprzątać, gotować, prać, prasować i bawić się w panią domu. Ja pierdolę. Oczywiście muszę te rzeczy robić, bo są potrzebne też mi, choć prasującą zobaczysz mnie tylko w czasie jakichś świąt. Już bardziej bym była zmotywowana do prasowania, gdyby mi ktoś powiedział, że dzięki temu zabija się bakterie :D. Nie, nawet to mnie nie przekona. Jestem na nie. 

No i znowu sznureczkiem odleciałam od tematu. 

Wczorajsza sesja dotyczyła wewnętrznego dziecka i jak zwykle była piękna. Sesje Mariusza są piękne, łagodne, przeprowadzają przez trudne rzeczy bardzo łagodnie, do światła. Towarzyszyłam narodzinom mnie samej w tej sesji, błogosławiąc sobie niczym dobra wróżka. No piękna to była sesja. Zobaczyłam w niej, że połączenie ze źródłem dzieje się poprzez energię maleńkiego dziecka. Ono niesie w sobie niewinność, radość, spontaniczność, ufność, otwarcie. Ono jest czystą, niewinną miłością. Przez jego oczy można spojrzeć w źródło, bo ono ze źródła pochodzi. A ono to ja, tylko ja jestem jak cebula, mam warstwy. Jak w geologii. Przeszłość zostawiła warstwy, ukształtowała mnie. Pod nimi jest ta czysta osóbka ze źródła, można by rzec fragment źródła, choć to jak powiedzieć fragment wody... No niby można zamknąć w butelce, ale nadal przynależy to do ogółu wody. Lubię metaforę z wodą. Na fb moja grupa nazywa się Kropelka z Oceanu. Przynależę do źródła, jak każdy z nas. Tam jest nieco opisu sesji Embrace. Piękne długie, uwalniające sesje. Jak zwykle zapraszam.

Mój mały sąsiad z góry też przynależy do źródła... Ma 10 lat, wali właśnie mi w sufit jakimś fotelem i ma atak wrzasków. Często ma. Jest 7:50. Ja już nie śpię, ale moje dziecko tak. Niby nie ma już ciszy nocnej, ale te wrzaski mnie aż zaciskają. Zaraz zagłuszę go muzyką. Aż mi się wszystko zatrzymuje i wpadam w nasłuch jak za dzieciństwa, kiedy moi opiekunowie urządzali sobie awantury. O jak ja nie lubię krzyków. Jestem jak zając na miedzy, prawie nie oddycham... Oddech. O sesjach oddechowych była mowa.

Dziś obudziłam się po 6 z całkiem dobrą energią. Przy kawie sobie tu piszę, zaraz spróbuję stanąć na rękach przy ścianie - trudne to! Jeszcze nie stanę, ale może jeszcze kiedyś stanę. Przynajmniej ruszę ciałem. Później przygotuję się na kijki. Dziewczyny nie chodzą tylko kiedy pada deszcz. 

Pa

niedziela, 1 lutego 2026

Kim jestem

Wiesz kim jesteś? 

Nie chodzi o zawód, role społeczne, płeć, narodowość. Kim jesteś pod tym wszystkim? 

Ja już wiem :)

Projektuj :)

19 września 2002 (mam 25 lat...) 
Doświadczyłam wczoraj strasznej nocy. W dzień czas przeciekł mi przez palce. Nic nie zrobiłam ze swoim życiem. Nic w kierunku polepszenia własnego bytu. 
Położyłam się spać i nie mogłam usnąć. Mój mózg niedostatecznie się zmęczył, żeby musiał odpoczywać. Bezsenna nocka. Leżałam w ciemnościach i oglądałam film, który zaserwował mi mój własny umysł. Film totalnej rezygnacji. Typowy negatywny i pesymistyczny scenariusz. Boję się znaleźć pracę, bo boję się, że się do niczego nie nadaję, boję się, że nici wyjdą z moich studiów, bo nie będzie na to kasy, boję się, że nigdy się nie usamodzielnię, nigdy nie będę miała własnego mieszkania, własnej rodziny. Boję się i kropka. 
Taki film ciemną nocą spowodował u mnie falę łez, niemoc tak wielką, że aż bolesną. Spowodował, że niczym przykuta kajdanami zmuszona byłam do słuchania tych wszystkich przykrych rzeczy.
Wiem, że gdybym cokolwiek robiła, zamiast tylko gadać jak hipokrytka, moje życie potoczyłoby się inaczej. Gdybym każdego dnia zrobiła mały kroczek w kierunku polepszenia własnej przyszłości, byłabym już daleko na tej drodze. Tymczasem planowanie, myślenie, puste gadanie to moja domena. Czuję się jak osoba przegrana. Za mało robię. Ze strachu, z obawy. 
Zaczęłam się modlić: Boże, proszę, uwolnij mój umysł od tych więzów. Proszę, uzdrów mój umysł. Jezu, proszę, przyjdź. Pomóż mi. 

