piątek, 5 czerwca 2026

Nic-nierobienie

Wracam z problemem nic-nierobienia. Dzień dobry z rana. 

Odwiedzić łazienkę, nakarmić koty, zrobić kawę z mlekiem, masłem i kardamonem, wziąć leki... i dalej co?

Akademia wypełniona jest czynnościami i spotkaniami zoom. Wydaje się, że robię kroki i to duże. Wczoraj 4 godziny spędziłam nad wypełnianiem karty dotyczącej idealnego klienta. W tej chwili mam pracować nad paradygmatami. Praca na 14 dni. Dziś o 10:30 znów spotkanie na zoom i będziemy mówić o emocjach w biznesie. W skrócie pamiętaj, po co to robisz, nie poddawaj się, nie reaguj z pozycji emocji tylko faktów, przyjdzie gorszy czas, musisz być i na to gotowa. Trzymaj się swojego celu uparcie, a dojdziesz do niego. 

Czekam więc na zoom o 10:30, póki co jest 6:57. Zawsze wstaję wcześnie, bo kładę się spać "z kurami", a nawet wcześniej. Nadmiar czasu mnie dobija. Nieźle to brzmi, nie? Nadmiar czasu. Na trzy miesiące mam przerwę od korepetycji. Przez dwa dni udało mi się wpaść w porządki i wyrzucanie. Pozbyłam się z 15 książek, co wcześniej było nie do wyobrażenia. Po prostu przejrzałam półki i wywaliłam te, których nie będę czytać. Czy półka przez to zyskała luzu? Nie, bo mam taki nadmiar, że natychmiast wskoczyły te, które były w schowku. Schowek też wysprzątałam. 

Dwa dni działania. Czy uspokoiły mi niepokój? Nie. Jedynie zajęłam czas, no i miałam satysfakcję. Pudła już nie stoją, buty w większości znalazły dla siebie miejsce. Schowek posprzątany, pawlacz też, ubrania wymienione na letnie, część zimowych wpadło do wora i są do wyniesienia do PCK. (Gdzieś to PCK przenieśli, muszę odnaleźć nową lokalizację.) 

No i dobra, co teraz? Za co się wziąć? Co ma sens? 

Tak bardzo bym chciała mieć kogoś, kto nada mi kierunek i rozproszy lęk. W takim stanie nic nie ma sensu. Każda czynność jest za trudna. Obrazy w większości dokończyłam, został jeden, choć widzę, że będzie trudny, nie wydawał się taki. Tym bardziej ciężko mi się przekonać, żeby zacząć paprać tymi farbami. Zaczynać kolejny? I gdzie to będę trzymać? Jezu, czemu to wszystko jest dla mnie takie ciężkie? Za dużo mam czasu i mózg mi fisiuje. Wydaje mu się, że musi być produktywny, zarabiać, a tu finał z zarabianiem, czas na odpoczywanie, czego nie jestem w stanie zrobić, bez bata nad sobą, że tracę czas, do tego stopnia, że każda czynność to strata czasu. 

Że iść na spacer? A po co? Przetuptać swoje? Lepiej dla psychiki? No może. Gdzie jest mój człowiek, z którym przetuptałabym tyle, ile potrzeba do szczęścia? Samej? Znowu? Eh. Chyba trzeba gdzieś w głowę włożyć, że jestem sama i tyle. W książce "Kroniki Marsjańskie" jest opowiadanie o człowieku, który przeżył jakiś kataklizm i myślał, że został na planecie sam. Okazało się, że jest jeszcze kobieta. Telefonowali na chybił trafił i się odnaleźli. Nie spojluję/spojleruję <- które? - jak to się skończyło, ale całą książkę bardzo polecam. Komuś ją pożyczyłam i nie mam już jej. Eh. 

No dobrze. Dziś nauczę się robić bransoletki, bo mam pudło ze sznurkami i walizkę koralików. Można by to zamienić w jakieś piękno i może spieniężyć? Takie nadzieje, bo jak mi się odpali, że to strata czasu, to finał będzie z robieniem czegokolwiek. Jak ja mam to odczarować? Jakieś pomysły? 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz