Sprawdź na fb - MatPapryka

środa, 12 marca 2014

O fotografowaniu żywności.

Zapisałam się na listę mailingową "Fotografia dla ciekawych".
Na pocztę przyszedł mi link do artykułu o fotografowaniu żywności.
Generalnie nie jestem ani kucharzem, ani fotografem, ale czasem coś ugotuję i chcę napisać na blogu, że ugotowałam i pokazać z dumą to na zdjęciu. A zdjęcie... szkoda gadać, choć staram się jak mogę.

No to poczytałam to: http://fotografiadlaciekawych.pl/Food_Styling.pdf

Dosłownie... mnie zatkało.
Poziom abstrakcji zbyt wysoki, jak na moje pojmowanie.

Dowiedziałam się, że ISO ma być jak najniższe i że zdjęcia zapisywać w formacie Raw, bo to umożliwia lepszą obróbkę.

Jest bardzo fajny przykład takiej sesji z decyzjami dotyczącymi zmian planu zdjęciowego i efekty na kolejnych zdjęciach z komentarzem. Podobało mi się. http://www.foodportfolio.com/blog/food_photography/food_photo_process.html

Jednego w artykule nie rozumiem i jedno się nie zgadza z moim doświadczeniem.

Nie rozumiem czemu autor ma za złe zabrudzanie żywności klejami, farbami, a nie ma nic przeciwko robieniu "lodów" z ziemniaków barwionych jakimiś sokami z buraków, żeby dobrze wyglądało na zdjęciu i nie roztapiało się za szybko. Jedno i drugie po sesji zdjęciowej pójdzie do śmieci. Tak samo mięsa - autor pisze, że do zdjęć mięso musi być półsurowe. No i co, że jeszcze nie posmarowane żadną farbą - powie mi, że po sesji mięso idzie na patelnię, żeby je dosmażyć i zjeść? Nie wydaje mi się. Pójdzie do kosza, tak samo jak to smarowane dziwnymi specyfikami. W czym rzecz? W zanieczyszczaniu środowiska? W ryzyku, że zatruje się tym człowiek lub zwierzę? Nie rozumiem.

W mojej haha fotografii żywności... (wybrałam te ujęcia, które w moim mniemaniu są znośne)






...przygotowuję potrawę do zjedzenia i jej robię zdjęcie, a nie przygotowuję potrawę, której nie da się zjeść, do zdjęcia, a potem wyrzucam ją do kosza...

Dziwny jest ten świat.

A, no i to co się nie zgadza z moim doświadczeniem.
W artykule napisane jest, że jeśli jajko źle się obiera ze skorupki, to znaczy, że jest nieświeże.
A ja doświadczyłam czegoś dokładnie odwrotnego. Wielokrotnie.
Miałam babcię na wsi i jajka z kurnika, mogłam porównać, jak obierają się w stosunku do tych jajek ze sklepu. Te świeże obierały się fatalnie. Te mniej świeże - bardzo dobrze.

Jak to z tymi jajkami jest?

wtorek, 11 marca 2014

Reklamacja

Jako mama z trójki klasowej w szkole mojej córki zobowiązałam się do zakupienia z pieniędzy klasowych prezencików dla dziewczynek z okazji Dnia Kobiet. Wybór padł na Farbki Witrażowe.

Julka bardzo ładnie nimi się bawiła ( w tamtych był nawet efekt spękania :) ), pomysł wydawał się więc dobry.



Zakupiłam 13 opakowań, bo tyle jest dziewczynek w klasie.

Farbki dzieci dostały w piątek. W sobotę - 8 marca - Julcia usiadła do zabawy, znając ją dobrze. Dość solidnie zezłościła się i rozwrzeszczała, gdy okazało się, że te farbki to buble, z którymi nic nie da się zrobić. Kontur zaschnięty, farbki kolorowe tak gęste, że trudno je wycisnąć. No wnerw jak nic.

Próbowaliśmy z mężem rozmiękczyć jakoś zawartość tubek z farbkami, przekłuć szpilką zaschnięte ujście. Coś tam dało się zrobić, ale zamiast przyjemności zabawy było mnóstwo łez i nerwów.

Pomyślałam, że jeśli teraz 13 dziewczynek ma podobną "radość z prezentu", to to jest dość przykre, a ja czuję, że zawaliłam, chociaż to przecież nie jest moja wina. A może moja, że nie zajrzałam do paczuszek i nie sprawdziłam, czy tymi farbami da się malować...

Na opakowaniu znalazłam e-mail do firmy i natychmiast naskrobałam maila o tym, jaki to bubel i że reklamacja, i że 13 dziewczynek rwało sobie włosy z głowy. (Miotały mną duże, negatywne emocje, ale poskramiałam się jak umiałam.)

Witam.