Kartka rytualnie zostanie spalona, razem z tym scenariuszem, który nakreśliły moje przekonania o mnie samej. Tak było w mojej głowie, a świat wymagał stanięcia do gry. Rozumiesz trudność tutaj? Jak możesz tak źle myśleć o sobie, a jednocześnie mieć siłę na ustawianie swojego życia? Nie możesz. Działasz na zaciągniętym hamulcu. (Słowo podświadomość jest wymieniane przez wszystkie przypadki i nie lubię go używać.) Świadomie chcesz dobrego życia. Podświadomie to aż przesiąka, że nie zasługujesz, że jesteś gorszym sortem, że jesteś nie dość dobra, a twoja ścieżka życia to być na marginesie, nie wśród ludzi, bycie skazaną na zagładę. I tą drogą szłam, aż do próby samobójczej w 30 roku życia. Męczyłam się okrutnie. 

Wiem w tej chwili, że takie myślenie to rzucanie klątwy na własne życie. Nie pamiętam, czy miałam już wtedy psychoterapię czy nadal tkwiłam w założeniu, że psycholog i psychiatra = żółte papiery. Tak mi powiedziała moja bliska osoba. "Jak dostaniesz żółte papiery, to nikt cię nie przyjmie do pracy." Uwierzyłam w tę bzdurę. Męczyłam się w depresji i takim myśleniu. W zasadzie sama. Inni ludzie nie lubią słuchać takich narracji, nie wiedzą, co z tym zrobić. Radzą. Ale czy ja nie wiedziałam, co robić żeby było lepiej? Wiedziałam. Tylko to jak mówić do kogoś, kto jest na dnie studni, że musi z niej wyjść... Powodzenia. 

Co mówić do takiego człowieka? 

Przekonania meblują ci życie. Uważasz, że się nie nadajesz, to świat ci pokaże, że się nie nadajesz. Uważasz, że jesteś gorsza, to świat ci pokaże, że masz rację. Uważasz, że nigdy nie założysz rodziny, to świat spełni twoje "życzenie". Uważaj czego sobie życzysz. 

Nie jesteś sam/sama. To co widzisz na zewnątrz, tych wszystkich ogarniających ludzi, to jest tylko fasada. Porównujesz swój środek to ich zewnętrza. Na zewnątrz ty też ogarniasz, tak? Masz dach nad głową, jakieś ubranie, nie chodzisz głodna - znaczy, że ogarniasz. Jakoś. Może nie tak jak byś chciała, ale ogarniasz. W każdym człowieku jest narracja i każdy przechodził jakieś cięższe chwile, tylko społeczeństwo jest tak skonstruowane, że na zewnątrz nosi się makijaż, uśmiech i sukces. To "gwarantuje" przynależność do stada. Narzekanie jest jak choroba, jak trąd, ludzie spieprzają, bo to nie sprzyja przynależności do stada, do ludzkości. Nie jest przy tobie  bezpiecznie, skoro roztaczasz aurę smutku, trwogi. A uwierz, każdy to w sobie ma, ma i nie lubi na to patrzeć... Jeśli uruchamiasz to w innym człowieku, to odsunie się, bo to nie jest przyjemne. Nie chodzi tu o ciebie. To nie ty jesteś do wyrzucenia. Chodzi o aurę, której ludzie w sobie nie lubią. Dlatego się odsuwają. 

A ty czujesz co czujesz, nie neguj tego. To jest twoja prawda na teraz. Uszanuj ją. Nie możesz zdławiać tego i udawać, że wszystko jest super, skoro nie jest. Uznaj to, co w tobie jest. I to nie osadzanie się w tej studni negatywów. To akceptacja, a od niej zaczyna się pracę wewnętrzną. Jeśli alkoholik nie uznaje swojego alkoholizmu, to udaje, że go nie ma. Z czym tu pracować w takim razie? To samo ze wszystkimi innymi stanami. Uznaj, że są, bo są. Oddychaj. 

