Przez ostatni tydzień żyłam maturami. Wczoraj moi uczniowie pisali matematykę. Zaskakująca była. Dla mnie nie trudna, ale dla uczniów mogła być nieoczywista. Mam nadzieję, że wszyscy będą mieć do przodu ten egzamin. Stres do sufitu, odczuwałam i ja, choć oni twierdzili, że się nie stresują. Przeszło na mnie? :) No i tak jest lepiej. Zabrałam się za tę maturę z ciekawością i z każdym zadaniem myślałam o tym, jak podejdą do tego moi uczniowie. O jedną osobę się niepokoję, ale okaże się, gdy przyjdą wyniki. Nagranie jest na youtube.
Nagranie. Siedziałam na TikTok, bo wrzucałam tam pliki dla maturzystów. Przeglądałam różne platformy w oczekiwaniu na jakieś zdjęcia arkuszy. Są jacyś mocarze, którzy umieją przemycić telefon mimo zakazów, strzelić fotę arkusza i wrzucić w sieć. Jak? Nie wiem. Dużo wcześniej niż oficjalnie ludzie z TikToka rozwiązywali zadania na live. Ja poczekałam na oficjalny arkusz na stronie CKE do 14:00. Do tego czasu widziałam tylu rozwiązujących, że szok. Zwątpiłam czy jest sens, żebym i ja nagrywała, skoro tyle już tego w sieci jest. Mnóstwo. Dopadły mnie wątpliwości na temat sensu tego nagrywania, a co za tym idzie w ogóle sensu tworzenia treści cyfrowych, skoro tyle tego jest. No ale narracja specjalistów od tego typu oporu brzmi: jesteś jedyna w swoim rodzaju i trafisz do swoich ludzi. A ja nie czuję się super dobra, super mocna, super chruper, niech idą do lepszych. Już kiedyś to przechodziłam. Mój ówczesny partner powiedział, że jego uczeń szuka korepetytora z matematyki i mam go uczyć ja.
- Ja? Jak to ja? A jak nie dam rady? Oddam te korepetycje Asi.
- Jak Asia chce korepetycji, to niech sobie ucznia załatwi, w środę masz jechać ty.
Tak oto rozpoczęła się moja przygoda z korepetycjami i trwa 20 lat. Byłam w tak potwornym stresie, że byłam w stanie oddać te korepetycje "lepszym", bo ja jestem jaka? "Gorsza" oczywiście.
Pracuję nad sobą i poczuciem wartości. Jest niepodważalna, a ja ją podważam. Niepodważalna z racji ludzkiego istnienia i tę wartość ma każdy człowiek. Tu jest jakaś nakładka na tę wartość, jakaś wartość, którą się wnosi w życie innych ludzi. Wątpiłam, że ją mogę wnieść. Miałam i mam pokorę co do posiadanej wiedzy. Wiem, jak rozległa jest matematyka i wiem, że znam jej mały fragment. Wiem też - i to jest mocne - że potrafię to jasno przekazać, tak, że rozświetla się spojrzenie tego kto pyta w efekcie, który nazywam AHA. To jest moja mocna strona. O tym wiem i to widziałam u wielu ludzi, z którymi rozmawiałam. Nawet na studiach. Już chyba o tym pisałam kiedyś. Po 10 latach dostałam maila z zapytaniem o opracowania do drugiego projektu z reaktorów. Hę?
- To ty nie wiesz, że studenci uczą się z twoich opracowań?
No nie wiedziałam. Chciałabym je zobaczyć ponownie. Może bym opracowała zagadnienia do kolejnych projektów. Ciekawe to. Byłam zaskoczona tą wiadomością. WOW. Cóż tu dużo mówić.
Dobra, dosyć przechwałek.
Namalowałam obraz. Podoba mi się, ale chyba tylko mi. Ma jakiś czar w sobie, że się uśmiecham do niego. Pierwszy raz malowałam szpachelką, czy jak tam się nazywa to małe malarskie narzędzie. Zabawa przednia, efekt czadowy, przynajmniej to moje zdanie. Znów opierałam się na malarstwie Aleksandra Bolotova. Wspaniale maluje deszczowe sceny w mieście z ciepłym światłem ulicznych lamp. Uczę się oddawać perspektywę, bo to niełatwe zadanie dla mnie. Uwielbiam ten obraz.