Zakupiłam farby witrażowe. Farba konturowa jest tak gęsta, że nie ma
możliwości wyciśnięcia jej. Z kolorami jest nieco lepiej, ale wykonanie
jakiegokolwiek rysunku tymi farbami jest niemożliwe.
Wewnątrz tubek z farbami są bańki powietrza, które sprawiają, że rysowany
(farbą kolorową z braku innej możliwości) kontur rwie się, kreska jest albo
grubym ciągnącym się wałkiem, albo przerywa się z powodu zbyt gęstej farby.
Na opakowaniu brak jest jakiejkolwiek daty przydatności, w związku z tym nie
mam pojęcia ile ten towar leżał w sklepie.
Z okazji Dnia Kobiet 13 dziewczynek w klasie dostało taki właśnie bubel,
który zamiast dawać radość powoduje złość i łzy.
No chyba, że jest to produkt dla wyjątkowo cierpliwych dorosłych.

Jakie są warunki reklamacji towaru, ewentualnie co zrobić, żeby dało się
tymi farbami robić witraże.

Z poważaniem


Minęła niedziela, w poniedziałek dostaję bardzo kulturalny e-mail.
Tak kulturalny, że aż mi się głupio zrobiło.

Szanowna Pani,
bardzo nam przykro, że trafiła Pani na wadliwy towar [...]. Farby
witrażowe sprzedajemy od wielu lat cieszą się dużą popularnością.
Z opisu, który Pani przesłała wynika, że prawdopodobnie były przetrzymane
lub źle przechowywane w sklepie lub hurtowni. Na opakowaniu powinna być
naklejka z datą produkcji.
Czy może Pani podać, gdzie je Pani kupiła?

Zgodnie z prawem, powinna Pani zareklamować wadliwy towar, tam gdzie został
kupiony. Żeby zaoszczędzić jednak Pani kolejnych kłopotów - proszę o
wysłanie farb do nas - zbadamy, co jest przyczyną takiej sytuacji i
wyjaśnimy to z naszym dystrybutorem. Jak tylko farby do nas dotrą - wyślemy
natychmiast na podany przez Panią adres tyle samo kompletów farb bez wad.

Mam nadzieję, że proponowane rozwiązanie jest dla Państwa satysfakcjonujące.

Bardzo przepraszam Panią i dziewczynki za problemy spowodowany naszymi
farbami.

Serdecznie pozdrawiam,


Nie wiem dlaczego, ale byłam zaskoczona takim odzewem. Pozytywnie zaskoczona.
Odpisałam na maila, ale wcięło go. Nie miałam go ani w wysłanych, ani w brudnopisie.
Jak sprawdzić czy dotarł? Napisać znów lub... zadzwonić.
Brrr... dzwonienie.

Zadzwoniłam, mail nie dotarł, ale teraz mogłam porozmawiać i ustalić szczegóły dalszych działań.
Pani przyśle kuriera po zebrane farbki, może będzie taka możliwość, że od razu przywiezie te dobre.
Rozmawiałam dziś z wychowawczynią, dziewczynki mają przynieść farbki jutro.

Mam wrażenie dobrze załatwionej sprawy, choć to jeszcze nie koniec.
Cieszę się, że nie zostawiłam tego bez działania.
Ciesze się, że firma zareagowała w taki sposób, wzrasta moja wiara w ludzi.

poniedziałek, 10 marca 2014

Byłam asertywna.

Pamiętacie moją wizytę u fryzjera?
Każdego dnia klęłam na to, co mam na głowie.
Wahałam się czy ściąć sama.
Przeklinałam fryzjerkę.

W pewnej chwili zakwitła w mojej głowie myśl o reklamacji usługi.
Poczytałam w internecie czy to się robi i jak się robi.
Od rana dojrzewał u mnie pomysł zgłoszenia tej reklamacji.

Wśród emocji była złość okropna i ...lęk.
W końcu fryzura była technicznie dobrze wykonana i nie wiem czy moje widzimisię jest podstawą do reklamacji.
Ale jest! Jak to nie jest! Przecież to ja mam być zadowolona!

Gdzieś tam w głowie brnęłam w dialogi, pełne złości - boisz się - atakuj!
Z czasem pracowałam nad nastawieniem, że przecież nie zaszkodzi zapytać, porozmawiać, a jeśli nie zgodzą się, to wysmaruję im opinię w internecie. Dużo nie zapłaciłam za to cięcie, więc szarpać się raczej nie było sensu.

Ostatecznie dojrzałam do myśli, że pójdę i porozmawiam. Ubrałam się, zrobiłam mały make up i poszłam.
Była inna fryzjerka niż wtedy.
- Słucham?
- Czy mogę liczyć na to, że w ramach reklamacji poprawi mi pani fryzurę?
- U nas się pani ścinała? Kto panią ścinał?
- Nie znam nazwiska, taka grubsza kobieta z ciemnymi, dłuższymi włosami.
- Szefowa. W tej chwili jej nie ma, chce pani żeby szefowa się tym zajęła?
- Szczerze mówiąc już się boję.
- Proszę usiąść.