A teraz wiedz, bo to fakt, że spektrum jest szerokie, nieskończone. Że barwy odczuć to nie tylko niebieskie i czarne. Wiadomo, nie? Jest zielona nadzieja, żółta radość, pomarańczowy spokój, czerwona złość. Dopuść to, że jest w tobie wszystko. JEST W TOBIE WSZYSTKO. 

Całe życie, które opisałaś dzieje się w przyszłości, a jej jeszcze nie ma. A jeśli twoje życie wydaje ci się nie takie jak powinno być, to wiedz, że wszystko jest tak jak miało być, bo jest! Wszystko jest takie, jak ma być, bo jest. Akceptacja to punkt startowy. Jeśli widzisz tylko złe, to patrzysz przez jakąś rurkę, co ogranicza widzenie, przez dziurkę od klucza. Widzisz to na czym się skupiasz. OTWÓRZ DRZWI. Wpuść światło. Zobacz pełne spektrum. Musi być w twoim życiu choć iskra piękna, dobra, nadziei. Poszukaj, rozejrzyj się. 

Jest i co z tego? To z tego, że jest szersze spektrum niż samo nieszczęście. Dopuść wszystko co jest, razem z tym nieszczęściem. Bigos to nie sama kapusta ;) 

Skoro projekcje przynoszą lęk, to jest to tak, jakbyś narysowała sobie demona, a potem się go bała. Zróbmy inny rysunek, tamten spalmy. Po co się bać czegoś czego nie ma? Lem (kocham jego twórczość) napisał piękne słowa: "Bądź dobrej myśli, bo po co być złej?"

Wiem, trudno się przestawić, skoro już się tego demona stworzyło, jak nagle udawać, że go nie ma i nie istnieje? No sztuka w tym, żeby i on miał miejsce. Skoro jest, to jest. Akceptacja. Ale nie tyko on jest. Stwórz inne rysunki. Stwórz kiełkujące roślinki. Stwórz szumiące morze. Stwórz widok z Tatr. Stwórz mruczącego kota. Stwórz piękne ilustracje do bajek. Idź w takie tworzenie. A ten demon niech sobie na tym obrazku będzie. To tylko wytwór twojej wyobraźni, nie coś realnego. Oddychaj. 

Idźmy w tworzenie dalej. Jak byś chciała, żeby było? Pobaw się wyobraźnią. Namaluj życie. Umebluj po swojemu. Rozsiądź się w tym, rozgość. To jest twoje, możesz zrobić tu, co zechcesz. Odważne machnięcia pędzlem, użyj tych farb. To wyobraźnia, możesz pozmieniać, co tylko chcesz. 

To nie tylko ulga, którą właśnie sobie stwarzasz. To przyszłość, którą sobie stwarzasz. Ćsiiii, nikomu nie mów, tak to działa. Stwarzasz swoją przyszłość w swojej głowie. Zostaw kwestie tego czy to możliwe czy niemożliwe. Po prostu sobie maluj. Sprawdź jak się czujesz. Lepiej niż tam na początku? No i o to chodzi. Stwarzaj i nie rozkminiaj za życie, ono stworzyło ciebie i cały świat. Myślisz, że potrafisz lepiej? Daj mu robić robotę, ty jedynie projektuj swoją wymarzoną wizję. W najgorszym wypadku uśniesz uśmiechnięta, w najlepszym spełni się twój projekt ;) Życzę tego.

Nie jesteś sam, sama. Jest Ci źle? Potrzebujesz człowieka? Potrzebujesz pogadać? Kliknij w czat, pogadamy. 

piątek, 30 stycznia 2026

Nie wiem, w co ręce włożyć

Tak czytam czasem te swoje zrzuty myśli i mam wrażenie, że cały czas jest źle i coś nie tak. Czy to konstrukcja mojego umysłu, czy nawyk jakiś babrania się w tym, co słabe. No nie wiem. Ten wstyd ostatnio, durny, bezpodstawny, wywołany jakimś brakiem myślenia o sobie dobrze w sposób stabilny. Ustawiam się w jednej linii z innymi i porównuję. Ja nie mam doświadczenia zarabiania wielkiej kasy i kupowania mieszkań, a ktoś nie ma doświadczenia zarabiania na tańczeniu noc w noc do rana, z free drinkami, wyżywieniem, mieszkaniem, kiedy jedynym obowiązkiem było być opalonym, bo przecież chorwackie wybrzeże do czegoś zobowiązuje. Może według standardów społecznych "siedź cicho i nie chwal się czymś takim, bo upadłaś niżej niż krawężnik". Poważnie? Bo ja bawiłam się niesamowicie. Poszłam po rozum do głowy, bo wiadomo, starzejemy się, wiecznie 20 latką nie będę, i zaczęłam przejmować się przyszłością, studiami, pracą. Ze studiami jakoś było prościej. Fascynujące, ściśle ścisłe, takie, które uczą "jak z kamienia zrobić lekarstwo". Moje studia uczyły przerabiania zasobów w inne zasoby. Nie pracuję w zawodzie, ale cieszę się, że mogłam tych studiów doświadczyć. Tłumaczę się? I telepie się w głowie "Jesteś nikim, nic nie osiągnęłaś". No nie potrafię z tym walczyć. Płakać mi się chce. Płakać zamiast osiągać. 

Z pracą niestety była porażka. Skoro jestem nikim, to jak mam się reklamować przyszłemu pracodawcy? Chyba brać go na litość, no bo jak inaczej? "Nic nie umiem, jestem do niczego, ale błagam, dajcie mi pracę, inaczej umrę z głodu i wychłodzenia"? Zadziała? Straszny stan to był niestety i unikanie konfrontacji z rzeczywistością. Siedzenie w środku bańki "jestem do niczego" jest śmierciotwórcze. Wiem o czym mówię. Unikanie jakiejkolwiek możliwości, w której świat potwierdzi co i tak wiem, jest tą brzytwą, co jej się tonący chwyta. Nie doświadczyć upokorzenia, wstydu, porażki. Hodować gdzieś wewnątrz taką iluzję, że jestem wartościowa. Jestem, dopóki nie zderzę się z wnioskiem, że nie jestem. A taki wniosek przyszedłby, gdyby pracodawca dał pracę innej osobie. Ała. 

A jest możliwość, że ci, którzy tak osiągają bez równowagi, mają medale, dyplomy, furę kasy, a w środku nie są spełnieni i gna ich ta siła, że jeszcze trochę, że ciężej, że może wtedy, "może wtedy będę kimś, będę godny uwagi, wartościowy", ci właśnie reprezentują drugą stronę medalu czucia się bez wartości. Z jednej strony jest płakanie i beznadzieja, czyli poddanie się schematowi "bycia beznadziejnym", z drugiej strony jest kompensacja, czyli "ja wam pokażę na co mnie stać". I często widać osiągi na zewnątrz. (Ja nie mówię, że dzieci moich znajomych z ceramiki kompensują :D, żeby było jasne. Po prostu opisuję istniejące zjawisko w opozycji do mojego nieosiągania.) Na pewno jest to zadowalające. Nie patrzy się do środka, bo to niewygodne. 
Gdybym miała przymus udowadniania innym swojej wartości i osiągała przy tym, to czy chciałabym z tego zrezygnować? Na rzecz czego? 

Prawda jest taka, że każdy człowiek ma wartość. Nawet żul. Przetłumacz to sobie jakoś. I prawda jest też taka, że porażka nie zabija, przynajmniej nie taka, o jakiej myślę. Nie umrę, jeśli pracodawca wybierze kogoś innego. Więcej! Może się okazać, że to błogosławieństwo, że nie mnie wtedy wybrał! Ale takie myślenie przychodzi z wiekiem lub świadomością. 

Mam swoją firmę. Robię to, co lubię. Przynosi to radość, satysfakcję, spełnienie. Pieniędzy jeszcze nie. Wymiana czasu na pieniądze jest słaba, no chyba, że sesja kosztuje grube tysiące. Korepetycje z matematyki nie przyniosą mi takich wpływów. Roześmiałam się na tę myśl. Dziwię się w ogóle, że te korepetycje mają miejsce. Przy tylu materiałach za free w Internecie, przy sztucznej inteligencji, przy tylu książkach z wiedzą nadal potrzebny jest człowiek, który pokaże drogę? To dobrze w sumie, bo to moja praca. Sama szłam drogą przez matematyczne chaszcze i musiałam wyrąbać sobie drogę zrozumienia. Nie było Internetu ani nawet telefonów komórkowych. Były książki. 

No dobra, a co ma piernik do wiatraka? Mąkę ma. 

