Bo oczywiście szkoda tak po prostu wyrzucić. Jeszcze energii trzeba do tego dołożyć...
15 sierpnia 2023
Dotarłam do chwili, gdy chcę się zatrzymać, rozejrzeć, zrobić remanent życia. Albo nie. Remanent w zasobach najpierw.
Od lat uczę się, słucham innych, szkolę się, czytam książki, biorę udział w psychoterapiach, kołczingach, obserwuję grupy z rozwojem, medytacjami, wykładami, a mimo to nie jestem spokojna, uporządkowana, opanowana, odpowiedzialna, przyciągająca bogactwa i nie wiadomo co jeszcze. Jestem. W całym tym chaosie, w całej tej niepewności, w świecie, w którym jedyna stała to fakt, że wszystko się zmienia. I wcale nie jest tak, że o świcie wyskakuję z łóżka prosto na matę do jogi, ochoczo rozciągam się, medytuję, piszę dziennik wdzięczności, na śniadanie wciągam z miłością warzywa z uprawy organicznej i w podskokach radości biegnę do cudownej pracy. Kupiłam w pewnej chwili wizję, że życie powinno tak wyglądać. A ono u mnie wygląda inaczej.
Nie mam kłopotu z zasypianiem, za to rano, gdy otwieram oczy, spokój zmyka razem z resztkami snu. Jak czyhający w realu chochlik ucapia mój mózg i od tej chwili jest już tylko niepokój i lęk. Nie ma tego zewnętrznej przyczyny. Mam wszystko czego do życia potrzebuję, a nawet więcej. Fizycznie jestem zdrowa, nie mam długów, pieniądze przychodzą, wystarcza na wszystko. Lubię swoją pracę choć nie przynosi kokosów, nie baluję na jachtach, nie mam prywatnego helikoptera. Nie mam też domku z ogrodem. W bloku, w którym mieszkam, nie ma balkonu ze stoliczkiem i krzesełkami, światełkami i mnóstwem roślin.
Marzenia robiły mi niezadowolenie z tego, co jest. I wcale nie włączała się dążność do realizacji, tylko ciągle ten lęk. Że nie dam rady, że to dla mnie Himalaje, że za wysokie progi, choć mam długie nogi. I załamka, że jest jak jest.
Depresja przez długie lata, nieleczona najpierw, bo wstyd przed ludźmi... Sześć lat chodziłam jak zombie nakładając maskę normalności dla świata zewnętrznego. W końcu nieudana miłość, jakieś rozstanie, mroczny luty i próba samobójcza. Znalazłam się w szpitalu na OIOM, nieprzytomna 4 doby. Później psychiatra i leki. Za dwa tygodnie pierwszy raz zachwyciło mnie niebo, zachwyciły obłoki, poczułam podmuch wiatru, nabrałam powietrza, usłyszałam szum drzew i poczułam radość. Oddychałam i czułam się dobrze. Wdzięczna.
Studia zaczęłam 7 lat po maturze, po podróżach, doświadczeniach w jakie byście nie uwierzyli, po próbach odnalezienia siebie, realizacji wizji, spełnienia marzeń. Mózg można oszukiwać, Można mu wmówić, że będzie wspaniale, gdy mieszka się w norze bez ogrzewania w środku zimy w obcym kraju, gdzie ciepło dają plecy koleżanki, która tkwi w tej samej naiwności co ja. Leżałyśmy tyłem do siebie, zetknięte plecami, żeby było cieplej i snułyśmy fantazje o Paryżu, Hiszpanii, Safari w Afryce. Marzłyśmy w Mediolanie. W Mediolanie! WOW, czy to nie sukces? Byłam nawet na okładce magazynu Quatro ruote. O tak.
Właściwi ludzie przychodzą we właściwym momencie, a potem odchodzą i trzeba na to pozwolić. Jedyną osobą, z którą jestem całe życie to ja sama. Ja ze sobą.
Pokochać to, co mam. Obejrzeć zasoby, wyrzucić nadmiary, zostawić co potrzebne, taki jest cel najpierw. Uporządkować przestrzeń, zrobić miejsce. NIECH TO MIEJSCE ODDYCHA. To wszystko, co jest w domu jest przedłużeniem nas samych niczym urealnione końce nitek naszych myśli. Każda rzecz przyszła po coś. Żebym coś utworzyła, żebym do czegoś jej użyła, żeby może zapełniła jakąś pustkę, żeby dała nasycenie... Hm, iluzja, znów iluzja. A rzeczy zostają i jest ich coraz więcej.
Ja mam tak, ty masz po swojemu. Może znajdziesz wartość w tym, że nie jesteś jedyna na świecie, która żyje nieinstagramowo. Oddychajmy. Wdech, wydech.