Poczekałam, aż zetnie klienta i jeszcze jedną klientkę i przyszła moja kolej.
Serce mi waliło nieźle.
Pokazałam jej wydrukowane zdjęcia (te z poprzedniego posta).
Wybrałyśmy jedną z możliwości...

...i wzięła się za cięcie.


To co mam w tej chwili na głowie jest lepsze od tego, co było wcześniej, choć to tez nie to co na zdjęciu.
Mimo to, cieszę się, że odważyłam się na taki krok i zwróciłam się do zakładu fryzjerskiego o poprawienie fryzury.
Nie jest najgorzej, ale do tego zakładu już nie pójdę.
Brak im polotu jakiegoś, wyobraźni.
Patrzyłam od początku do końca, jak fryzjerka ścinała klientkę przede mną.
I szczerze zastanawiałam się, czy nie uciekać póki jest jeszcze szansa.

Ostatecznie pani nie wyglądała źle, a mam wrażenie, że mogła wyglądać lepiej.
To wszystko jakieś takie ...ot, ciachnięte.
Zostałam, nie żałuję.

I nade wszystko cieszę się, że zrobiłam coś z sytuacją zamiast w ciszy pomstować.

Aparat fotograficzny odmówił współpracy, prawdopodobnie zdechł, więc póki co fotek nie wrzucę.
Pozdrowienia.

środa, 5 marca 2014

Chcesz sobie zje... zepsuć humor? - idź do fryzjera.

Moje włosy to pole eksperymentalne dla moich widzimisiów.
Raz długie, raz krótkie, raz jasne, raz ciemne.
Tnę, farbuję, tnę, farbuję, tnę, golę, zapuszczam, farbuję.
Nic co włosowe nie jest moim włosom obce.
Jednej rzeczy tylko mi brakuje do pełni zadowolenia - oczy na wysięgnikach, żebym mogła widzieć jak tnę swoje włosy z tyłu głowy. Na czuja czasem nie wychodzi i nie ma mowy, żeby było równo. Ale może nie musi być?

Wymyśliłam sobie ostatnio, że chce mi się mieć na głowie naturalki.
Farbuję włosy od 19 roku życia, czyli jakieś 18 lat, z mniejszym lub większym zadowoleniem.
Teraz zapragnęłam zobaczyć moje naturalne włosy, bo się za nimi stęskniłam.

Fryzura - to dopiero mój problem.
Zapuszczam, są długie, noszę związane albo założone za ucho, bo brak mi pomysłów i czasu na efektowne cuda na głowie. Nuda.
No to ścinam.
Niesforne kosmyki nie dają się już umieścić w kucyku, no to za ucho.
I znów przyklapione do czaszki włosy i właścicielka, która tęskni, żeby zgarnąć włosy w koczek, kucyk, podpiąć...
Leżące na czaszce włosy wkurzają, jeśli są długie, też leżą na czaszce.
No to dawaj, ścinać je dalej!
Szczególnie, gdy mam strasznego doła i dość całego tego świata, wtedy chwytam nożyczki i tnę.

Podobają mi się różne niesamowitości na głowach, niesymetryczności, chaos, tylko po jakimś czasie tęsknię za normalnością i na czas odrastania grzecznieję, przeczekuję, aż do następnego impulsu, który kończy się sięgnięciem po nożyczki lub farbę o drastycznie odmiennym kolorze od obecnego. To mocno dodaje mi energii (na krótko).

Latem uległam urokowi podgalania.
Zrobiłam to sama, z obu stron.
Podobało mi się bardzo.
Ale to zaczęło odrastać. No przecież.

Podgolone boki i reszta długich włosów - z musu rozpuszczone, bo musiały przykrywać sterczaki na bokach. Fryzura a'la topielica.
Przycięłam włosy na długości. No ok, ale znów rozpuszczone, z przedziałkiem i przykrywające boczki.
No wkurzające te włosy.
Pomyślałam, że gdy skrócę przód to się nieco podniosą, tył będę upinać w kok i będzie pięknie.
I w sumie było ok, ale nie miałam czasu stać przed lustrem i upinać, piankować, lakierować, żeby to schować, to wyeksponować, a to równo upiąć.

Poszłam więc do fryzjera...
Chciałam żeby do tego całkiem udanego przodu zrobiła mi lekki tył, cieniowany, z czego spodnie włosy niechby wywijały się na zewnątrz, a wierzchnie opadały jakąś "bombką".
Prawie się udało...

  

Różnica długości na tylnych włosach była za duża. Moim zdaniem, a fryzjerem nie jestem...