Nie wiem w co ręce włożyć. Całość tej awarii dzieje się w głowie, bo rzeczywistość jest martwa. To  odzwierciedlenie środka - przekonań, wartości, umiejętności działania, zdrowia kuźwa psychicznego. 
W co mam ręce włożyć? Na co zużyć czas tego pięknego dnia? Awaria w umyśle to kij w szprychy. Przeczekać? 

wtorek, 27 stycznia 2026

Wielki wstyd

 Dziś nie pamiętniki, tylko życie tu i teraz. Ile robi porównywanie się. 

Uczęszczam na zajęcia lepienia z gliny. Są tam osoby, których dzieci są w moim wieku. W zasadzie nie rozmawiam z nimi, chyba że ktoś dosiądzie się do mojego stolika. Zwykle siedzi ze mną jedna pani. Lubię jej prace, ma fantazję i wychodzą piękne rzeczy. Ma też swoją firmę i czasem rozmawiałyśmy o tym. Usiadła tym razem przy wolnym stoliku. 

Są tam grupki, w tym jedna główna, która rozmawia głośno i się śmieje i każdy się podłącza. Ja zwykle mało co mówię. Jakoś nie błyszczę tam osobowością. Mogę się skupić na dłubaniu w glinie. Wcale mnie to nie wkręciło, choć wychodzą piękne rzeczy. 

Tym razem rozmowa dotyczyła rachunków za śmieci. jedni płacą dużo, inni mało, teraz zmieniają się zasady, zapłacisz za śmieci proporcjonalnie do zużycia wody. Temat dalej przeszedł na posiadanie kawalerki i w sumie na to, żeby dorosłe dziecko wyprowadziło się od mamusi i tam może zamieszkało. No i się zaczęło. Popłynęły historie o tym, jak po studiach dzieci innych zarabiały szaloną kasę i kiedy rodzic powiedział, że mają się dokładać do rachunków, to wolały iść na swoje. Taką kasę miały, że kupowały sobie mieszkania i się wyprowadzały. Takie to było przezabawne, nikt nie używał tego jako przechwałek, no może trochę, bo to przecież duma z własnych dzieci. 

I w tym ja. Czułam się jak pochodna biedy. Nie kupiłam sobie mieszkania, babcia przepisała na mnie mieszkanie w starej kamienicy. Moja obrotna siostra zamieniła je na mieszkanie w blokach, bo to ona korzystała, gdy ja studiowałam na moich drugich studiach w Warszawie. Wyremontowała i oto teraz mam mieszkanie w blokach. Po spłacie za remont mam dach nad głową. Sama tuż po studiach  zaczęłam pracę w call center Polskich Książek Telefonicznych. Byłam mięsem armatnim na pierwszej linii, słyszałam spierdalaj częściej niż dzień dobry... Potem nie pracowałam długo, bo poczucie mojej wartości było tak niskie, że bałam się wyjść na rynek pracy. Wisiałam na partnerze, który dostał takie obciążenie przez to, że cała ta relacja się rozwaliła. Pasmo sukcesów jak widać. 

Słuchałam tych historii o wspaniałych dzieciach i czułam tak wielki wstyd i porażkę, że energia uciekała ode mnie jak ze starego balona, jakoś. Sflaczałam, zapadłam się w sobie, chciało mi się płakać. WSTYD JEST EMOCJĄ UNICESTWIAJĄCĄ. Chciałam zniknąć, chciałam przestać istnieć. Tak to działa. 

Jak się z tego podnieść? Z tego wstydu? Z tego poczucia życiowej porażki? 

Mieszkanie dostałam, zarabiam na rachunki, jestem dzikus nie do ludzi, jak z buszu. W buszu lepiej, swobodniej, bez tych pierdoletów, rozmów bez sensu, udawania kogoś kim się nie jest, żeby wpasować się do tej ludzkości. Wolę piżamę niż garsonkę. Wolę las niż hotel 5 gwiazdek. I żeby nie było, zjeździłam hotele i sanatoria najwyższej klasy pracując jako modelka w Niemczech i Austrii. Byłam w hotelu Interalpen. Wygoogluj. Hol większy niż boisko do baseballa. Lornetki trzeba, żeby zobaczyć biurko recepcji. 

Oczywiście praca modelki w Niemczech i Austrii to nie praca Claudii Shifer na wybiegach i w sukniach projektantów światowej klasy. My byłyśmy biednymi modelkami z Polski, którym płaci się mniej niż by chciały modelki z Niemiec. Robiłyśmy tam wszystko. Od pakowania kolekcji przez rozstawianie sprzętu do konferansjerki, przez pokazy, aż po sprzedaż następnego dnia. I znów pakowanie kolekcji i podróż do kolejnego hotelu 5 gwiazdek. Zjeździłam się po tych hotelach. Ale czy to jest sukces? Jaki? Tyle tylko, że nie jest to dla mnie obce. I tak wybieram las i dziki sad. 