Wtedy zdecydowałam się ściąć te kikuty z tyłu i zostawić dłuższy przód, taki jak jest (na zdjęciu schowany za uszy, bo rozpacz nie sprzyja prezentowaniu fryzjerskiego wytworu). Ten przydługi tył wyglądał na tragicznie zaniedbany, a przecież wyszłam od fryzjera.

Co zrobiłam?
Oczywiście! Chwyciłam nożyczki.
Ciachnęłam spodnie włosy z tyłu, te z wierzchu zostały nietknięte.
Szyję miałam łysą, a z wierzchu opadały sobie te co były ścięte przez fryzjera.
I wyglądało super.
I byłam zadowolona.

 

Włosów było dużo, błyszczące, nie martwo leżące na głowie, tylko jakieś takie sprężyste.
Ja nie wiem o co chodzi. W czym magia.

No dobrze.
Czas mijał, włosy rosły, odrost coraz większy, coraz bardziej kusiło, żeby ściąć wreszcie tę farbę całkowicie. Miałam już kiedyś takie króciutkie włosy. Dobrze się w nich czułam, choć czasem brakowało mi zarzucenia włosem, bo nie było czym zarzucić. Uwielbiałam że są chaotyczne i potargane.
Wtedy ciachałam sama.
Z długich.

      











No dobra, odgrzebałam zdjęcia, widzę, że odrostu nie mam jeszcze aż tak długiego teraz.

Zatrzymaliśmy się na tym, że włosy sobie rosną.
Że odrost coraz większy.
Że już bym chciała się pozbyć farby.

Ciachnęłam tak, jak robi się cieniowanie zbierając kucyk nad czołem i tnąc.
Swoją drogą beznadziejna metoda, takie cieniowanie po prostu brzydko wygląda.
Z przodu krótko, z tyłu coraz dłużej, pochylisz głowę w przód i wyglądasz jak cięta od garnka.

No a u mnie pod wierzchnią warstwą moje włosy są bardzo krótkie.
W efekcie wyglądałam jak cięta od garnka nawet, gdy głowy nie pochylałam.
Długość włosów - tak za ucho.
No z tym musiałam już coś zrobić, a straszliwie korciło mnie, żeby ściachać na krótko i tyle.
Pamiętam tylko, że miałam później straszny kłopot, gdy odrastały.
Wtedy już musiałam odwiedzić fryzjera, żeby nie wstydzić się tego jak wyglądam.

Niby wykonuję na sobie cięcia a w tej chwili bałam się posunięcia radykalnego...

Poszłam do fryzjera. Wczoraj.
Tłumaczę, że chcę odciąć pofarbowane końce i zostawić już tylko swoje naturalne włosy.
Na to fryzjer mówi mi, że to będzie za krótko, jak u faceta i że będzie brzydko.
Aha.
No to chociaż wyrównać to co sama ściachałam, żebym nie wyglądała jak od garnka, żeby pocieniowała jakoś bardziej ten tył, nawet na bardzo krótko, a przód zostawiła nieco dłuższy.
W efekcie jestem pieprzoną pieczarką. Pieczarko-naleśnikiem. Wygolona z tyłu na maksa, ścięta równiusio od gara, do wysokości połowy ucha. Jedyne co teraz widać to moja wielka żuchwa.

    









Julka:
- Mamo, wyglądasz strasznie, ale i tak cię kocham.

Fryzura sama w sobie - ok, może komuś to pasuje. Mi nie pasuje.
A mogło być na przykład tak (3 zdjęcia ukradzione ze strony styl.fm) :

    












To teraz co, nożyczki i własnoręczne radykalne cięcie, czy kaptur i poczekać aż odrośnie?
Nie wiem... :/

PS. Wiem, że nie powinno się uogólniać. W Warszawie są dwa salony, z których wyszłam całkiem zadowolona, wśród nich jeden, w którym byłam więcej niż raz i za każdym razem usatysfakcjonowana. (Znaczy, że da się usatysfakcjonować taką osobę jak ja)
Obecnie testuję salony w Tomaszowie Maz. Byłam w 4. Jeszcze nie trafiłam, żebym wyszła zadowolona. Nie jestem częstym bywalcem u fryzjerów, bo zdecydowana większość wizyt kończy się dramatem przy każdym spojrzeniu w lustro lub na zdjęcie. Może tak rzadko bywam i dlatego nie wiem, że fryzjerzy mają ograniczenia i nie da się osiągnąć tego co mi się roi?
Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem.
EDIT: Zdecydowałam się na reklamację tego cięcia. Tutaj relacja.

wtorek, 4 marca 2014

Spotkanie z niedźwiedziem - co robić?

W górach byłam dwa razy.
Zachwyciłam się, chcę więcej, chcę jeszcze, chcę bardzo.
Jedna z nielicznych rzeczy, które tak potężnie ładują moje akumulatory.
Odczuwam nieziemską radość podczas wędrowania i oglądania zielonych łąk i lasów.

Jak zwykle przychodzą do mojej głowy rozmaite scenariusze i jednym z nich był taki, ze wyłania się w pobliżu niedźwiedź.
Powiedzmy, że jestem z dzieckiem.
Co robić?
Uciekać? - Będzie gonił.
Mieć nadzieję, że minie nas jak obiekt nie godzien zainteresowania? - Nadzieję mieć można, tylko czy stać w miejscu to dobre działanie?
Rzucić coś do jedzenia i uciekać? - Yyyy? Nie wiem?

Spotkał ktoś z Was niedźwiedzia w czasie górskich wypraw?
(nawet nie wiem gdzie jakie niedźwiedzie występują, no ale przypuśćmy, że akurat na naszym szlaku się jakiś pojawił)

Znalazłam (hm, mąż znalazł) filmik z poradami od survivalowca.
Stwierdzam, że spotkanie niedźwiedzia równa się "masz przechlapane"...


Obejrzyjcie jeszcze ten film - niedźwiedź nawiedza ekipę kręcącą reklamę.
Wizja niebezpieczeństwa, brrrr...


Tu jeszcze artykuł: "Gdy spotkasz misia..." z serwisu www.z-ne.pl (podserwis Tatry)

No, więc generalnie spotkanie z misiem to żadna bajka, bo ten prawdziwy jest tylko podobny do Misia w Dużym Niebieskim Domu. Tak naprawdę jest bardzo niebezpiecznym, dzikim, wielkim zwierzęciem.
A góry i tak kocham, tylko nie jeżdżę, bo boję się niedźwiedzi. 
Nieee... nie jeżdżę z innych powodów...
A niedźwiedzia jeszcze nigdy nie spotkałam.
I mam nadzieję, że tak zostanie.
Pa.





Te zdjęcia wykonane były 4 lata temu - w sierpniu 2010. 

poniedziałek, 17 lutego 2014

Rozmowa kwalifikacyjna I

Rozmowa kwalifikacyjna.
Nie było ich w moim życiu dużo, ale może jeszcze kilka się zdarzy, dlatego komponuję ten i następne wpisy. Oto zestawy pytań, przez które przeszłam na swoich rozmowach kwalifikacyjnych:

I Rozmowa - rekrutacja na stanowisko sprzedawca w General Electric. (październik 2002)
Kolejność pytań prawdopodobnie przypadkowa, dawno to było.

1. Proszę powiedzieć o sobie coś czego nie ma w CV.
2. Proszę sprzedać mi ten długopis. (Paskudne plastikowe coś z napisem Nokia.)
3. Jakie są pani słabe i mocne strony?
4. Jaka jest pani motywacja do podjęcia pracy?
5. Jakie sa pani wymagania zarobkowe?
6. Co pani lubi w kontaktach z klientem?
7. Jakie są pani życiowe cele?
8. Jakie jest pani największe osiągnięcie?
9. Czy miała pani kontakt z handlem?
10. Co pani wie o naszej firmie?
11. Czy jest coś co mogłoby utrudnić pani pracę?
12. Czy często pani choruje?
13. Jak spędza pani wolny czas?

Rozmowa kwalifikacyjna II



piątek, 14 lutego 2014

Walentynkowo - ciasteczka owsiane

Tak jakoś spontanicznie powstały.
Proste i pyszne.


Ciasteczka owsiane:
1 szklanka płatków owsianych
3/4 szklanki mąki
1/3 szklanki cukru
cukier wanilinowy
1 jajko
1/4 kostki masła
po ćwierć łyżeczki proszku do pieczenia i sody oczyszczonej
bakalie - moje były bez nich


Masło roztopić, składniki połączyć, wymieszać, ciasto rozwałkować na grubość 1/2 - 3/4 centymetra.
Foremką wyciąć kształt, umieścić na papierze do pieczenia.


Piekarnik rozgrzać do 170 stopni, ciasteczka piec około 15 minut - do czasu gdy się zrumienią lub nos nam powie, że zaszła właśnie reakcja Maillarda ;) Poniżej filmik o procesach podczas pieczenia ciastek ;)


Przyjemnych Walentynek! :*

czwartek, 13 lutego 2014

Pizza, pizzeczka, pizzunia.

Mniam.
I wbrew temu co twierdzili niektórzy w moim życiu, zniechęcając mnie do prób zrobienia, jest to proste i szybkie danie. I smaczne.

Pizza na cienkim cieście:

Ciasto:
30 g drożdży
pół szklanki ciepłej wody
1,5 szklanki mąki
pół łyżeczki cukru
sól
olej - 2 łyżki

Najpierw w wodzie rozpuścić drożdże, cukier i łyżkę mąki.
Poczekać aż drożdże zaczną pracować.
Gdy zaczyn nieco podrośnie, dodać resztę mąki, sól, olej i wyrobić gładkie ciasto.
Wyrabiać je cierpliwie przez 10 minut, a później odstawić do wyrośnięcia.