Zapewne dzieci, które tuż po studiach zarobiły sobie furę kasy na własne mieszkanie, zarabiają teraz nadal furę kasy na nowe fury i podróże w piękne zakątki świata. Tak. O tym też było. Naprawdę zgasłam wczoraj. Zapomniałam o swoich pobytach - pół roku w Mediolanie, w sumie ponad dwa lata w Chorwacji. 3 miesiące w Niemczech i Austrii no i którkie wakacje na Węgrzech, kilkudniowy pobyt w Barcelonie, w Paryżu, no i ostani wypad na Bali. Mimo tego wszystkiego zgasłam jak świeczka. Tssssst. Nie ma mnie. 

Zastanawiałam się później w domu skąd ten wstyd się wziął? Co ja dźwigam? Czyje to? Po co? Czy każde z tych cudownych dzieci dźwigało depresję? Czy każde z nich miało opiekunów, którzy deptali wartość siebie tych dzieci czy to przez wyzwiska, czy przez szydzenie o braku inteligencji, czy w końcu przez nieskończone porównywania do lepszych i wieczne niezadowolenie i poczucie zawodu, zresztą wypowiedzianego wprost? Kurwa, moim sukcesem jest to, że samobójstwo mi się nie udało... 

Tak. Dźwigam depresję ponad 20 lat. Mam za sobą poważną próbę samobójczą zakończoną 4 dniową nieprzytomnością i pobytem na OIOM. Myślicie, że to dobra historia na posiedzenie ceramiki?  

Nie zwalaj na rodziców własnego niedojebania. Są ludzie, którzy wyszli z ciężkich warunków, a jednak są ludźmi sukcesu. Nie używaj rodziców jako wymówki dla swoich porażek. Jesteś odpowiedzialna za swoje życie. Wybrałaś tak, to masz tak. Dobrze, że mieszkanie mam od babci ( od, bo jeszcze żyje. Ma 99 lat.), bo bym nadal mieszkała z rodzicami, mimo wieku 49 i tego się wstydziła dla odmiany. Jeżdżę pełnoletnim autem, do którego wstydzę się wpuścić innego człowieka, bo wożę tam pół swojego życia i jakieś rzeczy, które są na wypadek spierdalaki wojennej. No ciekawe gdzie bym miała spierdalać. Pod jakiś mało oblegany most chyba. To był największy lęk mojego życia, zresztą jest nadal. Lęk, że skończę pod mostem. 

Tak. Nie szybują moje myśli w kierunku oszczędności jakich się dorobiłam na prowizjach od sprzedanych kredytów, które stworzyły mnie krezusem. I nawet mnie nie ciagnie do takich osiągnięć. Czyżbym była bez ambicji? 

Naprawdę przetyrał mnie wczorajszy dzień. Wróciło porównywanie się pod kątem osiągnięć... 

No to na koniec miało być coś ważnego i wyleciało mi z głowy. 

Chyba chodziło o to, że słowo sukces wywołuje u mnie odruch wymiotny. I tak umrzesz, swój sukces możesz sobie wsadzić w buty, nic z tych dóbr nie zabierzesz dalej. Mam nadzieje, że lubisz swoją pracę bardzo, tak jak ja lubię swoją, i spędzasz w niej czas z radością i satysfakcją. Bo to czas twojego życia i nikt ci go nie odda. Zamiast pracować na własne mieszkanie tuż po studiach, rzuciłam swoje pierwsze studia i jeździłam po Europie. Byłam na karnawale w Wenecji, w okresie Bożego Narodzenia w Mediolanie, konsumując pannetone przy Duomo, zresztą Duomo odwiedzałam bardzo często przez te pół roku. Pracowałam dla Prady i zrobiłam okładkę do pisma samochodowego na całe Włochy. I nie dokładali mi rodzice do niczego wtedy. Nauczyłam się języka włoskiego, chorwackiego, niemiecki nie chciał mi wejść do głowy, a pobyt we Francji tak mnie do tej Francji zniechęcił, że na francuski reaguję tak jak na słowo sukces. Odruchem wymiotnym. 