Sos pomidorowy:
koncentrat pomidorowy
2 łyżki oleju
woda, może być ciepła
cukier
sól
czosnek
pieprz
oregano
inne przyprawy według uznania: papryka słodka, papryka ostra, odrobina tabasco

Czosnek przecisnąć lub zetrzeć, wszystkie składniki wymieszać, a wody dodać tyle, żeby sos nabrał pożądanej konsystencji.

Pizza:
Gdy ciasto wyrośnie, rozwałkować je na placek, umieścić na blasze wysmarowanej olejem lub przykrytej papierem do pieczenia.
Placek posmarować dwoma-trzema łyżkami sosu pomidorowego.
Umieścić teraz wszelkie wybrane dodatki, ale bez żółtego sera.
Przykładowe dodatki:
cebula pokrojona w piórka
szynka
pieczarki
oliwki
papryka
kukurydza
czosnek
ser mozzarella
Trzeba pamiętać, że niektóre z tych składników puszczają wodę, więc nie należy przesadzać z ich ilością, bo będzie "pizza bagienna".


Tak przygotowaną pizzę wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni, nieco mniej z termoobiegiem. Pieczemy 10 minut. Wyciągamy, posypujemy żółtym serem i wkładamy jeszcze na dwie czy trzy minuty, żeby roztopił się ser.

A tu jeszcze przepis na biały sos czosnkowy:
gęsty jogurt - ilość według zapotrzebowania
czosnek
łyżka lub dwie majonezu
pół łyżeczki cukru
oregano
można dodać szczyptę soli


Smacznego.

środa, 12 lutego 2014

Kapuściaki

Emi, przepis z dedykacją dla Ciebie ;) :*

FARSZ:
- 0,5 kg kapusty kiszonej
- 2 cebule
- (wędlina, jeśli ktoś sobie życzy)
- curry
- sól

CIASTO:
- 0,5 kg mąki pszennej
- 40 g drożdży
- pół szklanki mleka
- ćwierć kostki miękkiego masła
- 1 łyżeczka cukru
- 1 jajko
- sól


Farsz:
Kapustę przepłukać, żeby nie była zbyt kwaśna i wstawić do gotowania.
Gdy będzie już miękka odcedzić i pokroić na drobniej.

Cebulę pokroić w kosteczkę i podsmażyć na patelni, na maśle.
Dodać kapustę i podsmażyć razem. Do smaku dodać soli i curry.
I gotowe.


Ciasto:
Podgrzać lekko mleko. W połowie jego objętości rozpuścić drożdże, dodać cukier i dwie łyżki mąki.
Odstawić aż ten zaczyn podwoi swoją objętość.

Gdy już urośnie, dodać jajko, resztę ciepłego mleka, miękkie masło, mąkę i sól. Zagnieść ciasto, wyrabiać je 10 minut i odstawić do wyrośnięcia.


Po jakimś czasie (na oko - wszystko robię na oko) rozwałkować ciasto na dwa długie prostokąty o szerokości nieco ponad 10 cm.  Nałożyć farsz i zwinąć.


Pokroić, ułożyć na papierze do pieczenia i pozostawić na 15 minut, żeby trochę podrosły.
Można je posmarować roztrzepanym jajkiem, będą piękniejsze po upieczeniu ;)



Piekarnik rozgrzać do 220 stopni, lub do 160 jeśli z termoobiegiem.
Wstawić kapuściaki i piec je 30 minut.

Następnie zjeść.
Smakują w towarzystwie czerwonego barszczu, ale same też są wciągające.

Pozdrowienia :)


piątek, 7 lutego 2014

Zupa chlebowa.


Było jak piec chleb na zakwasie - tutaj, dziś będzie co zrobić z niezjedzoną resztką chleba lub z chleba, który się nie udał, bo wyszedł na przykład zakalcowaty.
Dziś będzie jak ugotować zupę chlebową.

Z lekka stwardniały już chleb kroję na kromki, wkładam do pojemnika lub foliówki i chowam do zamrażalnika. Gdy najdzie mnie ochota na zupę chlebową wyciągam stamtąd zapasy.

Co będzie potrzebne:
1. Kilka kromek żytniego chleba
2. Olej
3. Czosnek - 2-4 ząbki, można więcej.
4. Cebula - ze 2 szt
5. Papryka czerwona (zresztą każda będzie dobra, tylko ta nadaje pikantny kolor zupie ;) ) 1 szt lub 2 szt.
6. Przyprawy ( papryka w proszku - słodka i ostra, tabasco, curry, sól, pieprz ) - uwielbiam ostrość smaku tej zupy.
7. Kostka rosołowa/wołowa - jeśli nie lubisz lub to wbrew Twojej filozofii - nie musisz jej dodawać.
8. Koncentrat pomidorowy - tez nie koniecznie.

Nie jestem dobra w fotografowaniu żywności, ale robiłam co mogłam.
Nawet jeśli zdjęcia nie zachęcą, a lubisz pikantne jedzonko, zrób, wypróbuj, może pokochasz, tak jak ja.
Tym bardziej, że początki pieczenia chleba obfitowały w nieudane bochenki ;)

To do dzieła:
1. Wstawiasz w garnku wodę na zupę, wrzucasz kostkę rosołową.
    Kroisz warzywa - czosnek w plasterki, cebulę w piórka, paprykę w paseczki.




2. Kromki chleba kładziesz na gorący olej i podsmażasz je.


3. Gdy chleb jest rumiany i chce się go schrupać, wrzuć na patelnię czosnek.
    Smaż krótko, bo spalony jest gorzki, a przypala się bardzo szybko. 


4. Kiedy podsmażone, wrzuć do garnka z wodą.


5. Na patelnię wrzuć cebulę i paprykę, podsmaż. 


6. Podsmażone dorzuć do garnka. Dodaj przyprawy do smaku, możesz dorzucić koncentratu pomidorowego. 


7. Na talerze i smacznego. 



Jeśli dasz więcej podsmażonego chleba, zupa będzie mieć konsystencję gulaszu, co tez nie jest złe, zależy kto co lubi i na co ma ochotę.
Zupa jest pikantna, rozgrzewająca, smaczna, mniam.
Ja osobiście ją uwielbiam.
I robi ją w się w kilka minut.
Naprawdę polecam.
:)

środa, 5 lutego 2014

Szukam pracy - raport.

Na początek wierszyk Pana Marcina Urbana, zamieszczony za Jego pozwoleniem.
Zamieszczam, bo to w zasadzie o mnie ;)

Bajeczka o szukaniu pracy

Ktoś żalił się, że nie ma pracy
więc egzystuje dzięki bliskim,
twierdził, że chce się gdzieś zatrudnić
prosił, bym mówił o tym wszystkim...

Słysząc te żale - chcę mu pomóc
i przeszukuję mózgu zwoje
pragnąc mu znaleźć pracę, aby
marzenie wreszcie spełnił swoje.

Mówię: "Znajomy szuka kogoś
kto mu porządki zrobi w domu",
on odpowiada: "To jest praca?
Ja bym nie życzył jej nikomu!"

Radzę: "Widziałem ogłoszenie,
że w sklepie trzeba pracownika",
lecz on się żachnął: "Co ty pleciesz!
Wiesz ile stresów stąd wynika?"

Mam nowy pomysł: "Niedaleko
w fabryce chcą magazyniera".
Lecz on się złości: "Magazynier?
I to ma dla mnie być kariera?"

Na koniec mówię: "Znam prezesa,
poproszę go po znajomości,
by cię zatrudnił". Lecz on na to:
" Już ja znam takich chytrych gości,

on pensję dużą ma, gabinet
i pić mu kawkę jest tam miło...
a ja mam tyrać tylko po to,
by jemu się wygodnie żyło?

O nie! Ja na to się nie zgadzam!
On żyje sobie doskonale
a ja mam pensję mieć niewielką?
Chcę mieć jak prezes... albo wcale!"

Niejeden bajki opowiada,
że pracy szuka, choć jak wiecie
jest tak leniwy, że nie skala
się żadną pracę za nic w świecie.

*-*-*-*-*-*-*-*
FraszkoTerapia Marcina Urbana
www.marcinurban.net
*-*-*-*-*-*-*-*

23.05.2014
Złożyłam cv do sklepu Pepco.

16.05.2014
Rozmowa kwalifikacyjna - żart jakiś. Wpisał mi brak kwalifikacji, mówiąc jeszcze, że zawsze ma problem z poprawnym wpisaniem tego słowa. Brawo. Szukają kogoś po technikum, mało płacą, bardzo zachęcający to on nie był...No ale dla mnie to kolejny dowód na to, że rozmowy to nic strasznego. Przeżyłam i tę.

14.05.2014
Zgłaszam gotowość w Urzędzie Pracy. Dostaję skierowanie do firmy na stanowisko laborant chemiczny.
Boję się zadzwonić, a muszę, bo inaczej stracę status bezrobotnego i ubezpieczenie. Zadzwoniłam, mam się stawić w firmie w piątek o 10:00.

09.05.2014
Złożyłam cv do hurtowni z artykułami papierniczymi - ogłoszenie wisiało w witrynie sklepu.
Złożyłam też cv do księgarni.