Jak mi się przypomni co ważnego miałam dopisać na temat tego całego wstydu, to tu wrócę. 
Pierdolone porównywanie się. 
Cześć. Miej dobry dzień. 

niedziela, 25 stycznia 2026

Przekonania i analizy

Pamiętniki pięknie pokazują przekonania, które pojawiły się pod wpływem zdarzeń. Niektóre zmiatające z planszy.

Awantura. O wszystko. O czytanie książek, o wstawienie wody w czajniku, o to, że chcę spędzić dzień w domu a nie na rynku, no i w końcu o to, że w trakcie awantury nie odebrałam telefonu... No to spada bomba:  "Gdybyś była inteligentna, wiedziałabyś, jak zmienić myślenie i ton głosu i odebrałabyś ten telefon."

Co zakłada to stwierdzenie? Szkoda słów. Tak właśnie rozdawała słowa figura przywiązania. Bardzo ważna osoba. Inteligentna, świadoma, doświadczona. Chyba jednak nie. Tak sypała złością, że myślenie o konsekwencjach wypowiadanych słów nie ujawniało się w jej głowie. Takie bomby dostawałam. 

"Wysoka jak brzoza, głupia jak koza." - Straszne, straszne, straszne. 

"Gdybyś była inteligentna..."

To teraz do sceny wprowadzimy Embrace Therapy Dagmary Szymańskiej, zapraszam na sesje. Jestem certyfikowanym coachem pracy tą metodą. 
"Gdybyś była inteligentna..." 
Jakie emocje tu są? Głównie smutek. A jakie odcienie jego i innych emocji? Wstyd, wielki żal, przykrość, zaskoczenie, totalna katastrofa z zaufaniem, samotność. 
I z tymi emocjami pracuje się metodą dalej, poprzez rozpuszczanie ich psychokształtów. Bardzo ciekawa metoda, która zmienia perspektywę.

A teraz jeszcze inne podejście. Wprowadzam w scenę dorosłego, który stoi po mojej stronie. On wchodzi do gry i co mówi do werbalnego oprawcy? "Gdybyś ty była inteligentna, to byś wiedziała, co słowa mogą zrobić. Ile czasu zostają w głowie twojego dziecka, choćby było dorosłe. Jesteś ważną osobą w jego życiu, a miażdżysz poczucie wartości i wiarę w siebie, jakby to dziecko nic dla ciebie nie znaczyło. Zastanów się nad sobą najpierw. A telefon odbierze, kiedy będzie we właściwym stanie emocjonalnym, a nie sponiewierana i znokautowana przez twoje trujące zrzuty. Chodź młoda damo, oddalimy się stąd." 
Lepiej nie?

Tego dnia pierwszy raz z życiu czułam omdlewanie. Czułam ciężkość ciała, osuwałam się po ścianie. Dobrnęłam jakoś do łóżka. Moje uszy przestały odbierać dźwięki, a oczy obrazy. W mózgu był pisk. Kiedy położyłam się, pisk zaczął cichnąć, a uszy wróciły do normalnego odbioru. Dlatego nie chciałam iść na rynek, dlatego wolałam zostać w domu. Dostałam awanturę i ocenę swojej inteligencji. A później będzie wymaganie, żeby błyszczeć w świecie i zajmować wysokie stanowiska, żeby było czym się pochwalić koleżankom. Przykro mi jeśli cię to rani, bo czytasz. Tak było. Nie wymyślam. Boli nie to, że ja to piszę, tylko to, że przeczyta to ktoś jeszcze i co sobie pomyśli. Dostałam od Siostry taki super kubek, na którym pięknie skryty jest napis: Chuj mnie to obchodzi. Pa

Mój talent

8 września 2002
Wiem, że muszę mocno trzymać się realizacji zadań w swoim życiu, bez tego ani rusz. Całą energię powinnam skupić na poszukiwaniu pracy i na szkole. Na nauce. Wtedy myśl o nim nie będzie myślą przewodnią i on będzie miał czas się stęsknić. 

On odmieniany przez wszystkie przypadki. Nawet dla Niego trzeba skupić się na szkole, bo wtedy On się stęskni... Focus nie tam gdzie trzeba, ale było jak było. Poczucie, że tracę czyjeś zaangażowanie wzmagało alarm, analizę sytuacji i, jak widać, szukanie rozwiązań. Ale to jest mechanizm oparty na lęku, na pewno nie na spokoju. Poszukiwałam też wtedy swojej dziedziny, w której byłabym dobra. Miałam 25 lat i nie miałam pojęcia, co właściwie zrobić ze swoim życiem. 

Przerwałam pierwsze studia (Marketing i zarządzanie na UŁ - co ja robię tuuuu, co ja tutaj robię?), byłam w zawieszeniu totalnym. Nie miałam pracy, związku, własnego domu, byłam zależna od rodziców, niezadowolonych z obrotu sytuacji. Byłam w depresji. 

10 września 2002
Odkąd dosięgnęłam dna, zaplątując się w pułapkę depresji, moje życie się zmieniło. Jest inaczej. Nie tkwię w tej ludzkiej gonitwie. Jestem gdzieś poza tym wszystkim. Tak jakbym stała gdzieś z boku i wszystko to obserwowała. Ciągle czegoś szukam i jestem rozdarta wewnętrznie. Z jednej strony chcę prowadzić życie takie jak inni ludzie, mieć pracę, męża, dzieci, dom, z drugiej strony dążę do osobistego spełnienia, a ciągle nie wiem, jaka jest moja dziedzina. (Jakby to się wykluczało. Ciekawe...) Chciałabym odnaleźć sens mojego życia. Nie pociąga mnie gonitwa po szczeblach kariery, 3 godzinny sen, wiecznie zmarszczone czoło, bycie zagonioną w dzikim obłędzie. Kocham zatopić się w naturze, pragnę jej dzikości (Oj kobieto nie wiesz, co mówisz. Dzikość natury zmiecie cię z planszy.) wolności, swobody, nie chcę obawiać się o przyszłość. Chcę cieszyć się tym, że jestem na tym świecie. Chcę zrobić coś pożytecznego. 

20 lat później jestem zielarzem-fitoterapeutą (nie ufaj papierom, ufaj umiejętnościom, sensowi, logice). Jedyne, co o tych ziołach wiem, to jak je rozpoznawać, czy można je zjeść, jak smakują, czy da się pić z nich herbatę i mniej więcej z jakim działaniem. Bardzo mniej więcej. Pi razy drzwi. Jaki fitoterapeuta? Boże drogi. Ale papier jest i jestem zielarzem fitoterapeutą. 

Znalazłam też swoją mocną stronę, swój talent, niczym Dzwoneczek z disneyowskiej bajki. Nie widziałam go w sobie, a on był tam cały czas. Lata pokazały mi, że ciągle komuś coś tłumaczę z sukcesem. Momenty aha tych osób były i są bezcenne. "Gdyby na wykładzie tłumaczyli to tak,  jak ty...". Tak, objaśniałam wzory, tłumaczyłam całki, ludzie z roku dzwonili z pytaniami. A zaczęło się w 2 klasie podstawówki, kiedy jedyna w klasie wiedziałam, co to są liczby parzyste i nieparzyste. Później może w 4  klasie jak dodawać do siebie liczby ujemne. Z geografii o strefach czasowych i obliczaniu czasu. Sama dostałam tróję, szewc bez butów chodzi. Nauczyciele wyznaczali mnie do pomocy słabszym koleżankom. Rozumiałam dogłębnie matematykę, chemię, nigdy nie uczyłam się na pamięć. Widziałam ludzi, którzy tłumaczyli coś innym, ale pojęcia nie mieli o znaczeniu warunków brzegowych i niuansików, których rozumienie było fundamentem. Mi chciał Adaś tłumaczyć zadania, ale jedno moje pytanie zachwiało jego wiedzą. Tego akurat nie rozumiałam wtedy w jakimś zadaniu, okazało się, że nie tylko ja. Jednak ja nie rozdawałam takiej niepełnej wiedzy. Albo rozumiałam co robię, albo szukałam drogi żeby rozumieć. Dużo ścieżek wydreptałam sama. Studiowałam Inżynierię Chemiczną i Procesową na PW. Piękne studia. Bardzo polecam. Opracowałam notatki do pierwszego projektu z reaktorów. Po 10 latach dostałam maila od dziewczyny, czy mam opracowania dalszych projektów. Hę? "A to ty nie wiesz, że studenci uczą się z twoich notatek?" No nie wiem, nie miałam pojęcia. Oto właśnie mój talent. I z tego talentu zrodziłam się jako MatPapryka. Mat od Matematyki, od Mateusza, od Matrycy. Papryka od Patrycji, od Papryczki, od natury. Taka oto niepoważna nazwa. Ale bardzo moja i zapadająca w pamięć. Paprykę każdy umie sobie wyobrazić. Po tym skojarzy. Proste nie?