30.04.2014
Rozmowa o pracy w salonie Mohito. Pani żuła gumę jak krowa. Zapytała mnie, co uważam za ważne w tej pracy. Ja jej opowiedziałam o szkoleniu, które miałam, w związku z podejściem do klienta. Powiedziałam na koniec, że ważne jest bycie w pobliżu uważnym na gesty klienta, żeby klient widział, że jest ktoś kto odpowie na pytania i pomoże znaleźć rozmiar, a z pewnością niedopuszczalne jest żucie gumy - jakoś tak skinęłam głową w jej stronę - i sprawianie wrażenia, że jedynym zajęciem jest ocenianie klientów. Pani zamknęła buzię z gumą.

29.04.2014
Zadzwoniła pani ze sklepu odzieżowego, jutro mam rozmowę kwalifikacyjną.

28.04.2014
Miałam dłuższy przestój w odpowiadaniu na oferty.
Dziś odpowiedziałam na kilka ofert: kasjer-sprzedawca, konsultant-sprzedawca, niania, osoba do faktur i do rozkładania towaru.

3.03.2014
Odpowiedziano na moje ogłoszenie o korepetycjach na gumtree, fizyka i chemia dla 1 klasy gimnazjum.
Zadzwoniłam - nikt nie odebrał (nie lubię rozmawiać przez telefon, bo trzęsie mi się głos), napisałam maila. W krótkim czasie Pani skontaktowała się ze mną i umówiłyśmy się na 17:30 na dziś.

27.02.2014
Wysłane 1 CV - Kasjer - sprzedawca.

25.02.2014
Wysłane 3 CV - sprzedawca, wykładacz towaru, pracownik hipermarketu.

24.02.2014
Wysłane 10 CV - na sprzedawcę, wykładacza towaru na - cytuję - "pułki",  na magazyniera, na doradcę klienta RTV euro AGD... sprzedawca, sprzedawca, sprzedawca.

19.02.2014
Rozmowa kwalifikacyjna - etap II.

18.02.2014
Wysłałam 2 aplikacje na stanowiska kasjer sprzedawca.
Około 14 zadzwoniła do mnie pani z Work Service poinformować, że zakwalifikowałam się do II etapu i jutro o 11 mam rozmowę kwalifikacyjną w siedzibie firmy GIAT.

17.02.2014
Zadzwoniła do mnie pani z Work Service, przeprowadziła ze mną rozmowę kwalifikacyjną przez telefon, tzw. I etap.

15.02.2014
Poszperałam w internecie i znalazłam firmę (Sicher Bautechnik Sp. z o. o.), która zapewne poszukuje osób za pośrednictwem agencji i napisałam do nich bezpośrednio.

14.02.2014
Oddzwoniła pani z Work Service (ogłoszenie o specjaliście AutoCAD), umówiłam się na rozmowę telefoniczną na poniedziałek o 9 rano. Poszperałam w internecie na temat Work Service, nie mają dobrych opinii jako agencja pracy.
Odpowiedziałam na ogłoszenie dotyczące opiekunki dla dzieci w wieku 7 i 10 lat - dorywczo.

EDIT: Work Service jako agencja pracy tymczasowej nie ma dobrych opinii, ale jeśli pośredniczy w zdobywaniu pracowników, którzy później podpisują umowę z samym pracodawcą, to pracownicy nie podpisują z nimi żadnej umowy. Wszelkie rozliczenia następują między pracodawcą a WorkService.

13.02.2014
Wysłałam 2 aplikacje:
na pracownika sklepu
na stanowisko: Specjalista ds. AutoCAD

12.02.2014
Wysłałam 2 aplikacje:
na stanowisko kasjer w markecie
oraz na stanowisko kasjer w markecie spożywczym.

05.02.2014
Wysłałam odpowiedź na jedną ofertę - sprzedawca

02.02.2014
Rozwiesiłam ogłoszenia o korepetycjach na osiedlu
EFEKT: widzę, że część karteczek jest pozrywanych, ale na telefon przyszły mi jedynie 3 sms: od wróżki, astrologa i jasnowidza.

Odpowiedziałam na ogłoszenie w sprawie niani.
EFEKT: brak efektu.


sobota, 1 lutego 2014

Wolbórka - moje zdjęcia.

Z Wikipedii: Wolbórka – rzeka w środkowej Polsce, lewy dopływ Pilicy o długości 48,8 km i powierzchni dorzecza 941 km². Płynie przez Wzniesienia Łódzkie i Równinę Piotrkowską do Doliny Białobrzeskiej, w województwie łódzkim. Ważniejsze miejscowości nad Wolbórką: Będków, Wolbórz, Tomaszów Mazowiecki.
Poniższe fotografie przedstawiają odcinek Wolbórki w Tomaszowie Maz. 

Zima





No i jedno obowiązkowo ze śnieżkiem od google:


Jesień




Być może cdn.